logo
FA 5/2025 w stronę historii

Marcelina Smużewska

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki

Pionierki polskiej informatyki 


Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 1

XYZ – pierwszy polski komputer, 1958 Fot. domena publiczna

Polski przemysł komputerowy nie miał szans normalnie się rozwijać w komunizmie ze względu na zniszczenia wojenne, wzrastającą kontrolę, uszczelniającą się „żelazną kurtynę”, której emanacją był chociażby CoCom (Komitet Koordynacyjny Wielostronnej Kontroli Eksportu). Mimo to podejmowano próby. W wielu projektach brały udział także kobiety.

W latach 40. XX wieku w istniała grupa 80 kobiet zatrudnionych na amerykańskim Uniwersytecie w Pensylwanii, które zajmowały się wyłącznie wykonywaniem obliczeń balistycznych na potrzeby wojska. Nazywano je „computers”, czyli „liczarkami”. W historii pozostały anonimowe. W Polsce kobiety zatrudniano przy obsłudze pierwszych komputerów najczęściej po to, by przygotowywały programy. Sprowadzało się to do przygotowania kart lub taśm z odpowiednimi otworami lub perforacjami. Pracowniczki „tłumaczyły” kod programu na układ otworów lub perforacji, które potem wkładano do komputera. Zatrudniano także kobiety, który wyróżniały się logicznym myśleniem, które lubiły problemy i zagadki, które miały „oko do szczegółu”. O nich mówiło się, że to „szaradzistki” i to one udoskonalały pierwsze programy, eliminując ich błędy. Ich nazwiska, poza nielicznymi wyjątkami, nie przebiły się do mainstreamu.

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 2

ZAM2, komputer stworzony w Instytucie Maszyn Matematycznych Fot. domena publiczna

Gdzie powstawały pierwsze polskie komputery?

W 1948 roku powołano w Warszawie Państwowy Instytut Matematyczny, w ramach którego zorganizowano Grupę Aparatów Matematycznych. Wśród pierwszych organizatorów byli dr Henryk Greniewski (1903-1972) i Leon Łukaszewicz (1923-2013). W tym czasie powstała pierwsza polska maszyna licząca o nazwie GAM 1. Był to tylko prototyp. W 1955 roku pod kierownictwem Łukaszewicza stworzono Analizator Równań Różniczkowych. Ta maszyna składała się z 400 lamp i rzeczywiście działała. W międzyczasie w zespole Romualda Marczyńskiego (1921-2000) zbudowano maszyny cyfrowe EMAL i EMAL-2. W 1958 roku skonstruowano XYZ – pierwszy działający polski komputer z prawdziwego zdarzenia. Jego budowa była oparta na IBM 701, ale korzystano też z dokumentacji radzieckiego BESM 6. Przydały się też wcześniejsze projekty. Wykorzystano m.in. pamięć EMAL-a. Moc tego komputera umożliwiała wykonanie 800 operacji na sekundę. Polska maszyna była szybka i poręczna, choć ówczesne komputery nie należały do małych. Do obsługi urządzenia powstało SAKO – System Automatycznego Kodowania. Komendy do komputera XYZ wpisywało się po polsku, pomijając znaki diakrytyczne. Kolejne modele polskich komputerów nosiły nazwy: ZAM-1, ZAM-2, ZAM-21, ZAM-41. Maszyny znalazły swoje zastosowanie w życiu codziennym. Zamawiano je na potrzeby przemysłu i do instytucji finansowych, np. towarzystw ubezpieczeniowych.

Z kolei „Odra” była marką komputerów produkowanych w Zakładach Elektronicznych Elwro we Wrocławiu. Pierwszą z nich – ODRĘ 1001 – zbudowano w 1960 roku. Potem były kolejne prototypy. ODRA 1003 w 1964 roku trafiła do seryjnej produkcji. Na przestrzeni lat powstawały ulepszone modele. „Odry” wyróżniało to, że mogły pracować na różnych oprogramowaniach i można do nich było podłączać urządzenia peryferyjne. Były też dosyć wytrzymałe. Niektóre „Odry” działały jeszcze w XXI wieku. Ostatnią z nich wyłączono w 2010 roku.

