Jerzy Nitychoruk

Niewątpliwie najlepiej oddaje charakter naszych uczelni, niezależnie od ich nazw indywidualnych, funkcjonujące w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce określenie „publiczne uczelnie zawodowe”. Ponieważ jest szereg nazw, które mogą stosować zarówno uczelnie niepubliczne, jak i te z naszej grupy, na przykład wprowadzone do ustawy z inicjatywy Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych określenie „akademia nauk stosowanych”, właśnie tą odróżniającą naszą grupę uczelni nazwą jest „publiczna uczelnia zawodowa”. Zresztą w naszej konferencji są zrzeszone uczelnie, które nie zastosowały nazwy „akademia nauk stosowanych”, pozostając przy innych, choćby związanych z regionem, jak oświęcimska Małopolska Uczelnia Zawodowa czy Collegium Witelona Uczelnia Państwowa w Legnicy, nawiązująca do nazwiska znanego średniowiecznego uczonego związanego z regionem, a zapewne i miastem, w którym działa uczelnia. Inne z kolei, jak Akademia Bialska, Akademia Tarnowska czy Akademia Łomżyńska, uzyskały status i uprawnienia akademickie, pozostając jednak formalnie w gronie publicznych uczelni zawodowych i w naszej konferencji. Zatem to nie nazwa „akademia nauk stosowanych” wyróżnia naszą grupę uczelni, ale ich publiczny, państwowy charakter, w przeciwieństwie do uczelni niepublicznych, z których wiele konkuruje z nami w miastach, gdzie działamy, posługując się tą samą nazwą. Nasz odrębny status jest zapisany w ustawie, a zatem miejsce w systemie szkolnictwa wyższego w Polsce jest bardzo konkretnie zdefiniowane, a charakter opisany. Jesteśmy publicznymi uczelniami zawodowymi.
Państwowe wyższe szkoły zawodowe, a obecnie publiczne uczelnie zawodowe, zostały stworzone w tych miastach, które utraciły status województwa w wyniku reformy administracyjnej z roku 1999. Była to rekompensata za utraconą pozycję administracyjną, ale równocześnie zamysł, aby w miastach i regionach, które w wyniku tej reformy traciły wojewódzki charakter, a zatem i pewne atuty centrum kultury i gospodarki, powstały uczelnie, które staną się siłą napędową, a przynajmniej wspomogą ich rozwój. Zauważmy, że powstanie pierwszych tego rodzaju uczelni antycypowało reformę administracyjną, bowiem Ustawę o państwowych wyższych szkołach zawodowych uchwalono w 1997 roku, a pierwsze uczelnie powstały w następnym roku, czyli jeszcze przed wdrożeniem nowego podziału administracyjnego kraju. Regiony, mniejsze miasta, nie potrzebują wielu profesorów czy doktorów habilitowanych – na tym polu nie chcemy konkurować z uniwersytetami z dużych miast, nie mamy też takiej szansy – ale fachowców, którzy zasilą regionalną gospodarkę, administrację, kulturę możemy dostarczyć. Liczymy na to, że nasi absolwenci zostaną w regionie, wzbogacą go swoją wiedzą, kompetencjami nabytymi lub rozwiniętymi w uczelni zawodowej, nastawionej na kształcenie praktyczne, a w rezultacie zmniejszą tę naturalną lukę konkurencyjności w stosunku do dużych miast czy otaczających je regionów. Nasze uczelnie otrzymały taki wyjątkowy cel rozbudowywania i umacniania Polski poza tą wielkomiejską. Było to niezwykle przemyślane i wartościowe. Jestem przekonany, że powstrzymało to upadek wielu miast i regionów, a przynajmniej spowolniło negatywne skutki utraty stołecznego charakteru niektórych miast i okolic. Status publicznych uczelni zawodowych dał nam większą możliwość rozwoju, zwłaszcza w regionach, które nie są uprzemysłowione, jak w przypadku Polski Wschodniej. Postawiono na wykształcenie lokalnych społeczności, które jest ich bogactwem.
