Mariusz Karwowski

Zespół pod kierunkiem dr. hab. Dominika Antonowicza z Katedry Badań nad Nauką i Szkolnictwem Wyższym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu przeprowadził pierwsze na taką skalę badania sektora publicznych uczelni zawodowych w Polsce. Ich wyniki zaprezentowano podczas dwudniowej konferencji „Wielka rola małych uczelni”, która odbyła się w Toruniu. Wydarzenie składało się z kilku paneli dyskusyjnych, a punktem wyjścia do każdego były sformułowane przez naukowców rekomendacje dla polityki publicznej. – Badaliśmy, jak zmieniły się publiczne uczelnie zawodowe w okresie wielu lat. Chcieliśmy poznać najróżniejsze elementy ich funkcjonowania: społeczne, kulturowe, ekonomiczne, przy uwzględnieniu kontekstu, w jakim działają. Staraliśmy się opisać ten sektor nie w relacji z innymi grupami uczelni, ale przez pryzmat cech, które go wyróżniają – tłumaczył szef zespołu.
Pierwsze, wówczas jeszcze państwowe wyższe szkoły zawodowe, powstały w 1998 roku w dziewięciu miastach: Tarnowie, Koninie, Legnicy, Elblągu, Jeleniej Górze, Nowym Sączu, Gorzowie Wielkopolskim, Jarosławiu i Sulechowie. Dziś działają w 31 miastach (jako ostatni na mapie pojawił się w 2023 roku Grudziądz), głównie średniej wielkości (tylko pięć ma siedzibę w ośrodkach liczących powyżej 100 tys. mieszkańców) i na tzw. pustyniach edukacyjnych – poza jedną uczelnią wszystkie są jedynymi publicznymi szkołami wyższymi w swoich miastach, a w konsekwencji tylko one oferują studia bezpłatne. Od kilku lat mogą używać nazwy „akademia nauk stosowanych”, z czego większość skrzętnie skorzystała. Największe z nich to uczelnie w Tarnowie (3,8 tys. studentów), Legnicy (3,2 tys.) i Nowym Sączu (2,9 tys.), najmniejsze – w Wałczu (469) i Głogowie (435). W sumie kształci się w nich prawie 45 tys. żaków, a zatrudnionych jest ok. 4,5 tys. wykładowców. O ile na początku w PUZ-ach dominowały kierunki społeczne (w 2005 roku – 34,9% studentów) i pedagogiczne (27,1%), o tyle dziś okołomedyczne (26,9%), prawno-ekonomiczne (15,7%) i techniczne (12,9%).
Więcej niż połowa studentów pochodzi z powiatu właściwego dla siedziby uczelni. Głównym motywem podjęcia nauki (71,4%) jest bliskość miejsca zamieszkania, a dalej interesujące kierunki (53,2%), brak opłat za studia (46,1%) oraz dobre perspektywy zawodowe (28,4%). Ponad połowa żaków (56%) ma ambicje zdobycia tytułu magistra (prawie 9% marzy o doktoracie), ale jednocześnie tylko 40% planuje kontynuować studia na II stopniu. I częściej deklarują to kobiety (46,7%) aniżeli mężczyźni (29,5%). W ostatnich latach nastąpiło wyraźne osłabienie drenażu mózgów w PUZ. Jeszcze w 2016 roku spośród wszystkich absolwentów I stopnia kontynuujących studia, jedynie nieco ponad co czwarty robił to na uczelni macierzystej, pozostali migrowali do innych ośrodków – dla połowy była to uczenia publiczna, zazwyczaj akademicka i zlokalizowana w dużym mieście. W 2022 roku odsetek studiujących na II stopniu w PUZ wzrósł dwukrotnie – do 56%. Będąc dla wielu uczelnią jedynego wyboru, PUZ stanowi też kanał awansu społecznego, rodzice aż 76% studentów nie mają dyplomu szkoły wyższej. Trzech na czterech żaków wywodzi się z rodzin robotniczych i rolniczych. Co szósty otrzymuje stypendium socjalne, to najwyższy odsetek w porównaniu z uczelniami akademickimi i uczelniami niepublicznymi.
Rekomendacja 1: Badania w publicznych uczelniach zawodowych powinny być finansowane również w formie projektowej przez agencje finansujące badania naukowe (NCN i NCBR) z uwzględnieniem specyfiki sektora.
Rekomendacja 2: Publiczne uczelnie zawodowe powinny pełnić rolę regionalnych centrów wiedzy, badań stosowanych, wdrożeń oraz innowacji, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w algorytmie finansowania.
