logo
FA 11/2025 życie akademickie

Wojciech Kajtoch

Ręce opadają

Ręce opadają 1

Rys. Sławomir Makal

Sytuacja jest naprawdę zła, grozi nam cywilizacyjna zapaść. A lekarstwem mają być tylko nowe, biurokratyczne ograniczenia, totalna kontrola, dalsza powszechna obniżka poziomu nauczania i brak wystarczających inwestycji. Nie tylko ręce opadają, ale i płakać się chce.

Otrzymałem „Projekt Strategii Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do 2035 roku” (zachowuję pisownię tytułu, choć z punktu widzenia norm polskiej ortografii wydaje się kontrowersyjna – w ten sposób piszemy tytuły po angielsku; niepoprawna pisownia tytułu oficjalnego dokumentu jest jednak istotnym przyczynkiem do tematu), dokument liczący 42 strony, z czego 9 zajmuje wykaz skrótów, a dwie preambuła, z którą należy całkowicie się zgodzić. Dalej zaczynają się logiczne i pragmatyczne błędy.

Utopia wspólnoty

Zaczyna się od wyliczenia pryncypiów, w których rzędzie wymieniono m.in.: „Włączenie społeczne i dostępność – jako warunek sprawiedliwości edukacyjnej i pełnego wykorzystania kapitału ludzkiego”, a więc zasadę możliwą do spełnienia tylko przez cały system edukacji, którego szkolnictwo wyższe jest tylko częścią. Niestety ludzie różnią się między sobą i nie każdy nadaje się do nauki na poziomie wyższym, nie mówiąc już o tym, że nie każdy chce się uczyć, choć z reguły chciałby mieć dyplom, bo on jeszcze daje społeczny prestiż. Nie mylmy jednak posiadania dyplomu i wiedzy.

Kolejnym ciekawym fragmentem dokumentu jest „Diagnoza stanu obecnego”, która pomija parę kwestii, a przede wszystkim nie do końca jest obiektywna. Po pierwsze, znowu pominięto fakt głębokiego uwikłania szkolnictwa wyższego w cały proces edukacji. Było ono relatywnie autonomiczne w momencie obowiązywania egzaminów wstępnych, bo wybierało sobie kandydatów do nauki. Z chwilą likwidacji egzaminów wstępnych i zastąpienia ich konkursem wyników maturalnych przy towarzyszącym temu katastrofalnym spadku poziomu matur, uczelnie zaczęły pracować na „materiale ludzkim”, który mają do dyspozycji i nie różniącym się zbytnio od całości młodej populacji. Twórcy programu nie zauważyli tego, a zatem również problemów w rodzaju widocznego gołym okiem wtórnego analfabetyzmu i zaniku kompetencji matematycznych u studentów. One zaś czynią każdą próbę reformy zbiorem pobożnych życzeń. Bez egzaminów wstępnych nie odsieje się osób o braku kompetencji kulturowych, wtórnych analfabetów i tzw. ofiar dyskalkulii, a wiadoma jest zasada dostosowania programów i poziomu nauczania do najsłabszych wśród edukowanych. Przyznam się, że i ja musiałem spróbować rzeczy niemożliwych i czytać naukowe artykuły z osobami nie umiejącymi powtórzyć ze zrozumieniem treści dopiero co przeczytanego akapitu lub uczyć sztuki analizy zawartości prasy studentów nie znających pojęcia procentu. Podobnie było, gdy w ostatnich latach przynoszono mi do oceny prace magisterskie – ilość błędów językowych (w pracach studentów Polaków) była taka, że powinienem w zasadzie oblać całe seminarium, a że dyrekcja by tego nie zaakceptowała, niejednokrotnie przyszło błędy samemu poprawiać, tym samym nadając pracom akceptowalny kształt językowy.

Po drugie, chyba ze względu na nieprzeprowadzenie odpowiednich badań, pominięto w dokumencie problem głębokich podziałów między uczelnianą administracją i pracownikami merytorycznymi uczelni. Ta pierwsza, jak każdy pracownik najemny wykonujący pracę o niewielkim poziomie trudności, potrzebuje nadzoru, pragnie unikać wysiłku, zachować maksymalną władzę i wysokie dochody jak najmniej pracując, podczas gdy naukowcy są samosterowalni, pragną wypełniać misję, budować osobisty autorytet. W rezultacie biurokracja tłamsi i zwalcza naukowców, zamiast im pomagać.

