Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
W życiu każdego człowieka są strefy, w których jest miejsce na krzyk, oraz takie, w których jest miejsce na ciszę. Czasami są pożądane te pierwsze, a czasami te drugie. Wiele jednak zależy nie tylko od ludzkich potrzeb, ale także od możliwości ich zaspokojenia oraz znalezienia dla nich środowiskowego zrozumienia i tolerancji. Nie inaczej jest w przypadku życia akademickiego.
Powiedzenie, że człowiek rodzi się z krzykiem, należy do tzw. oczywistych oczywistości. Jeśli jednak ktoś ma co do tego wątpliwości, to powinien pofatygować się na szpitalną salę porodową lub przynajmniej posłuchać relacji rodzących kobiet. Mężczyzn umacniają one w przekonaniu, że jednak lepiej jest urodzić się mężczyzną. Do naturalnych stref krzyków należą również place zabaw dla dzieci, zwłaszcza te należące do przedszkoli. Nawet kilkuletnie dzieci potrafią się zdobyć na krzyk, który niesie się daleko. Uczniowie szkół podstawowych mają nieco bardziej ograniczone możliwości wyrażania krzykiem stanów emocjonalnych. Jednak nie na tyle, aby w przerwach między lekcjami nie dać dowodu swego potencjału wokalnego. W początkach mojej pracy zawodowej byłem nauczycielem w takiej szkole i miałem okazję się przekonać, że dla jej uczniów nie ma większej radości niż zakończenie lekcji. Szkoła średnia jeszcze bardziej ogranicza te możliwości. Nastolatkowie mogą jednak pójść na przykład na stadion i razem z innymi kibicami krzyczeć tak, jakby ich coś opętało.
Tacy krzykacze pojawiają się od czasu do czasu również w strefach akademickich. Jedną z nich stanowią akademiki. Mieszkałem tam przez całe studia i wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że nie ma lepszej okazji do artykułowania możliwości studenckiego gardła niż sobotnio-niedzielne spotkania z kompanami od butelki. Szczególną okazją do ich zademonstrowania są juwenalia. W moich studenckich czasach odbywały się one zarówno na terenie uczelnianym, jak i na ulicach miasta. Wychodzenia na miasto zaprzestano po tym, jak doszło do śmiertelnego wypadku jednej ze studentek. Obecnie organizowane są one nadal, ale na akademickim kampusie, który znajduje się w pobliżu osiedla mieszkaniowego. Mieszkańcy wielokrotnie skarżą się władzom uczelni na zakłócanie przez studentów ciszy nocnej. Okazało się jednak, że niewiele można z tym zrobić, bowiem studenci mają swoje prawa, w tym prawo do zabawy.
Do stref krzyków należą również miejsca, w których odbywają się różnego rodzaju demonstracje. Biorą w nich udział nie tylko studenci, jednak niejednokrotnie są ich inicjatorami. Tak było m.in. podczas studenckiej wiosny 1968 roku. Największą skalę przybrały one we Francji, bowiem objęły nie tylko paryską Dzielnicę Łacińską, ale także inne francuskie miasta. W Polsce przeszły do historii pod nazwą „Marca 1968 roku”. Nie tylko nie były one masowe, ale także nie przyniosły tak głębokich zmian w szkolnictwie wyższym jak we Francji. Znacznie większą skalę miały demonstracje po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 r. Studenci wprawdzie nie odważyli się artykułować protestu przeciwko próbie zdławienia demokratycznych przemian na ulicach, ale okupowali pomieszczenia na wielu polskich uczelniach. Po przełomie 1989 r., tj. w okresie tzw. wolnej Polski, studentom nie tylko łatwiej jest publicznie demonstrować swoje potrzeby (rzecz jasna nie tylko krzykiem, także wypisywanymi na transparentach postulatami), ale również wysuwać żądania w gruncie rzeczy niemożliwe do zrealizowania, na przykład „akademiki za złotówkę”.