Na początku dyskusji D. Antonowicz odwołał się do doświadczeń innych krajów, m.in. Niemiec, Austrii czy Niderlandów, które odeszły od wąskiego definiowania uczelni zawodowych jako stricte edukacyjnych. Za granicą ewoluują w kierunku badawczo-wdrożeniowym, przy silnym wsparciu otoczenia. W Finlandii, dużo bardziej innowacyjnej niż Polska, postawiono na specjalistyczne kształcenie podyplomowe mocno związane z komponentem aplikacyjnym. Oczekiwania władz publicznych zmierzają tam do tego, by uczelnie zawodowe włączyć do ekosystemu gospodarczego. – Państwa, takie jak Finlandia, wcześniej doświadczyły presji demograficznej niż my. Stanowią więc swego rodzaju laboratorium wiedzy, możemy się im przyglądać, podglądać – mówił.
Innowacje, które mają pchać do przodu fińską gospodarkę, nie biorą się znikąd. W ich generowaniu ważną rolę odgrywają właśnie publiczne uczelnie zawodowe, które stanowią większość instytucji szkolnictwa wyższego w tym kraju. Są zachęcane do tego poprzez odpowiednie mechanizmy finansowe. – Nie da się przetrwać, wyłącznie kształcąc, bo studentów jest coraz mniej. Różnica w porównaniu z Polską jest taka, że ten impuls ze strony państwa jest tam bardzo czytelny – dodał Antonowicz.
Dr Mariusz Lewandowski z UMK zwrócił uwagę na „klincz oczekiwań”, w jakim znalazły się uczelnie zawodowe. Ministerstwo chce ich stabilności, ale żeby nie obciążały zbytnio budżetu. Pracodawcy chcieliby absolwentów z kompetencjami przydatnymi na rynku pracy. Samorząd oczekuje, że rozwiążą lokalne problemy. Z kolei kandydaci zastanawiają się, czy po ukończeniu studiów w „zawodówkach” dostaną przyszłościową pracę. – Brakuje wspólnej strategii komunikacyjnej, która pokaże, w którą stronę same uczelnie chcą podążać. Mogłyby stać się regionalnymi hubami innowacji, ale do tego potrzeba czasu i zmiany nastawienia ze strony wszystkich interesariuszy – mówi M. Lewandowski.

Kluczowe jest także rozpoznanie lokalnych potrzeb. Wczytywanie się w nie trwa już od jakiegoś czasu, czego widocznym efektem są choćby centra symulacji medycznej, przygotowujące do kształcenia w zawodach pożądanych na rynku zawodów. Ale potencjał tkwi również w wielkich inwestycjach, jak Port Polska czy elektrownia atomowa, które z pewnością wygenerują zapotrzebowanie na pracowników, choćby personel pomocniczy. D. Antonowicz zastrzegł, że warto szukać pomysłów nie na nauczanie, lecz na rozwiązania dla lokalnej gospodarki, tak aby dodać jej impulsu rozwojowego. – Innowacje, czy to medyczne, czy technologiczne, czy np. związane z projektowaniem gier, mogą być takim impulsem, ale konieczny będzie zastrzyk publicznych pieniędzy.
Zwrócił przy tym uwagę, że finansowanie PUZ tylko przez jedno ministerstwo, jak to ma miejsce obecnie, jest problematyczne. Trzeba zdywersyfikować to źródło na kilka resortów, adekwatnych do specyfiki kierunków. W algorytm powinno się ponadto wpisać taką formułę finansowania, która skłoni uczelnie bardziej do wyjścia na zewnątrz, ale będzie też motywatorem dla otoczenia. Budowa laboratoriów, żeby wykształcić czy podnieść kwalifikacje pracowników, nie wydaje się zbyt dużym oczekiwaniem wobec przedsiębiorstw. Nie jest tak, że uczelnie muszą same wszystko robić. Państwo powinno jednak zachęcać firmy, tworząc np. odpowiedni system podatkowy. – Musimy myśleć nie jak znaleźć pomysł na publiczne uczelnie zawodowe, tylko jak znaleźć pomysł na rozwój regionalny – podsumował Antonowicz, dodając na koniec, że taka interwencja dawałaby infrastrukturę instytucjonalną (np. w postaci klastrów) do współpracy z podmiotami, które zainteresowane są komercjalizacją wiedzy.
W ocenie dr. hab. Roberta Musiałkiewicza, rektora Państwowej Akademii Nauk Stosowanych we Włocławku, a do niedawna także przewodniczącego Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych, ten typ uczelni to niezwykle istotne ogniwo systemu szkolnictwa wyższego dla osób, których zwyczajnie nie stać na studia. Zauważył przy tym, że łączna subwencja dla wszystkich PUZ-ów przekracza 900 mln zł, podczas gdy subwencje pojedynczych największych uczelni akademickich wynoszą ponad 1 mld zł. – Warto byłoby porównać koszty, jakie generuje jeden absolwent profilu praktycznego na uniwersytecie i koszty, jakie generuje jeden absolwent uczelni zawodowej. I co się dzieje na rynku z jednym, a co z drugim – z przekąsem pytał dr hab. Paweł Maciaszczyk, rektor PANS w Tarnobrzegu. Dodał, że coraz częściej kierunki praktyczne otwierają także uniwersytety. – Zaczynają nam podkradać profil – konstatował gorzko. Z kolei dr inż. Jarosław Niedojadło, rektor ANS w Elblągu, przekonywał, że to uczelnie zawodowe dostarczają fachowców na potrzeby regionów. – Cały czas jesteśmy w kontakcie z pracodawcami, mamy bardziej elastyczną ofertę niż uczelnie akademickie, mimo że ścieżka uruchomienia nowego kierunku jest karkołomna. Przy tym nie dostajemy finansowania na badania, wszystkie pieniądze na ten cel musimy zdobyć sami.