W tym miejscu chciałem też zwrócić uwagę na problem zdolności studentów do tworzenia z naukowcami wspólnoty akademickiej (ten termin niejednokrotnie pojawia się w dokumencie), bo postępująca scholaryzacja uczelni kształtuje relacje studentów i naukowców na obraz szkolnych stosunków uczniów i nauczycieli, a czegoś takiego jak wspólnota szkolna nigdy nie było i być nie może. Interesy uczniów, nauczycieli i rodziców (tak jak je te grupy, niekoniecznie słusznie, pojmują) są całkowicie sprzeczne. Podobnie sprzeczne są interesy uczelnianej biurokracji, studentów i naukowców. Jeśli nie wdroży się systemu naboru kandydatów zainteresowanych uczeniem się i do niego zdolnych, wspólnota akademicka będzie jedynie piękną utopią.

Po trzecie, w dokumencie nie ustosunkowano się wystarczająco do problemu animozji między poszczególnymi grupami pracowników naukowych. W ostatnich dekadach rozbito tradycyjny i przez stulecia dający dobre rezultaty system zależności miedzy asystentami, adiunktami i profesorami, osłabiono rolę profesorów belwederskich, w systemie awansowym pomija się związek pomiędzy uzyskanym stopniem i tytułem a zdolnością do wykonywania określonych czynności naukowych i dydaktycznych. Profesorowie zamiast wykładać prowadzą ćwiczenia, a doktorzy wykłady. Ciekaw jestem, po co w takim razie naukowe stopnie, które były regulatorem życia akademickiego. Ponadto znacznie ułatwiono ich zdobywanie. Obecnie można być profesorem belwederskim wydawszy jedną, dwie książki, a doktorem habilitowanym bez żadnej książki i nie umiejąc wykładać. Doktorat stracił rzeczywiste naukowe znaczenie i stał się pracą ćwiczebną. Jeśli nie ma zasad regulujących współżycie, pojawia się pełen agresji bałagan. I on jest przyszłością poddanych deregulacji uczelni.

Po czwarte, w dokumencie nie dostrzeżono niszczącego wpływu, jaki ma na polską naukę sfera polityki. Naukowcy nie mają szans należytego rozwoju nie tylko w kraju, w którym każe im się uczyć osoby przypadkowe, ale także w kraju, gdzie poglądy polityczne stają się ważniejsze od sukcesów naukowych, a kłótnie polityków o władzę i kasę niszczą przy okazji wszelkie autorytety (a więc i naukowe). Nie służy także nauce ogłaszanie od czasu do czasu różnych odsłon walki z wykształciuchami, w tym traktowanie ich jako wdzięcznego materiału do leczenia własnych kompleksów i zdobywania poczucia władzy. Generalnie pełny rozwój nauki i uniwersyteckiego kształcenia możliwy jest tylko w rozwiniętej demokracji, strzegącej się demagogii i populizmu. Niestety, polskiej demokracji sporo jeszcze brakuje do stanu dojrzałości, a cała radosna twórczość kolejnych rządów niszczących od 1990 polską naukę i oświatę w zasadzie służyła wyłącznie zdobywaniu chwilowych względów wyborców i niektórych potężnych instytucji.

Manifestacja kompleksów

Dba o polityczne poparcie także sam oceniany przeze mnie dokument, zwłaszcza tam, gdzie dopuszcza się językowej i informacyjnej manipulacji. Na szczęście bywa to rzadkie, ale jednak. Spójrzmy na zdania: „Niewystarczający poziom umiędzynarodowienia kadry ogranicza jednak potencjał rozwojowy uczelni. Mniejszy udział pracowników z doświadczeniem zagranicznym przekłada się na słabszą obecność polskich instytucji w międzynarodowych sieciach edukacyjnych oraz na trudności w tworzeniu programów studiów w pełni zgodnych ze standardami międzynarodowymi”. Powyższy akapit przyjmuje za pewnik tezy głoszące, że naukowcy z zagranicy są mądrzejsi od polskich (ich zatrudnianie buduje potencjał rozwojowy efektywniej niż w przypadku uczonych polskich), uczeni z zagranicy lepiej znają naukowe instytucje europejskie (czy naprawdę np. Czech lepiej zna Hiszpanię od Polaka?), naukowiec polski (chyba że na Zachodzie wychowany) nie potrafi ze zrozumieniem przeczytać anglojęzycznych czy innych dokumentów, regulujących zagraniczne systemy studiów wyższych.