Region nie jest jednak samoistną wyspą. Zwykle ucieka się do większych miast i ośrodków, choćby po to, żeby zrobić karierę naukową – i to jest mój przykład. Wyjechałem do Warszawy do pracy na uniwersytecie. Jednak w końcu przypomniałem sobie o swoich korzeniach i wróciłem w rodzinne strony z całym bagażem stołecznych i międzynarodowych doświadczeń, by oddać dług, który tu, na wschodzie Polski zaciągnąłem. To, że mamy dokąd wracać, zawdzięczamy także istnieniu publicznych uczelni zawodowych. Wzbogacamy ich potencjał, ale trzeba pamiętać, że przez niemal trzydzieści lat one same wykształciły własną kadrę, nauczyły się też pozyskiwać ją z gospodarki – ta współpraca w zakresie dydaktyki z praktykami biznesu, administracji lokalnej jest naszą unikalną kompetencją. Nasze własne kadry, doktorzy, ale także kilku profesorów, wzbogacają potencjał nie tylko uczelni, ale także miast i regionów, w których działamy. Dzięki nim nasze uczelnie są regionalnymi centrami doskonałości i kompetencji. Dwadzieścia pięć lat temu nie mieliśmy własnego zaplecza, własnych obiektów, a te, które pozyskiwaliśmy dzięki hojności lokalnych samorządów, trzeba było remontować i dostosowywać do potrzeb kształcenia wyższego o profilu praktycznym. Kadrę stanowili wykładowcy spoza naszych miast, goście z dużych ośrodków akademickich. Gdy dzisiaj widzimy te uczelnie, ich wspaniałą infrastrukturę dostosowaną do profilu kształcenia, kadry, które na stałe związały się z naszymi uczelniami, miastami, regionami, rozumiemy jaką drogę te szkoły przeszły, jak wzbogaciły, nie tylko kształceniem, ale samą obecnością, ośrodki, w których działają. Dziś stanowią centra wiedzy, kompetencji, ale też kultury w swoich miastach. Gdy porównuję szanse młodego wykładowcy na Uniwersytecie Warszawskim i w regionalnej publicznej uczelni zawodowej, to widzę wyraźnie zalety kariery tu, w regionie, poza centrum. Tam sama renoma wystarcza. Na prowincji, gdzie są wielkie braki i wyzwania, za to jeszcze nie ma renomy, jest walka o byt, która wyzwala dynamikę rozwoju. Okazuje się, że potrzebują nas i naszych absolwentów lokalne przedsiębiorstwa, urzędy, rolnicy, rozwijające się tu usługi, szkolnictwo powszechne, szpitale. A my musimy i staramy się – myślę, że z sukcesami – temu zapotrzebowaniu sprostać. Dostarczamy fachowców. Kształcimy praktycznie, bo takie jest zapotrzebowanie, ale także dlatego, że taką formę dydaktyki nam przypisano. Jest pytanie, dlaczego uniwersytety, które powinny kształcić w typie ogólnoakademickim, bardzo często wchodzą w nasze ustawowe obszary kształcenia praktycznego, podczas gdy my nie możemy wchodzić w ich formy dydaktyczne.
Oczywiście są uczelnie regionalne, które mają większe ambicje i starają się je w pewnym możliwym zakresie realizować. To nie jest złe. Powiązanie dydaktyki choćby ze skromnymi badaniami na pewno tej pierwszej wychodzi na dobre. Zawsze sobie myślę, że lepiej być lepszym w swojej kategorii niż bardzo słabym w tej, do której się dąży. Moja uczelnia poddała ewaluacji dyscypliny, które uprawiamy i to ze sporym powodzeniem. To było nam potrzebne, naszej kadrze, pracownikom, którzy nie chcieli być tylko wykładowcami, ale mieli ambicje poszerzania swoich horyzontów. Akademia Bialska w rankingu uczelni akademickich wyprzedziła niektóre uniwersytety, ale za to nie była najlepsza w rankingu uczelni zawodowych. Nasz kierunek ekonomia jest na szesnastym miejscu w Polsce na ponad trzydzieści uczelni uprawiających tę dyscyplinę. Jeżeli się ma poczucie własnej wartości, znaczenia tego, co się robi, to czasami warto się zmierzyć z najlepszymi. Nie po to, żeby zająć miejsce dużych ośrodków, ale żeby zobaczyć, ile jest warte to, co robimy w regionie, na prowincji. Ale mamy też poczucie misji i obowiązku, który nam wyznacza ustawa i którego oczekują regiony, a nasze miasta oczekują od nas rozwijania własnych kadr. Ta ewaluacyjna próba sił to nie był tylko egoistyczny zamysł. Co więcej, system szkolnictwa wyższego w Polsce jest otwarty, nie zabroniono nam rozwoju w kierunku akademickim. Mimo to pozostaliśmy w większości przy misji, którą nam powierzyli nasi twórcy. My nie mamy produkować doktorów habilitowanych, ale wykształcić specjalistów dla lokalnych urzędów, firm, ośrodków zdrowia, szkół. Muszę powiedzieć, że na kształcenie drugiego stopnia, oczekiwane od nas w naszych miastach i regionach, na przykład pielęgniarek czy ratowników medycznych, dostajemy tylko 60% tej subwencji, którą dostają uniwersytety w dużych ośrodkach, mimo że spełniamy te same standardy jakości co one. To jest dziwna, nieuzasadniona dyskryminacja, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że ci, którzy wyjechali do dużych ośrodków, rzadko wracają do pracy w swoich małych, rodzinnych miastach. Jeżeli standardy kształcenia nas obowiązujące są takie same jak uniwersytetów medycznych, musimy przeprowadzić tyle samo godzin zajęć o tej samej jakości, to dlaczego państwo płaci nam za to o 40% mniej? Tego nie potrafię zrozumieć.