D. Antonowicz wspomniał, że kilka miesięcy temu był zaproszony na posiedzenie Rady Narodowego Centrum Nauki, gdzie namawiał do utworzenia osobnej ścieżki grantowej dla uczelni zawodowych. Nie kosztuje to dużo, przy 10 grantach byłoby to maksymalnie pół miliona złotych, a dałoby same pozytywne efekty. Jego zdaniem, tylko tak można zbudować kulturę grantową w mniejszych ośrodkach, które nie mają szans w konkurencji z dojrzałymi uczelniami akademickimi. W okresie inkubacyjnym potrzebują więc pewnego rodzaju wsparcia. – Publiczne uczelnie zawodowe też powinny rywalizować między sobą, tak jak dzieje się to w przypadku innych typów uczelni. W Finlandii czy Norwegii finansowanie w kolejnych dekadach będzie się odbywało głównie z projektów, a w mniejszym stopniu podmiotowo. Taką kulturę musimy zbudować też u nas, bez wykluczania części uczelni.
Rekomendacja 3: Publiczne uczelnie zawodowe powinny kształcić w zawodach społecznie doniosłych, w tym zwłaszcza medycznych oraz nauczycielskich.
Rekomendacja 4: Należy uznać specyfikę kształcenia w publicznych uczelniach zawodowych i uwzględnić ją w wymogach i procesach akredytacyjnych.
Dr Marta Jaworska z UMK zauważyła, że uczelnie zawodowe płynnie i dynamicznie reagują na zmiany na lokalnym rynku pracy i nie boją się otwierać nowe kierunki. W momencie uderzenia niżu demograficznego musiały szukać alternatywnych rozwiązań. I znalazły. Jeszcze w 2005 roku kierunki medyczne, jak pielęgniarstwo, ratownictwo, fizjoterapia, były w ofercie zaledwie trzech PUZ-ów, a dziś są już w ponad połowie (16) i rekrutuje się na nie trzykrotnie więcej studentów. Również dr Anna Kola z UMK akcentowała wysoką reaktywność na zmiany społeczne. Jeszcze dekadę temu uczelnie te ograniczały współpracę głównie do biznesu, teraz rozszerzyły ją także o instytucje publiczne, samorządowe czy organizacje pozarządowe. Zaznaczyła, że swój profil zmieniały nie tylko dlatego, żeby uatrakcyjnić ofertę, ale by odpowiadać na współczesne wyzwania, np. demograficzne. Płynne i skuteczne wejście w te procesy, tłumaczyła, umożliwiły konsekwentne inwestycje w infrastrukturę dydaktyczną. Zasugerowała też podjęcie współpracy z uniwersytetami w kontekście studiów nauczycielskich, które mają przygotować do realizacji podstawy programowej z zakresu biologii, chemii, fizyki, geografii.
W opinii dr hab. Anny Budzanowskiej z Uniwersytetu Śląskiego, byłej wiceminister nauki, szerokodyscyplinowe uniwersytety wskutek niżu demograficznego czy drop-outu stają się dla uczelni zawodowych naturalną konkurencją. Wskazywała, że w uczelniach technicznych liczba absolwentów spada, studenci nie chcą iść na II stopień, szukają alternatywnych modeli kształcenia. Jej zdaniem PUZ-y powinny zareagować, proponując mikropoświadczenia oraz kierunki zamawiane. To dla nich szansa w obliczu długotrwałych procedur przy tworzeniu nowych kierunków. Zwłaszcza, że od modelu mikropoświadczeń, jak podkreślała, nie uciekniemy. – Dzięki temu osoby, które są już absolwentami i mają jakieś doświadczenie, można doszkolić i dać certyfikat, który zapewnia wejście do zawodu.
Zgodziła się, że konieczna jest także odrębna dla nich ścieżka akredytacyjna. Dziś ocenę ich działalności dydaktycznej ocenia się wedle kryteriów przygotowanych dla uczelni akademickich. Tymczasem w modelach kształcenia odzwierciedlona jest specyfika PUZ-ów, nie zawsze dostrzegana przez ekspertów Państwowej Komisji Akredytacyjnej. – Za ogromną porażkę uważam to, że mają państwo nałożone takie kajdany – stwierdziła. Dodała, że potrzeba odważnej decyzji politycznej, by pozwolić PUZ-om na jeszcze szybsze reagowanie na potrzeby rynku. – Reagujecie na tyle, na ile możecie w ramach zasobów, które posiadacie. Mimo przeszkód radzicie sobie doskonale, a w każdym razie lepiej niż uniwersytety – podsumowała swoje wystąpienie.