W sumie akapit sugeruje niższość Polaka w stosunku do obcokrajowca i – mimo uczonego stylu maskującego rzeczywistą treść – należy go czytać jedynie w kategoriach manifestacji kompleksów. A formalnie rzecz biorąc, stosuje tzw. błędne koło w dowodzeniu (petitio principii), bo zakłada prawdziwość tego, co dopiero powinno zostać dowiedzione.

Inny fragment dokumentu, który zwrócił moją uwagę: „Obowiązujące systemy zapewnienia jakości kształcenia przede wszystkim opierają się na weryfikacji efektów uczenia się, często w sposób sformalizowany i oderwany od potrzeb studentów i oczekiwań rynku pracy. Tymczasem współczesne podejście do jakości – zgodne z europejskim standardami – zakłada budowanie kultury jakości opartej na rzeczywistej wartości edukacji, jej przydatności do życia zawodowego, społecznego i obywatelskiego”.

Mamy tu do czynienia z dwoma presupozycjami. Po pierwsze, że wartość edukacji polega na jej przydatności w życiu zawodowym, społecznym, obywatelskim (dobre jest to, co przydatne, na przykład kłamstwo). Po wtóre, że weryfikacja efektów (ta zaś musi być sformalizowana, bo łatwo podlegałaby zaskarżeniu) nie buduje jakości wykształcenia.

Innymi słowy, z tych presupozycji wynika, że kto egzaminy zdaje, ma wiedzę niepotrzebną, nieprzydatną, czyli bezwartościową, a kto ich nigdy nie zdawał, posiada wiedzę potrzebną, prawdziwą, zgodną z europejskim standardem. Na miłość boską! Przygotowując się do egzaminu ćwiczymy pamięć, budujemy erudycję, doskonalimy logiczne myślenie, uczymy się poznawczej samodzielności, a zdając egzamin nabieramy umiejętności retorycznych i odporności na stres. Czyżby to były umiejętności niepotrzebne w życiu i niezgodne z europejskim standardem?

Przy okazji zastrzegę: prawdziwy egzamin jest egzaminem ustnym, jest rozmową ze specjalistą. To nie może być pisemny test, który można zdać podkreślając odpowiedzi lub stawiając krzyżyki na chybił trafił. Należy więc wrócić do egzaminów ustnych. Ale o tym się nie mówi. Zamiast tego mamy „rozwijanie systemów oceny”. Tymczasem nic nie trzeba rozwijać, istnieją bowiem sposoby wypróbowane, do których trzeba po prostu wrócić.

Autorytet uczelni

Nie będę się ustosunkowywał do analizy SWOT (silnych i słabych stron oraz szans i zagrożeń) zawartej w tabelach, bo wydaje się sensowna. Szkoda tylko, że zastosowano angielski skrót, jakby nie było już zwyczaju rozwijania i stosowania polskiej terminologii. Przejdę od razu do omówienia wniosków, które wzbudziły moje wątpliwości.

Według twórców dokumentu należy dążyć do stanu, w którym uzyska się wzmocnienie: „społecznej odpowiedzialności, etosu i autorytetu uczelni” (punkt A). Jako środki osiągnięcia tego celu proponuje się między innymi: „wdrażanie jednolitych standardów etycznych, przejrzystych mechanizmów nadzoru oraz skutecznych procedur przeciwdziałań nadużyciom”. Czyli uważa się, że rozwiąże problemy opracowanie jeszcze paru kodeksów etyki zawodowej. Nadal traktuje się uczelnię jako obiekt kontroli i zakłada, że naukowcy tylko się palą do oszustw i przestępstw wszelakich. Takie założenie i związana z nimi dążność do nieustannego kontrolowania w najmniejszym stopniu nie pomoże uczelniom w odzyskaniu zaufania społecznego, bo w odczuciu potocznym kontrolowany ma zawsze mniejszy autorytet od kontrolującego. Kontrolujący urzędnicy czy politycy i tak już mają bardzo niski autorytet w społeczeństwie, więc kontrolowani uczeni będą mieli jeszcze niższy. Z drugiej strony, ktoś traktowany jako potencjalny przestępca prędzej czy później w ludzkich oczach takim się stanie.