Polski przemysł komputerowy nie miał szans normalnie się rozwijać w komunizmie ze względu na zniszczenia wojenne, wzrastającą kontrolę, uszczelniającą się „żelazną kurtynę”, której emanacją był chociażby CoCom (Komitet Koordynacyjny Wielostronnej Kontroli Eksportu). Mimo to podejmowano próby. W wielu projektach brały udział także kobiety. O takich historiach opowiada m.in. książka Karoliny Wasielewskiej pt. Cyfrodziewczyny. Pionierki polskiej informatyki (Warszawa 2020). Idąc tropem autorki, chciałabym przedstawić kilka kobiecych postaci zaangażowanych w budowę pierwszych komputerów w Polsce. Bowiem powstanie informatyki w naszym kraju, to nie tylko historia stworzona przez mężczyzn (choć ich nazwiska i dokonania są dziś pewnie lepiej znane).

Pierwsza programistka

Jowita Koncewicz, przez współpracowników nazywana pieszczotliwie „Isią”, była zatrudniona w Grupie Aparatów Matematycznych od 1956 roku. Ukończyła studia matematyczne, a w nowym miejscu miała zająć się programowaniem. Pierwszy komputer, na którym pracowała, to był XYZ. Wykonywał do 4,5 tys. operacji na sekundę, a jego pamięć była początkowo rtęciowa. Dane były przechowywane na cienkiej warstwie magnetycznej, naniesionej na powierzchnię wirującego walca i odczytywane jak taśma na magnetofonie. Koncewicz współtworzyła pierwszy polski język programowania SAKO oraz polski translator języka ALGOL.

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 3

Komputer UMC-1 Fot. domena publiczna

Programistka urodziła się w 1935 roku. W 1944 roku zmarł jej ojciec, więc wychowaniem córki zajęła się samodzielnie matka. To ona wpoiła jej wartość pracy i potrzebę niezależności. Z natury Koncewicz była bezkompromisowa, nieco trudna we współpracy. Być może dlatego nigdy nie angażowała się politycznie. Przez krótki czas była w „Solidarności”, ale się z niej wypisała ze względu na zbyt bliskie – jej zdaniem – relacje z Kościołem. Dwukrotnie wychodziła za mąż. Oba związki nie przetrwały.

Z początku zatrudnienia w GAM Koncewicz pamięta zapał i nienormowany czas pracy. Często zostawało się w pracy na noc. SAKO, który współtworzyła, to był język oprogramowania bardzo podobny do ludzkiego języka. ALGOL opierał się na systemie skróconych komend. Równolegle do tego pierwszego powstał SAS – System Adresów Symbolicznych, który tłumaczył komendy SAKO na zero-jedynkowy kod. Był też projekt języka do programowania ALGAMS, takie „programistyczne esperanto”. To był zdaniem Koncewicz pomysł urzędniczy, zupełnie nietrafiony.

Jej podejście do pracy i nocnych nadgodzin zmieniło się, kiedy na świecie pojawił się jej syn Krzysztof. Zdecydowała się na 3-letni urlop wychowawczy. Gdy wróciła do pracy w IMM zajmowano się już czymś innym, niezbyt ją interesującym. Zresztą od początku programistka miała poczucie, że wyważają otwarte drzwi, że maszyny informatyczne i skuteczne programy funkcjonują już na Zachodzie. Jedynie ze względu na polityczny upór forsowano rodzime projekty. W 1978 roku przeniosła się do Instytutu Technologii Elektronowej, bo tam pracował amerykański komputer IBM. Podejmowała próby stworzenia polskiego programu graficznego. Projektu – jak wielu innych z tej dziedziny – nie doprowadzono do końca. Z czasem w coraz większym zakresie zajęła się tłumaczeniami książek. To spod jej pióra wyszły polskojęzyczne wersje podręczników do obsługi programów FORTRAN, C i Pascal.