– W jaki sposób mamy szybko reagować, jeśli do uruchomienia nowego kierunku trzeba złożyć wniosek do PKA? Uniwersytety czy politechniki nie mają takiego obowiązku. Według sprawozdania za ubiegły rok, na 281 wniosków złożonych przez publiczne uczelnie zawodowe tylko 44 dostały od PKA oceny pozytywne. Są uczelnie, które już po raz piąty składają wniosek o kierunek informatyka – raportował R. Musiałkiewicz.
Motyw zawodowe vs. uniwersytety wybrzmiał też w wypowiedzi dr Elżbiety Stokowskiej-Zagdan, rektor Akademii Nauk Stosowanych im. Stefana Batorego w Skierniewicach. Domagała się autonomii w zakresie tworzenia kierunków nieobjętych standardami kształcenia. Takiej, jaką mają uczelnie akademickie. Kierunki medyczne podlegają ocenie Krajowej Rady Akredytacyjnej Szkół Pielęgniarek i Położnych i powinna być ona z automatu uznawana przez PKA. – Czym różnią się nasze uczelnie od medycznych? Wykształcenie pielęgniarki na uniwersytecie medycznym kosztuje o wiele więcej niż w uczelni zawodowej. Natomiast 80% pielęgniarek w szpitalu w Skierniewicach to nasze absolwentki. Do tego borykamy się z problemami w pozyskaniu specjalistów za wynagrodzenie, które jesteśmy w stanie zaoferować z subwencji, bo resort nie dostrzega kosztochłonności kształcenia medycznego. To jest niesprawiedliwość, która musi być systemowo rozwiązana – apelowała. Opowiedziała się też za międzyresortowym finansowaniem kształcenia na kierunkach społecznie potrzebnych (Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Obrony Narodowej).
Przypomniano, że nie toczy się żadna poważna debata o akredytacji, choć model zapisany w ustawie jest niezmieniony praktycznie od dwóch dekad. Wskazywano, że to dobry moment, by zaadaptować go do obecnej rzeczywistości. Dr inż. Michał Sójka, rektor Publicznej Uczelni Zawodowej w Grudziądzu, podkreślał, że PKA powinna uwzględniać specyfikę praktycznego profilu kształcenia, choćby poprzez większe docenienie praktyków w porównaniu z pracownikami naukowymi, którzy nigdy nie wyszli poza mury akademii. P. Maciaszczyk zapowiedział starania o zmianę zasad otwierania kierunków. – Skoro uniwersytety mogą uruchamiać kierunki praktyczne, do czego nie są przygotowane tak dobrze jak my, to dlaczego my nie możemy spełniać oczekiwań naszych partnerów, otoczenia. Czy PKA lepiej od nas wie, którzy specjaliści są potrzebni w regionie? Uniwersytety niech zadbają o naukę, my cenimy praktyków, doświadczenie – tłumaczył.
Oponowała A. Budzanowska, której zdaniem wszelkie regulacje zmierzające do zamknięcia PUZ-ów wyłącznie w kształceniu zawodowym, bez tworzenia obszaru doskonałości naukowej, jest przeciwskuteczne i niezgodne z duchem rozwoju człowieka. – W uczelniach zawodowych są przecież akademicy, którzy chcą się rozwijać także naukowo i regulacja, która tego by zabraniała, byłaby niezgodna z elementarnymi prawami obywatelskimi. Sugerowała, by na poziomie ministerstwa wprowadzić mechanizmy docenienia tej części kadry, która ma ambicje rozwoju naukowego. Zachęcała też do zainteresowania się inicjatywą Uniwersytetów Europejskich czy Wspólnot Wiedzy i Innowacji (KIC), gdzie uczelnie zawodowe są wręcz pożądane.
Do dyskusji włączył się dr hab. Artur Zimny, rektor Akademii Nauk Stosowanych w Koninie, przekonując, że dla uczelni zawodowych najcenniejszym pracownikiem jest nie akademik, teoretyk, lecz czynny praktyk, pracujący w biznesie, w przemyśle. – U mnie stanowią oni około 70% kadry – sięgnął po dane. Podzielił się też spostrzeżeniem, że rozwój PUZ-ów nastąpił po zniesieniu minimów kadrowych. Wcześniej otwierano czysto akademickie kierunki, jak politologia, dziennikarstwo, do prowadzenia których pozyskiwano akademików z dużych ośrodków. Dlatego właśnie przez długi czas, trochę wbrew ówczesnej nazwie, uczelnie te miały de facto akademicki charakter. – Teraz jesteśmy w stu procentach praktyczni i to cieszy.