Jeśli chce się mieć uczelnie z autorytetem, trzeba umożliwić zdobywanie autorytetu poszczególnym uczonym, a oni go mają dzięki wydanym książkom i sukcesom w prowadzonych badaniach. Nadzór, zwłaszcza ideologiczno-polityczny, zawsze nauce szkodził, a środkiem budującym autorytet społeczny jest raczej zaufanie (o ile się go nie zawiedzie). Zamiast pilnowania, proponuję wprowadzić dla profesury – ale tej rzeczywistej a nie „medialnej” (mam na myśli osoby nieposiadające tytułu, a tylko nazywane w mediach profesorami) – coś w rodzaju merytoryczno-ideologicznego (ale nie prawnego) immunitetu, aby nie była możliwa sytuacja, kiedy byle tabloid potrafi zapewnić uczonemu kłopoty w pracy. Ze swej strony profesorowie nie powinni angażować się w politykę. Powinni też zawsze występować z otwartą przyłbicą i jako konkretne osoby, zatem należy zlikwidować anonimową ocenę projektów, grantów i publikacji.

Ponadto kwestię zdrowych stosunków na uczelni należy rozstrzygnąć przez zarezerwowanie najwyższych uczelnianych funkcji wyłącznie dla posiadających realne naukowe zasługi profesorów oraz skrócenie kadencji senatów, rektorów, dziekanów. Natomiast czynne prawo wyborcze powinni mieć wszyscy pracownicy. Wszelkie instytucje kontrolne powinny mieć obieralny charakter. Trzeba zaufać demokracji ludzi mądrych, a nie zastępować ich posiadającymi uprawnienia kontrolne faktycznymi biurokratami.

Ostatecznie jednak dla powtórnego zbudowania w Polsce autorytetu uczelni najważniejsze byłoby wprowadzenie elitarnego szkolnictwa wyższego i poważnych egzaminów wstępnych, bo ceni się tylko dobra trudno dostępne. Pożądane byłyby także kilkusetprocentowe podwyżki wynagrodzeń dla ich nauczającej kadry, bo autorytet mają nie biedni a bogaci.

Kolejne zdanie: „Znaczącym kierunkiem jest podnoszenie jakości i przejrzystości kształcenia, czemu służyć będzie rozwój systemu akredytacji zgodnych z europejskimi standardami oraz promowanie certyfikacji branżowych i zawodowych”.

Certyfikacje branżowe i zawodowe nie mają nic wspólnego z podniesieniem autorytetu uczelni, bo to nie one będą wydawać certyfikaty, ale instytucje egzaminujące, związane np. z samorządami zawodowymi. Natomiast współpracę ze sferą produkcji poprawić może jedynie pojawienie się odpowiednich potrzeb ze strony przemysłu. Biedna lub kierowana przez zagraniczny kapitał gospodarka nie potrzebuje krajowych uczelni, bo albo jej nie stać na ich usługi, albo ma własne u siebie, to znaczy w kraju właściciela. Jedyne, co w tej chwili można zrobić, to usprawnić pracę urzędów patentowych oraz radykalnie zwiększyć środki na granty badawcze i zmienić filozofię, którą kierują się grantodawcy i ich recenzenci, którzy w tej chwili skupiają się przede wszystkim na tym, jak pod byle pretekstem grantu odmówić. Ponadto to samorządy i instytucje powinny się starać o współpracę z uczelniami, a nie na odwrót. Z reguły nie szanuje się petentów.

Wykorzystać istniejące metody

Kolejne zdanie: „Projekt strategii wskazuje cele i działania systemowe, które mają wspierać długofalowy rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem jakości i dostępności kształcenia…