Jeśli ktokolwiek sądzi, że profesorom nie wypada wykrzykiwać swoich potrzeb, to powinien zapoznać się z opublikowanym w numerze 715 „PAUzy” artykułem Andrzeja Białasa pt. Krzyk rozpaczy. Autor powołuje się na „teksty powszechnie znanych autorytetów prawniczych, profesorów Andrzeja Zolla, Andrzeja Mączyńskiego i Jana Widackiego, którzy krytycznie komentują tekst prof. Grzegorza Bartosza („PAUza” 703) wzywający do przeciwstawienia się – również za pomocą środków prawnych – zalewowi kłamstwa w przestrzeni publicznej (głównie w internecie, ale nie tylko). Wypowiedzi tych prawników są jednoznaczne: prawo nie nadaje się do kontrolowania prawdziwości informacji publicznej, a jego zastosowanie spowodowałoby więcej szkód niż korzyści. Grozi bowiem wprowadzeniem cenzury oraz ograniczeniem swobody wypowiedzi, czyli złamaniem jednego z podstawowych praw człowieka. Takie „krzyki rozpaczy” pojawiają często również na łamach „Forum Akademickiego”. Szczególnie wiele z nich dotyczy sposobu przeprowadzania parametryzacji jednostek naukowych. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Sebastian Kołodziejczyk podejmowane w ostatnim czasie próby jego poprawienia nazwał „pudrowaniem trupa”. Jest o co krzyczeć, bowiem przy kryteriach parametryzacji przeprowadzonej za lata 2020-2023 na liście „najlepszych” znalazły się jednostki, które zatrudniają niewielu uczonych, najczęściej nierozpoznawalnych poza najbliższym otoczeniem. Natomiast łatwo tam znaleźć takich, którzy mają w swoim dorobku publikacyjnym przede wszystkim publikacje kupione w tzw. drapieżnych czasopismach. Sporo krzyku wywołuje również sposób oceny jakości czasopism naukowych. Są oczywiście tacy, którzy go bronią, bowiem ich uczelnie stać na zapłacenie rachunku za publikacje w „drapieżnikach”. Jednak inne uczelnie są na to za biedne lub ich uczeni uważają, że swoich pozycji naukowych powinni bronić siłą zawodowych kwalifikacji.
W swoim akademickim życiu od czasu do czasu spotykałem się zarówno z okrzykami radości, jak i rozgoryczenia, które trudno opisać. Te pierwsze pojawiały się głównie za drzwiami uczelnianych gabinetów po udanym zaliczeniu przez studenta egzaminu. Natomiast te drugie m.in. wówczas, gdy kandydaci do stopnia doktora habilitowanego lub tytuły profesora otrzymywali negatywne opinie i nie mogli się z nimi pogodzić. Przysługuje im prawo odwołania od decyzji jednostek mających uprawnienia do nadawania stopni i tytułu. Niejednokrotnie składali takie odwołanie, jednak rzadko kiedy okazywało się ono skuteczne. Zdarzało się, że powołani dodatkowi opiniodawcy jeszcze surowej oceniali ich naukowe osiągnięcia. Krzyki radości pojawiały się czasami również po zakończeniu sprawowania funkcji rektora lub dziekana przez osoby, które potrafiły dobrze dać się we znaki tym, których nie cenili lub nie lubili. Natomiast wyrazy rozgoryczenia wówczas, gdy funkcyjne osoby wyczerpywały możliwości ubiegania się o funkcje przez kolejną kadencję lub przepadały w uczelnianych wyborach. W jednym i drugim przypadku były one jednak raczej dyskretne. Zdarzało się nawet, że ci, którzy przez całą procedurę wyborczą zwalczali niewygodnego im kandydata, po wygraniu przez niego wyborów śpieszyli z gratulacjami i udawaną radością.
Taką strefą dla wielu osób są m.in. cmentarze. Mówi się nawet o „cmentarnej ciszy”. Jednak póki co nauka i akademickie nauczanie nie umarło, a że nie zawsze jest okazem zdrowia to już zupełnie inna sprawa. Taką strefą bywają również domy prywatne, przynajmniej te, w których małżonkowie nie „skaczą sobie do oczu”. Jest jednak sporo trafności w rysunku Francisco Goi zatytułowanym Gdy rozum śpi, budzą się demony. W przypadku uczonych „demony” mogą przybrać postać osób, które nieźle dały im się we znaki lub przypominają im popełnione błędy lub braki w edukacji, np. słabe opanowanie języka, który jest niezbędny do udanego wystąpienia na międzynarodowym forum. Tak czy inaczej może się nam przyśnić zarówno coś miłego, jak i coś przykrego. Cisza częściej przydarza się uczonym, którzy mają wyrozumiałych współmałżonków i dobrze wychowane dzieci. Można też udać się do bibliotecznej czytelni, gdzie z zasady panuje cisza. Dzisiejsi uczeni jednak rzadko z niej korzystają, bowiem mają do dyspozycji komputer, z którym mogą się zamknąć w pokoju i pracować przynajmniej do czasu, aż kogoś z rodziny nie zaniepokoi przedłużająca się cisza. Wszystko jednak należy od warunków, w których wpływ uczonych na wejście w strefy ciszy jest z reguły ograniczony.