Rekomendacja 5: Kształcenie w publicznych uczelniach zawodowych musi być uelastyczniane w celu pozyskania nowych odbiorców, np. osoby pracujące, imigranci.
Rekomendacja 6: Publiczne uczelnie zawodowe powinny ewoluować w kierunku instytucji poświadczających efekty kształcenia, np. w postaci mikropoświadczeń.
Przeprowadzona badania pokazały, że już co piąty student PUZ-ów należy do grupy określanej mianem „nietradycyjni 30+” (w uczelniach akademickich to ledwie 5%). Jak wyjaśnił dr Krzysztof Wasielewski z UMK, uczelnie zawodowe przyciągają coraz więcej studentów pracujących (40%), głównie etatowców. Wydaje się, że to właśnie na nich będą się w najbliższej przyszłości orientować. Już teraz konstruują swoją ofertę głównie pod tego typu studenta, a model kształcenia popołudniowego czy weekendowego jest w nich wyraźnie obecny. Chodzi o to, by dzięki dokształcaniu, budowaniu nowych umiejętności, jednym słowem lifelong learning, osoby te nie wyjeżdżały z regionu. Szansą może być też kształcenie imigrantów pod kątem wyposażania ich w zawodowe kompetencje. Segmentem, który po zmianach ustawowych mógłby być zagospodarowany przez PUZ-y, są studia na V poziomie krajowej ramy kwalifikacji. To krótkie, trzysemestralne programy, które łączą teorię z praktyką i kończą się mikropoświadczeniem. Ich absolwenci mogą kontynuować kształcenie na studiach wyższych.
W Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Koszalinie, jak podała rektor dr Monika Pawłowska, już ponad 30% studentów ma powyżej 30 lat (w tym 20% to 40+). Z jej obserwacji wynika, że to ludzie zakorzenieni w danym mieście, pracujący, którzy chcą podwyższyć swoje kwalifikacje. Nie myślą o przeprowadzce w celu podjęcia kształcenia, jak studenci tradycyjni. Dodała, że ponad 70% jej studentów należy do pierwszego pokolenia w rodzinie, które podejmuje kształcenie w szkole wyższej. Jej zdaniem, budując markę, jakość kształcenia, nie można sobie pozwolić na elastyczność w stylu „rób co chcesz, a potem się wszystko zaliczy”. Student musi włożyć w to jakiś wysiłek.
Odniosła się też do kwestii naukowego filaru w PUZ-ach. – Uważam, że uczelnia bez nauki nie istnieje. Tyle że mogę sobie na nią pozwolić w ograniczonym stopniu. Od wielu lat moja uczelnia zajmuje pierwsze miejsce, jeśli chodzi o kosztochłonność. Prowadzenie badań czy ich dofinansowanie jest możliwe dzięki różnego rodzaju oszczędnościom. W zeszłym roku wypromowaliśmy 10 doktorów, mamy też profesora belwederskiego. Naukowość powinna być traktowana jako wartość dodana, a nie podstawowe kryterium oceny naszych uczelni.
W tym kontekście ciekawe spostrzeżenia dorzuciła dr hab. Agnieszka Olechnicka z Uniwersytetu Warszawskiego, przywołując swoje doświadczenia z pracy w roli doradcy Komisji Europejskiej do spraw regionalnych i inteligentnych specjalizacji. Jednym z zagadnień, którymi się zajmowała, były innowacje w regionach wyludniających się. Patentów i publikacji tam jak na lekarstwo, co może zatem stanowić innowację? Na przykład badania oparte na praktyce. Pielęgniarki w szpitalu, prowadząc swoje zwykłe codzienne czynności, doskonalą swoją praktykę np. w leczeniu trudno gojących się ran. Ich praca doprowadziła do tego, że powstały zaawansowane opatrunki. Pielęgniarki, mimo że są niewidoczne w publikacjach, doskonaląc krok po kroku swoje metody doprowadziły do stworzenia urządzeń, które leczą rany próżniowo. Taką naukę uczelnie zawodowe już dziś prowadzą.
Ekspertka w swojej pracy zajmuje się rozwojem regionalnym oraz rolą w nim sektora nauki. Jak zauważyła, PUZ-y wpisują się w klasyczną poczwórną helisę: obejmują społeczeństwo, sektor naukowy, biznes i administrację publiczną. Przy czym ważne jest nie tylko to, co się dzieje w każdej z tych grup, ale i na ich przecięciu, jak ze sobą współpracują, jakie elementy wytwarzają w ramach współpracy (nowe kierunki, nowe instytucje, typu inkubatory przedsiębiorczości czy laboratoria). – Rola PUZ-ów jest szczególnie ważna, bo zapobiegają drenażowi mózgów. Osoby, których nie stać na studiowanie z dala od miejsca zamieszkania, które osiągają dzięki tym studiom awans społeczny, zwiększają potencjał kapitału ludzkiego w regionie – mówiła.