Już naprawdę nie wiem, jak można powiększyć dostępność wyższego wykształcenia w Polsce, skoro jest ono dostępne dla każdego, komu się chciało przystąpić do matury. Następnym krokiem będą chyba łapanki uliczne i dowożenie na uczelnię w ciężarówkach członków gangów osiedlowych. Inny sposób to radykalne obniżenie wieku studentów. Będzie można dowozić ich z przedszkoli. A mówiąc serio: zwiększanie dostępności do szkolnictwa wyższego nie może się obyć bez zmniejszenia wymagań i w rezultacie rujnuje wartość wykształcenia – i tę rzeczywistą, i tę w społecznej świadomości. Nawet jeśli rządzący spełnią marzenie zrównania jakości wyższego wykształcenia z wykształceniem zasadniczym zawodowym (do czego dążą od lat ponad trzydziestu), nie rozwiąże to żadnego uniwersyteckiego problemu, a na dodatek okaże się czymś fatalnym dla kondycji kraju. Nawet dążąc do powszechnego i egalitarnego szkolnictwa wyższego, a więc takiego, w którym ukończenie medycyny będzie kosztować tyle samo wysiłku co uzyskanie dyplomu z kosmetologii, trzeba pamiętać o konieczności zorganizowania sieci choć kilku uniwersytetów elitarnych, w których prowadzone będą realne badania, zarabiać się będzie poważne pieniądze, do których dostać się będzie trudno, a jeszcze trudniej będzie je ukończyć. Za to ich absolwenci mieć będą zagwarantowane: dobrą pracę, społeczny prestiż i ludzki szacunek. Unikanie zaś niesprawiedliwości społecznej polega nie na zwiększaniu dostępności uczelni, a stypendiów dla ludzi zdolnych, choć niemajętnych, którym inteligencja, erudycja i umiejętności pozwolą na zdanie najtrudniejszych wstępnych egzaminów.

I kolejne zdanie: „Szczególny nacisk położony zostanie również na bezpieczeństwo i dobrostan członków społeczności akademickiej. Tworzone będą rozwiązania systemowe, takie jak standardy bezpieczeństwa psychospołecznego, fizycznego i cyfrowego, a także sieci wsparcia psychologicznego i socjalnego”.

Już najprostszy zdrowy rozsądek wskazuje, że bezpieczeństwo studiujących zagwarantować mogą nie psychologowie, a odpowiednio wyposażeni, wyszkoleni i liczni funkcjonariusze straży rektorskich i świetnie opłacani informatycy.

Punkt B, posiadający liczne podpunkty, zakłada starania o osiągnięcie „doskonałości dydaktycznej”.

Jeśli pokierować się codziennym uczelnianym doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem, to należy stwierdzić, że zamiast wymyślać i wdrażać tzw. nowe metody kształcenia, należy wykorzystać należycie te już istniejące i od lat wypróbowane. Środki do osiągnięcia wyznaczonego celu są znane. Po pierwsze, chodzi o zwiększenie liczby etatów kadry naukowo-badawczej. Dzięki temu zabiegowi grupy wykładowe i ćwiczeniowe będą mniejsze, a możliwości dokładnego egzaminowania o wiele lepsze. Powinno się zdawać egzamin z języka polskiego na każdy kierunek studiów, bo naprawdę niepotrzebny jest nam inżynier czy matematyk, który nie potrafi posługiwać się ojczystym językiem i nie zna literatury i kultury ojczystej. Jak nie chce jej znać, niech sobie studiuje za granicą. Po drugie (o czym już wspominałem), należy powrócić do egzaminów wstępnych na studia. Ponadto należy przeprowadzać przede wszystkim egzaminy ustne lub dwustopniowe (pisemne i ustne). Przede wszystkim jednak trzeba podnieść poziom szkolnictwa średniego poprzez wprowadzenie matury, którą zdawać będzie nie ponad 90% przystępujących, a np. ok. 70% z nich (a jeszcze lepiej gdyby to było ok. 50%). Pamiętać także należy, że żadne kursy nie zastąpią porządnego wykształcenia, a z drugiej strony wykonywania konkretnych zawodów można i trzeba się uczyć w miejscu pracy. To doświadczenie tworzy konkretne, zawodowe kwalifikacje robotników, urzędników czy rzemieślników.

Postulowane umiędzynarodowienie dydaktyki nastąpi wtedy, kiedy obcokrajowcy będą chcieli czegoś się na polskich studiach nauczyć i na odwrót (nasi studenci na uczelniach zagranicznych), jak również wtedy, kiedy zagraniczni specjaliści będą mogli na polskich uczelniach zarobić więcej niż w swoich krajach. Postulowany realny wpływ studentów na proces dydaktyczny nie ma żadnego sensu w wypadku studentów takich, jakimi są teraz. Dopóki nie nastąpi wzrost ich poziomu, spowodowany uprzednim podniesieniem jakości szkolnictwa średniego, będzie się ten wpływ ograniczał do wymuszania jak najlepszych ocen, możliwych do uzyskania jak najmniejszym wysiłkiem. A przy okazji należy zaprzestać oceniania naukowców przez studentów, zwłaszcza anonimowego. Gdyby się podpisywali, można by się było z tym zwyczajem pogodzić. Natomiast ocenianie w tym kształcie, jaki jest teraz, jest, moim zdaniem, zachętą do pisania anonimowych donosów, a więc działaniem moralnie wstrętnym.