Jako jedną z dróg rozwoju wskazuje się nam kształcenie na piątym poziomie krajowej ramy kwalifikacji. Niektóre nasze uczelnie tego spróbowały, ale na razie to nie za bardzo wychodzi. Mamy rozwinięte systemy studiów licencjackich, inżynierskich, ale także magisterskich, podyplomowych, kursów dokształcających, profesjonalnych i to się sprawdza. Mam wątpliwości co do tak zwanych mikropoświadczeń; są na ten temat dyskusje, konferencje. Chętnie biorą się za to uczelnie prywatne. Jednak poziom kształcenia, który oferują, a myślę o naszych bezpośrednich konkurentach w regionach, nie jest do końca dobry, na pewno nie jest ono lepsze niż to, które my oferujemy. To nie zawsze jest uczciwa konkurencja. Jeżeli mikropoświadczenia miałyby funkcjonować skutecznie, poziomy kształcenia powinny być bardziej wyrównane. Odpowiada za to także Polska Komisja Akredytacyjna, której działania wydają się nam niejasne. Dochodzą do nas sygnały, że uczelnie prywatne dostają z łatwością zgody na prowadzenie różnych kierunków, na które my, ze znacznie lepszym zapleczem, stabilną kadrą, nie możemy zgody uzyskać. Pielęgniarstwo jest tutaj znakomitym przykładem, a psychologia kolejnym. Jak można w weekendy zrealizować bardzo napięty program pielęgniarstwa? Gdzie dla kilkuset studentek przyjętych na pierwszy rok studiów w prywatnej uczelni można znaleźć szpitale do prowadzenia praktyk? Czy na pewno nasze ośrodki zdrowia potrzebują słabo wykształconych pielęgniarek? My nie mamy szans na psychologię, ale uczelnie prywatne owszem. I zostaje się psychologiem po pierwszym stopniu studiów na politologii i dwóch latach studiów uzupełniających psychologicznych. Na pewno chcemy takich psychologów? Dlaczego PKA daje na to przyzwolenie? Czy mikropoświadczenia też będą działały na takich samych zasadach, że umiejętności zdobyte ciężką pracą wykładowców dobrej uczelni zawodowej będą porównywane z kształceniem weekendowym?
Nasze uczelnie przetrwały ponad dwadzieścia lat, zdobyły pozycję i prestiż w swoich miastach. To znaczy, że istnieje zapotrzebowanie na nasze kształcenie, na naszych absolwentów, na uczelnie jako swoiste ośrodki intelektualne, centra kompetencji i kultury, lokalne źródła rozwoju. Cały czas się rozwijamy, dostosowujemy naszą aktywność do lokalnych potrzeb. Także ministerstwo to dostrzegło, czego wyrazem są możliwości pozyskiwania środków na inwestycje czy program Dydaktyczna Inicjatywa Doskonałości. Dla rozwoju regionów, dla tego, żeby one się nie wyludniały, regionalne uczelnie publiczne oferujące dobre bezpłatne kształcenie są konieczne. Nie zapewnią tego uczelnie prywatne, w których kształcenie na pewno nie wytrzymałoby próby rzetelnej kontroli przez PKA.
Notował Piotr Kieraciński
(Więcej o publicznych uczelniach zawodowych TUTAJ; fotoreportaż na 3 str. okładki)
Wróć