Są jednak również sytuacje, które zależą głównie od samych uczonych. Należą do nich zarówno strefa mówienia o swoich porażkach, jak i o swoich osiągnięciach. Niektórzy na temat porażek wolą zachować całkowite milczenie, bo mówienie o nich ucieszy przeciwników, a zasmuci przyjaciół i sympatyków. Nie wszystko jednak da się pokryć milczeniem. Prawie zawsze znajdą się osoby, które nam błędy przypomną, a nawet przedstawią je tak, że chciałoby się schować ze wstydu. Są również tacy, którzy gdzie i komu się da opowiadają o swoich osiągnięciach, jak np. publikacja tekstu w prestiżowym czasopiśmie lub otrzymanie wyróżniania. Znam profesora, który robi to regularnie. Gdyby zachował w tym trochę umiaru, może nic by mu nie ubyło z profesorskości.
Uważa się, że o zmarłych można mówić dobrze albo wcale, nawet o tych, którzy jak najgorzej zapisali się w pamięci. Jest to tym trudniejsze, im szerzej ktoś był znany i swoimi nierozważnymi działaniami poczynił szkody odczuwalne długo przez wiele osób. Takich stosunkowo łatwo jest znaleźć w gronie uczonych, którzy pomylili akademickie obowiązki z zadaniami politycznymi. Funkcjonowali na niejednej uczelni, w tym na mojej byłej (UAM). Nie wymienię ich z nazwiska nie tylko z uwagi na szacunek dla zmarłych, ale także dlatego, że dzisiaj mało komu jest to potrzebne. Istnieją jednak rozliczenia. Są oczywiście robione również w stosunku do zmarłych, którzy zapisali swoje karty w historii nauki. Takich publikacji pojawiło się wiele po przełomie 1989 r. Formułowane są w nich często radykalnie różne oceny i opinie. Jeśli miałbym sformułować ogólniejszą konkluzję, to powiedziałbym, że takie rozliczenia są wprawdzie potrzebne, ale wyłącznie na nich nie zbuduje się lepszej przyszłości życia akademickiego.
Nawiązuję tutaj do napisanego w 1964 r. satyrycznego utworu Janusza Szpotańskiego, zatytułowanego: Cisi i gęgacze, czyli bal u prezydenta. Opera w trzech aktach z uwerturą i finałem. Nie zamierzam jednak wracać do czasów Władysława Gomułki ani też w satyrycznym świetle przedstawiać sytuację tych, którzy w życiu akademickim mieliby coś istotnego do powiedzenia, jeśli tylko odważyliby się mówić. Jednak wypowiadają się w taki sposób, że ich głos można uznać co najwyżej za „gęganie”. Są różne powody milczenia lub wypowiadania się tak, aby broń Boże sobie nie zaszkodzić. W przypadku młodych uczonych w grę może wchodzić obawa, że mogliby pozbawić się miejsca w akademickim środowisku. Mogą oczywiście coś sugerować, np. zapoznanie się z publikacją, w której przedstawiony jest zupełnie inny punkt widzenia niż ich przełożonych. Jest to jednak również ryzykowne, bo dowodzi, że przełożeni nie są na bieżąco z uzyskiwanymi w nauce wynikami. Jeśli zatem młodzi nie zachowują milczenia, to „gęgają” w taki sposób, aby nie można było się zorientować, czy są za, czy przeciw poglądom przełożonych. Uczonemu ze statusem samodzielnego pracownika naukowego nie wypada wprawdzie wypowiadać się tak, jakby sam nie wiedział o czym mówi, ale dobrze jest pomijać najbardziej drażliwe kwestie w rozmowach z tymi, którym zawdzięcza swój akademicki awans. Jest to już jednak „wyższa szkoła jazdy”, nazywana dyplomacją bądź po prostu dobrym wychowaniem.
Czy cierpi na tym nauka? Niekoniecznie. Można przecież wybrać ścieżkę badawczą, która nie będzie kolidowała z zakresem działań przełożonych. Można w końcu poszukać nowego miejsca pracy, w którym znajdą się uczeni podzielający nasze poglądy lub przynajmniej reprezentujące podobny poziom naukowych kompetencji. Ten drugi wariant jest wybierany przez najambitniejszych. Rzecz jasna, w każdym przypadku taka migracja jest obciążona ryzykiem, że trafi się na kogoś, kto jest dobrych relacjach z naszymi poprzednimi przełożonymi i w ramach świadczenia koleżeńskich usług mocno da się we znaki „wędrowniczkowi”. Zawód uczonego należy jednak do tych, którzy „sielsko i anielsko” wyglądają jedynie dla słabo zorientowanych, a stosunkowo łatwo jest im kogoś „uśmiercić” jedną negatywną opinią.
Wróć