Ogólnie rzecz biorąc, nie będą środkiem poprawy poziomu wyższego wykształcenia liczne postulaty wymienione w recenzowanym dokumencie. Gwarancją jakości wyższego wykształcenia są tylko talent i umiejętność nauczyciela oraz zdolności i wola ucznia. Nauczmy się takich uczniów i nauczycieli wyszukiwać i na uniwersytety kierować, a jeśli do tego zainwestujemy odpowiednie środki, będziemy mieli wysoką jakość kształcenia. Wszystkie instytucjonalne sposoby wymienione w punktach B.2 i B.3 są jedynie ścieżkami umożliwiającymi zarabianie pieniędzy przez instytucje i ich (często niezbyt lotnych) ekspertów. Wręcz wzorem takiego myślenia jest postulowany rozwój „ośrodków innowacji i wsparcia dydaktycznego”. Przepraszam, ale Ośrodki Doskonalenia Nauczycieli działały z reguły na rzecz szkół.

Nie ma sensu tzw. „integracja dydaktyki z aktywnością badawczą i przedsiębiorczością” (B.5). Studia są okresem życia przeznaczonym na zdobywanie wiedzy. Najpierw trzeba ją zdobyć, a później można wykorzystać. Oczywiście można się uczyć także przez praktykę, ale sądzę, że wystarczy przyznawanie licznych i wysokich grantów naukowcom, aby ci mogli opłacić udział studentów w badaniach oraz przedłużenie praktyk od dawna funkcjonujących na studiach zawodowych (dziennikarskich, nauczycielskich, medycznych itd.).

Aby wykorzystać potencjał nowoczesnej cyfryzacji (B.6) potrzebne są jedynie wysoko opłacane etaty dla informatyków, aby uczyli studentów wykorzystania tego potencjału oraz środki na zakup sprzętu i oprogramowania dla potrzeb dydaktycznych.

Promocja polskości

Na koniec ustosunkuję się całościowo do tez punktu „C. Wspieranie ekosystemu nauki”.

Sądzę, że istotnie ważne jest wspieranie interdyscyplinarności. Aby jednak rzeczywiście ją wzmacniać, należy przede wszystkim zmienić system punktowania i oceny naukowych osiągnięć. Co to znaczy, żeby parcelować naukę na dziedziny, dyscypliny i specjalizacje, a na przykład nie uznawać w ewaluacji dobrych prac naukowych, kiedy się uzna, że nie mieszczą się w dziedzinie czy dyscyplinie zadeklarowanej przez naukowca. Tu akurat mam duże doświadczenie, gdyż zajmowałem się w zawodowym życiu medioznawstwem (dziedzina nauk społecznych), literaturoznawstwem i językoznawstwem (nauki humanistyczne). W rezultacie miałem kłopoty z deklarowaniem dorobku medioznawczego przy staraniach o stopnie, bo najpierw nie uznawano takiej dyscypliny, a potem jakiś anonimowy mądrala uznał, że zgłaszając dorobek nie wolno mieszać dziedzin. Innym problemem było odmawianie mi nagród za wydane książki – kierownictwo z reguły lepiej niż ja wiedziało, jaką reprezentują dziedzinę, choć raczej ich nie czytało. A jednym z największych moich zmartwień było to, że nie mogłem deklarować uprawiania trzech dyscyplin, bo w tabelce ankiety mieściły się tylko dwie.

No przepraszam! Te idiotyzmy były zasługą urzędników, a nie naukowców. Naukowiec rozwiązuje problem, patrząc nań z takiego punktu widzenia, który zapewnia jego rozwiązanie i z tylu punktów widzenia, ile potrzeba. A przeszkadza mu głównie urzędnik, który chciałby wszystko kontrolować, oceniać i usuwać z dokumentacji, żeby nie mieć za dużo do pisania. Drodzy rządzący, jeśli chcecie badań interdyscyplinarnych, ograniczcie zbiurokratyzowanie i scholaryzację systemu.