W latach 90. Koncewicz trafiła do ośrodka, który oceniał programy i pomoce dydaktyczne do szkół. Stamtąd wyjechała na kurs do Stanów Zjednoczonych, gdzie zetknęła się z Macintoshem. Uznała, że to jest zupełnie inna, dużo lepsza jakość pracy. Po tym wydarzeniu podjęła się pracy na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie stworzyła pracownię komputerową na Wydziale Psychologii. Na emeryturze nie interesowała się zbytnio komputerami, mimo że była pierwszą polską programistką. Preferowała książki i gazety. Dwójka jej dzieci nie poszła w jej ślady.

Między Warszawą a Wrocławiem – informatyczka w podróży

Ewa Kardymowicz, wtedy Zborowska, dołączyła do Zakładu Aparatów Matematycznych w 1961 roku, na chwilę przed tym, jak zmienił nazwę na Instytut Maszyn Matematycznych. Urodziła się w 1939 roku. Jej ojciec zginął rozstrzelany przez Niemców w 1943 roku. Po wojnie trafiła do Zakopanego, gdzie skończyła szkołę średnią. Matka zajmowała się rękodziełem. Ewa wybrała studia matematyczne na UW, bo w tym kierunku miała uzdolnienia. Pracę w ZAM przyjęła, bo chciała pomóc w utrzymaniu rodziny. Pracowała w gmachu przy ul. Koszykowej. Komputery znajdowały się przy ul. Śniadeckich. Chodziło się do tej drugiej lokalizacji, żeby „puścić” program. Pracowało się w różnych porach, także w nocy. Początkowo programowanie odbywało się na egzemplarzu XYZ. Do Instytutu przychodziły wycieczki reprezentujące różne grupy zawodowe. Mało kto rozumiał, jak działa i po co istnieje takie urządzenie. Większość ludzi jednak zwyczajnie bała się tych tajemniczych maszyn. Pierwsi do komputerów przekonali się fizycy, później dopiero wojsko.

Kiedy Ewa Kardymowicz dołączyła do zespołu, język SAKO był już na ukończeniu. Działał też SAS. Jej koleżanki – Zofia Okrasińska (ur. 1938) i Krystyna Pomaska (1935-2019) – przekładały polecenia dla komputera na język zer i jedynek, co było żmudnym zajęciem i chyba nie cieszącym się zbyt dużym uznaniem. Kardymowicz trafiła na konferencję w Kijowie, gdzie prezentowano postępy w dziedzinie oprogramowania. O SAKO mówiło się z podziwem we wszystkich krajach „demokracji ludowej”. Jednak żywot tego programu okazał się krótki. Kolejne komputery – typu ZAM – miały inne systemy operacyjne. Karydmowicz zajmowała się właśnie tego rodzaju urządzeniami. Działał na nich program, który określiła jako „Supervisor”. Służył do uruchomienia maszyny i był podstawą działania innych programów. Miał sporo błędów i zdarzały się liczne awarie. To z kolei wymagało od programistyki licznych podróży do Wrocławia, gdyż w Elwro znajdował się serwis. Tam jednak nikomu nie zależało na naprawianiu błędów z oprogramowania maszyn IMM, ponieważ woleli udoskonalać własne urządzenia. Była to więc „niewdzięczna praca”, jak określiła ją Kardymowicz.

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 4

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz. Źródło: historiainformatyki.pl

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz – konstruktorka minikomputera Mera 400, o której później – ujęła problem następująco: „polskie projekty informatyczne dotykała klątwa trzech lat. Każdy z nich przez trzy lata podobał się decydentom, a później, gdy na ich miejsce przychodzili inni, forsowali swoją wizję rozwoju informatyki, na ogół nie mając do tego merytorycznego przygotowania. ZAM-y były rewolucyjne jak na swoje czasy. Wtedy plan był jednak taki, żeby IMM przestał być najważniejszym ośrodkiem koncepcyjnym i żeby stało się nim Elwro, które stawiało na kopiowanie technologii z Zachodu” (Wasielewska 2020: 66). W takich warunkach bardzo trudno wykazać się znaczącymi osiągnięciami.