Przykład dowodzący możliwości szybkiego dostosowania się do otoczenia przytoczył dr Sebastian Łukaszewski, przewodniczący Rady Uczelni ANS w Koninie. W regionie pojawiły się chińskie firmy i od razu wzrosło zainteresowanie nauką języka. Uczelnia wprowadziła kurs chińskiego do swojej oferty. Tak samo, jego zdaniem, powinno być z kierunkami studiów. – Tymczasem od pomysłu do realizacji mija czasem kilka lat, w efekcie czego pożądany w danym momencie kierunek przestaje być aktualny. Uzyskiwanie zgody nie może tyle trwać, chyba że chcemy kształcić bezrobotnych.
Dodał, że kontakty z biznesem są konieczne, bo inaczej nie byłoby wiadomo, czego on potrzebuje. W przypadku konińskiej ANS współpraca społeczno-gospodarcza nasiliła się w ostatnich pięciu, sześciu latach. Synergia może wyglądać tak: przedsiębiorcy fundują różnego rodzaju pomoce dydaktyczne, dostosowane do profilu ich branży albo systemów wdrożonych w firmie, zaś studenci, korzystając z nich, nabywają konkretne umiejętności, których potrzebują lokalni pracodawcy.
Rekomendacja 7: Powołanie Inicjatywy Doskonałości – Uczelnia Regionalna, która miałaby promować uczelnie zawodowe szczególnie aktywne w wymiarze regionalnym i przyczyniać się do wzmocnienia tej aktywności.
Rekomendacja 8: W algorytmie finansowania powinno się dowartościować studentów na poziomie magisterskim, zwłaszcza absolwentów, którzy kontynuują kształcenie na uczelni macierzystej.
W wywiadach z władzami uczelni badacze UMK zauważyli, że działania na rzecz otoczenia społeczno-gospodarczego sprowadzają się głównie do obszaru kształcenia. Dopiero potem pojawiały się inne aktywności o równie fundamentalnym znaczeniu: edukacyjne (od najmłodszych po seniorów), społeczno-kulturalne (na rzecz miasta), gospodarcze (wykorzystywanie laboratoriów). W niektórych środowiskach uczelnie zawodowe stanowią zaplecze eksperckie dla samorządów. W jednym z miejsc PUZ postrzegana jest jako atut w procesie pozyskiwania inwestorów – rozmowa nie może się odbyć bez obecności rektora i prezentacji uczelni. Przedstawiciele samorządów zwracają uwagę, że w ostatnich latach następuje coraz szersze otwarcie uczelni na środowisko lokalne. – Być może jest to spowodowane niżem demograficznym, który sprawia, że siłą rzeczy są zmuszone zaznaczać silniej swoją obecność w przestrzeni miasta czy regionu. De facto realizują więc trzecią misję, odgrywając ogromną rolę w procesie wspomagania procesów rozwojowych w wymiarze lokalnym – wskazywał dr Jarosław Domalewski z UMK.

Obecna podczas tej części obrad wiceminister prof. Maria Mrówczyńska od razu na wstępie określiła się jako gorąca orędowniczka uczelni zawodowych. Jej zdaniem zaangażowanie w rozwój regionu jest kluczowe, inaczej traci nie tylko uczelnia, ale i jej otoczenie. Otwarcie się na nowe aktywności, w ocenie wiceszefowej resortu, wynika z tego, że PUZ-y nabrały pewności siebie w działaniu. – Przestały być jedynie ubogimi siostrami, próbującymi zagospodarować tych, którzy nie wyjeżdżają do dużego miasta. Po ćwierć wieku funkcjonowania okrzepły, wpisały się na dobre w swoje regiony, czują wartość, jaką niosą ze sobą – stwierdziła. Dodała, że również dzięki kultywowaniu regionalnych tradycji i kultury, m.in. poprzez prowadzenie bibliotek, chórów, zespołów lokalnych, stały się bardziej widoczne. Wyraziła życzenie, by jeszcze bardziej inwestowały we własnych pracowników, budowały swoją kadrę i nie opierały się na zaciągu zewnętrznym. – Nie można pozwolić, aby te uczelnie zaczęły znikać, bo później już się nie odbudują, będzie to strata dla regionów.
Zapewniła, że ministerstwo nie zapomina o uczelniach zawodowych. W projekcie nowej strategii rozwoju kraju znajdują się one pod szczególną ochroną jako istotne dla kształtowania swoich regionów. Co więcej, Konferencja Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych jest jedną z trzech wpisanych do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce jako ciało opiniujące i konsultujące wszystkie zmiany i akty prawne.
W toku dyskusji zaznaczono, że uczelnie zawodowe, paradoksalnie, w obliczu niżu są w nieco bardziej komfortowej sytuacji niż akademickie, bo wykazują się większą elastycznością, jeśli chodzi o dostosowanie oferty kształcenia pod kątem potrzeb potencjalnych studentów, czyli np. osób aktywnych zawodowo, które chcą podnosić swoje kwalifikacje.