Umiędzynarodowienie polskiej nauki też jest postawione na głowie. Obcy uczeni przyjadą, jeśli zapewni się im odpowiednie pensje (czyli zwiększy pensje wszystkim naukowcom pracującym w Polsce i to o kilkaset procent) i bazę badawczą (a to również nakłady). Studenci przyjadą, jeśli na polskich uczelniach znajdą ciekawe i tanie perspektywy nauczania. Aby te perspektywy były dla nich ciekawe, trzeba zapoznawać ludzi z całokształtem polskiej kultury. W tym kontekście stawianiem rzeczy na głowie i liczeniem wyłącznie na komercyjny sukces jest rozwijanie studiów w językach obcych. Chętnych cudzoziemców trzeba intensywnie uczyć języka polskiego oraz naszej historii i obyczaju. Tylko wtedy zainteresują się naszym krajem, a później staną się ewentualnie naszymi ambasadorami za granicą. Oczywiście będzie to kosztować, ale się być może kiedyś zwróci.

Zwiększanie autorytetu naszej nauki za granicą nie odbędzie się za pomocą naszego udziału w międzynarodowych projektach badawczych, gdzie zapewne będziemy jedynie wyrobnikami za marne pieniądze. Autorytet nauki tworzą uczeni, zwłaszcza tacy, którzy badaniami merytorycznie kierują i proponują ciekawe koncepcje. Trzeba więc w Polsce organizować badania atrakcyjne dla badaczy zagranicznych. Trzeba też przekładać (i to nie na koszt biednych autorów) na języki kongresowe dobre prace polskich naukowców, a więc nie takie, gdzie roi się od cytowań z obcej literatury i tylko z niej. One dla żadnego cudzoziemca nie będą ciekawe, bo takie ma i u siebie. Cytuje te same autorytety.

Trzeba promować w badaniach swojskość i oryginalność, zamiast zmuszać naukowców do pisania po angielsku i druku w podejrzanych drapieżnych czasopismach i wydawnictwach zachodnich. Trzeba nagradzać dobre prace starannymi przekładami na angielski, francuski, niemiecki, rosyjski. Trzeba samemu tworzyć międzynarodowe czasopisma (rzadkim przykładem jest np. „Przegląd Wschodnioeuropejski”) i wydawnictwa dla ich druku. Dostępne w sieci trafią w końcu i za granicę, jeśli będą odpowiednio propagowane.

Nikt tego za nas nie zrobi. Polscy uczeni nie będą drukowani w zagranicznych czasopismach, bo te mają do drukowania swoich naukowców i swoich recenzentów do oceny, te czasopisma i wydawnictwa są dla nich. Trzeba też samemu tworzyć wielkie bazy danych, zajmujące się m.in. indeksowaniem czasopism, bo większości naszych czasopism do Scopusa czy Eriha pod różnymi pretekstami nie dopuszczą. Trzeba też samemu tworzyć wielkie bazy danych w internecie. Owszem, stworzyliśmy POLONĘ, ale natychmiast znaczną część jej zbiorów uczyniono niedostępną (tj. wolno z nich korzystać tylko w wybranych czytelniach i bez możliwości całościowego kopiowania). Nie tędy droga.

Tylko wielka nauka, literatura i kultura będą się liczyć na świecie. Chcemy się liczyć, uczyńmy je w Polsce wielkimi.

***

No rzeczywiście ręce opadają. Sytuacja jest naprawdę zła, grozi nam cywilizacyjna zapaść. A lekarstwem mają być tylko nowe, biurokratyczne ograniczenia, totalna kontrola, dalsza powszechna obniżka poziomu nauczania i brak wystarczających inwestycji. Nie tylko ręce opadają, ale i płakać się chce.

Ambitne ministerstwo chce przeprowadzić reformy. Ale tak je planuje, by kolejny raz nic z nich nie wyszło. Trzeba się przyznawać do błędów i nie zwlekać z porzuceniem obranej trzydzieści lat temu drogi, która zaowocować może tylko kompletnym upadkiem polskiej edukacji i zastąpieniem jej rozpowszechnianiem modnych idiotyzmów. Trzeba też pogodzić się z faktem, że bez pieniędzy się reform nie zrobi. Przydałoby się także zaufać zdrowemu rozsądkowi. Bez tych trzech rzeczy urządzi się tylko kolejne, politycznie bezpieczne pudrowanie trupa, a ściślej mówiąc: zorganizuje się spektakl zachęcania trupa, aby pudrował się sam i na własny koszt.

Prof. dr hab. Wojciech Kajtoch, emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wróć