Jeszcze inna rzecz była koniecznością: żeby programować, trzeba było wyjść z domu. Chodziło się „na komputer”. Jeśli w IMM była za duża kolejka, można było skorzystać z komputera w Pałacu Kultury albo w ZETO – Zakładzie Elektronicznej Techniki Obliczeniowej, który powstał w 1964 roku w Warszawie, dając początek sieci podobnych ośrodków w kraju. Rewolucją było pojawienia się wrocławskich „Odr”. Były szybsze, miały monitory i klawiatury. Posiadały je uczelnie i zakłady pracy. W 1969 roku powstał projekt wyprodukowania jednego modelu komputera dla całej RWPG. Projekt oznaczano skrótem RIAD – Jednolity System Elektronicznych Maszyn Cyfrowych. Działania te przyczyniły się do zniszczenia lub zaniechania wielu rokujących projektów. Był to cios w ambicję polskich informatyków. Plusem było jedynie to, że zjednoczył dwa środowiska – warszawskie i wrocławskie, które wcześniej rywalizowały.

W konsekwencji wejścia RIAD-u, Ewę Kardymowicz przesunięto do innego działu. Zamiast programować, miała zająć się teorią. Badano możliwość wykorzystania sztucznej inteligencji, np. do rozpoznawania mowy. W latach 70. pełniła funkcję kierowniczki Pracowni Języków Konwersacyjnych w Zakładzie Systemów Wyszukiwania i Teleprzetwarzania Informacji, a od 1979 roku szefowała Pracowni Oprogramowania Danych w Zakładzie Narzędzi i Systemów Programowania. W latach 80. zapisała się do „Solidarności”, ale nie była w pierwszym szeregu. Jej ostatnim projektem w IMM był program dla korporacji taksówkarskiej, który miał zliczać godziny pracy pracowników. Przez cały czas zatrudnienia w Instytucie była wielokrotnie wysyłana w delegacje (krajowe i zagraniczne). Nikt nie mówił tego wprost, ale znaczenie miał fakt, że była singielką. W latach 90. XX wieku Kardymowicz wyszła za mąż i przeniosła się do Biblioteki Narodowej, gdzie wdrażała system komputerowy dla katalogów książek. Stworzyła też grę komputerową, którą nazwała „Inteligencją”. Maszyna dostawała słowo i miała układać nowe wyrazy na bazie jego liter.

Balerina składa Merę

Elżbieta Olszewska (primo voto Jezierska, secundo voto Ziemkiewicz) jako młoda dziewczyna miała nietypowe zainteresowania. Po pierwsze interesowała się budową maszyn, po drugie trenowała gimnastykę sportową i balet. Urodziła się w 1941 roku w Komarówce Podlaskiej. Ukończyła z wyróżnieniem studia w zakresie łączności na Politechnice Warszawskiej w 1965 roku. W trakcie studiów była na stypendium we Francji. Jeszcze w 1964 roku zatrudniono ją w IMM. Pracowała nad procesorem ZAM-21. Zaprojektowała arytmometr zmiennoprzecinkowy do ZAM-41Z. Współpracowała także przy budowie RIAD i ODRA 1305. Jej ambicją było tworzenie oryginalnych autorskich urządzeń, a nie kopii z Zachodu.

W latach 1970-1972 pracowała nad minikomputerem K-202. Projekt zawieszono z przyczyn politycznych (był lepszy od RIAD). W latach 1973-1975 przygotowała koncepcję minikomputera Mera 400. To urządzenie było co prawda większe od K-202, ale było kompletne. Wszystkie potrzebne rzeczy były w jednej obudowie. Komputer był bezawaryjny i odporny na wstrząsy. Marynarka wojenna zainstalowała Merę na kutrze torpedowym i sprawdzała się świetnie. Program operacyjny o nazwie CROOK stworzyła dla Mery Politechnika Gdańska. W drugiej połowie lat 70. Jezierska zajmowała się w IMM komputerowym systemem wspomagania projektowania, czyli CAD. Zaangażowała się w „Solidarność” i zrobiła to głównie ze względu na sytuację w polskiej informatyce. Drażniło ją, że dobre projekty zawieszano, że odsuwano zdolnych pracowników. Tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego przedstawiła szefostwu opracowaną przez siebie koncepcję systemu komputerowego, który na cześć związku zawodowego nazwano SOLID 1981.