– Jesteśmy tyle warci, ile wnosimy w rozwój naszych regionów. Zarówno w sensie społeczno-kulturowym, jak i gospodarczym – podkreślił A. Zimny. Przyznał, że gdyby nie powstała uczelnia w Koninie, on sam nie zdobyłby wyższego wykształcenia. Dziś, jako jej absolwent, nią zarządza. – Po latach uczelnie zawodowe dorobiły się własnych rektorów. Już nie muszą oni przyjeżdżać z innych miast. Mieszkam w Koninie, moje całe życie zawodowe jest związane z uczelnią. To też jest czynnik, który powoduje, że się angażujemy w takim stopniu – dodał.
ANS w Koninie gra właśnie o duży projekt. Jeśli zapadnie decyzja o lokalizacji drugiej elektrowni jądrowej w Polsce (Konin rywalizuje z Bełchatowem), uczelnia ma być partnerem strategicznym. Rektor już zapowiedział, że będzie kształcić personel pomocniczy „atomówki”. – W systemie szkolnictwa wyższego odgrywamy wprawdzie marginalną rolę, ale z punktu widzenia rozwoju regionalnego trudno przecenić nasze znaczenie. Jesteśmy instrumentem polityki interregionalnej prowadzonej przez rząd, ale powinniśmy być też instrumentem polityki intraregionalnej prowadzonej przez samorządy województw. Wpisujemy się w regiony i chcemy je wspierać – zakończył.
Pomysł IDUR spotkał się z zainteresowaniem uczestników konferencji, ale słusznie uznano, że bez dodatkowych środków z budżetu nie ma co liczyć na jego realizację. Zwłaszcza, że uczelniom zawodowym dedykowana już jest Dydaktyczna Inicjatywa Doskonałości. Więcej optymizmu wlała wiceminister M. Mrówczyńska, odnosząc się do rekomendacji dotyczącej dowartościowania w algorytmie studentów na poziomie magisterskim. – Przyjęcie na II stopień jest zazwyczaj obarczone dużo niższym współczynnikiem sukcesu i każda uczelnia ma z tym problem. Dlatego ta rekomendacja wydaje mi się bardzo potrzebna.
Jak zauważył J. Domalewski, rozwijanie studiów drugiego stopnia ma fundamentalne znaczenie w kontekście zatrzymania młodych ludzi w miejscu ich zamieszkania. – Tymczasem przelicznik 0,6 dla studenta studiów II stopnia jest wyraźnie krzywdzący dla publicznych uczelni zawodowych.
W kontekście przyszłości badacze UMK wskazują cztery główne funkcje, jakie publiczne uczelnie zawodowe mogą realizować: regionalne centra zaawansowanego kształcenia, wiedzy oraz innowacji; trampolina społecznego awansu dla osób nieuprzywilejowanych; budowanie kapitału społecznego i wyrównywanie szans; lokalne kształcenie w zawodach społecznie doniosłych w sektorze służby zdrowia oraz edukacji.
R. Musiałkiewicz widzi szansę w zwiększeniu stopnia scholaryzacji. Jak podawał, w krajach OECD odsetek osób z wyższym wykształceniem wynosi 42%, w Polsce 34%. Wrócił też do kwestii dostępu do finansowania grantowego. W latach 2011–2024 pracownicy publicznych uczelni zawodowych złożyli do Narodowego Centrum Nauki 173 wnioski (na 147 tys. ogółem), z których zaledwie 7 (na 31 tys.) uzyskało finansowanie (siedem uczelni nie złożyło żadnego wniosku). Przez 13 lat do PUZ-ów trafiło niecałe 1,8 mln zł, czyli 0,01% środków rozdysponowanych przez agencję. W maju 2025 roku KRePUZ wysłała do dyrektora NCN apel o specjalną ścieżkę w programie MINIATURA. Na razie bez efektów.
Przyszłościowo władze PUZ myślą też o naprawie przepisów ustawy o cudzoziemcach. Od jej przyjęcia proces wizowy stał się wyraźnie trudniejszy. Przy czym, znów, nie dotyczy to uczelni akademickich, tam zachowano status quo. To zawodowe mają pod górę, muszą uzyskiwać stosowne zezwolenie od ministra do spraw wewnętrznych, jeśli chcą przyjąć studentów z zagranicy. Tymczasem z ostatniej symulacji ZUS wynika, że do 2060 roku liczba ludności Polski spadnie poniżej 30 mln. – PUZ-y mogłyby integrować społeczności regionalne. Bez migrantów będzie nam bardzo trudno – przekonywała A. Olechnicka, która rolę PUZ-ów widzi nie tylko w odpowiadaniu na potrzeby społeczne, ale też zapewnianiu kompetencji krytycznych, jak cyfryzacja, digitalizacja, sztuczna inteligencja.
P. Maciaszczyk podkreślił, że jedną z priorytetowych spraw jest z pewnością zmiana trybu uruchamiania nowych kierunków, także drugiego stopnia. – Uczelnie niepubliczne mogą, my nie. Nie dostajemy zgody na wiele kierunków, które powinniśmy otwierać, bo tego oczekuje od nas lokalne środowisko, takie są potrzeby. Wszyscy, którzy mogliby u nas zostać i dalej się kształcić, idą na uczelnie niepubliczne – mówił i zapowiedział podjęcie działań w sprawie powołania branżowej komisji akredytacyjnej.
Przypomnijmy, że na przełomie stuleci (1998–2002) działała Komisja Akredytacyjna Wyższego Szkolnictwa Zawodowego. Była to pierwsza umocowana ustawowo – w ustawie z 26 czerwca 1997 r. o wyższych szkołach zawodowych – państwowa komisja akredytacyjna. Przestała istnieć wraz z powstaniem PKA. Obecny na konferencji dr hab. Jakub Brdulak, sekretarz PKA, podkreślał, by nawet mimo negatywnych doświadczeń nie przekreślać znaczenia akredytacji. Daje ona dyplomom polskich uczelni, w tym zawodowych, widoczność w europejskim systemie szkolnictwa wyższego. Obejmuje on dziś 47 krajów. – Dzięki temu, że tam jesteśmy, student z dowolnego miejsca na świecie może przyjechać i jego dyplom będzie uznawany na całym kontynencie. Warto mieć z tyłu głowy ten szerszy kontekst.
Ostatnim wątkiem dyskusji była tożsamość uczelni zawodowych. D. Antonowicz stwierdził, że instytucje dostosowują się do otoczenia, w którym funkcjonują. Przeszło ono w ostatnich kilkunastu latach sporą metamorfozę. Dla wielu podmiotów kształtowanie własnej tożsamości wciąż trwa. – W naszych regionach jesteśmy mocnymi graczami. Może rzeczywiście nie mamy wyraźnej tożsamości w kontekście całego sektora, ale lokalnie wszyscy nas identyfikują – przekonywał R. Musiałkiewicz.
Dodał, że kształtowanie się tożsamości każdej uczelni to nie jest łatwy proces. Kiedy powstały ówczesne państwowe wyższe szkoły zawodowe, kształciły geografów, historyków, politologów… Dziś w pierwszej dziesiątce kierunków, po których zarabia się najlepiej, dziewięć oferowanych jest właśnie przez publiczne uczelnie zawodowe. – Przejście z kierunków czysto akademickich na zawodowe nadało silny wektor naszej tożsamości. Mam poczucie, że ta transformacja się udała, choć przecież to też nie jest etap końcowy.
Patronem medialnym wydarzenia było „Forum Akademickie”. Publikacja ze szczegółowymi wynikami badań ukaże się w drugim kwartale 2026 roku.
Publiczne uczelnie zawodowe1. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Koszalinie
2. Akademia Nauk Stosowanych w Elblągu
3. Państwowa Uczelnia Zawodowa im. prof. Edwarda F. Szczepanika w Suwałkach
4. Publiczna Uczelnia Zawodowa w Grudziądzu
5. Akademia Nauk Stosowanych w Wałczu
6. Akademia Nauk Stosowanych im. Stanisława Staszica w Pile
7. Akademia Łomżyńska
8. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych im. Ignacego Mościckiego w Ciechanowie
9. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych we Włocławku
10. Akademia Nauk Stosowanych im. Hipolita Cegielskiego w Gnieźnie Uczelnia Państwowa
11. Akademia Nauk Stosowanych w Koninie
12. Akademia Nauk Stosowanych Stefana Batorego w Skierniewicach
13. Akademia Bialska im. Jana Pawła II
14. Akademia Nauk Stosowanych im. Jana Amosa Komeńskiego w Lesznie
15. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Głogowie
16. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Chełmie
17. Collegium Witelona Uczelnia Państwowa w Legnicy
18. Karkonoska Akademia Nauk Stosowanych w Jeleniej Górze
19. Akademia Nauk Stosowanych Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu
20. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych im. prof. Stanisława Tarnowskiego w Tarnobrzegu
21. Akademia Zamojska
22. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Nysie
23. Akademia Nauk Stosowanych w Raciborzu
24. Małopolska Uczelnia Państwowa im. rotmistrza Witolda Pileckiego w Oświęcimiu
25. Akademia Tarnowska
26. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych im. ks. Bronisława Markiewicza w Jarosławiu
27. Akademia Nauk Stosowanych w Nowym Targu
28. Akademia Nauk Stosowanych w Nowym Sączu
29. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Krośnie
30. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Przemyślu
31. Uczelnia Państwowa im. Jana Grodka w Sanoku