W grudniu 1981 roku Panią Elżbietę internowano. Najpierw przebywała w areszcie śledczym w Grochowie, potem w Gołdapi. W więzieniu prowadziła zajęcia z baletu. Po zwolnieniu traktowano ją z nieufnością. Współpracownicy na nią donosili. Często wzywano ją na milicję i robiono rewizje w domu. Straciła serce do IMM.

W latach 1984-1988 pracowała w PAN nad systemem operacyjnym IPIX. W tym samym czasie nadzorowała w przedsiębiorstwie polonijnym Amepol kolejną wersję Mery MX-16. Na początku 1988 roku wraz z mężem Andrzejem Ziemkiewiczem otrzymała propozycję pracy w firmie Bull (była to ta sama instytucja, którą odwiedziła jeszcze jako studentka w latach 60.). Z kraju wyjechała pod przykrywką wypadu na narty. Zatrudniono ją przy projektowaniu systemów wieloprocesorowych. Pracowała także w USA w oddziale tej samej firmy. Stworzyła ostatnie procesory, które Bull wyprodukował pod własną marką. Potem zaczęto korzystać z Intela.

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 5

Barbara Maćkowiak. Źródło: historiainformatyki.pl

Po przejściu na emeryturę Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz pozostała we Francji. W 2016 roku została wpisana do Złotej Księgi Absolwentów Politechniki Warszawskiej i odebrała Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej. W 2020 roku owdowiała. Ma córkę. Drugie jej dziecko – Mera – w 2020 roku nadal „pracowało” w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie.

Informatyczka w Himalajach

Nie każdy wie, że Wanda Rutkiewicz (1943-1992) także pracowała w IMM. Ukończyła Wydział Łączności Politechniki Wrocławskiej w 1965 roku. W latach 1964-1973 była pracownicą naukową Instytutu Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu. Tam miała pierwszy kontakt z komputerami. Wrocławskie urządzenie wyrównywało obciążenia energetyczne w kraju. Jak pisała Wasielewska, już wtedy Rutkiewicz uważano za dziwaczkę. Nie integrowała się ze współpracownikami. Do pracy przychodziła z plecakiem pełnym kamieni, a w wolnym czasie biegała. Jako outsiderkę postrzegano ją także w Warszawie, do której przeniosła się w 1973 roku (Tamże 2020: 80). W tym czasie była już mocno zaangażowana w himalaizm. Często brała też urlopy, a od 1979 roku chciała pracować na 3/4 etatu. Dostawała krótkie, jednoosobowe zadania, nie można jej było angażować do długoterminowych projektów ze względu na to, że często wyjeżdżała na górskie wyprawy. Inicjatywa założenia „Solidarności” w IMM wyszła ponoć od Rutkiewicz, ale potem nie była zbyt aktywna w związku. W tym okresie miała nową pasję – rajdy samochodowe. Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, koleżanka z pracy i przełożona w dziale wspomina, że himalaistka była ambitną i wspaniałą kobietą, która uczciwie pracowała. Zajmowała się symulacją różnych zadań, które komputery miały wykonywać (Tamże, s. 81). Zginęła w czasie wyprawy na Kanczendzongę w Himalajach 13 maja 1992 roku. Wiadomość o jej śmierci dotarła do Polski z dwutygodniowym opóźnieniem.

Konstruktorka znad Odry

Urodziła się w 1932 roku jako Ruta Mandelbaum w Pińsku na dzisiejszej Białorusi. W latach 1940-1946 przebywała w Kazachstanie, gdzie została zesłana wraz z matką (ojciec był w łagrze). Po wojnie rodzina przyjechała do Polski. Mowa o pracownicy Elwro Barbarze Maćkowiak. Jako licealistka poznała język angielski, którego nauczył ją z własnej inicjatywy dyrektor szkoły i były żołnierz Armii Andersa. W 1957 roku ukończyła studia na Wydziale Łączności Politechniki we Wrocławiu. W Elwro pracowała od 1959 roku, gdzie stworzyła od podstaw Dział Przyrządów Pomiarowych. Zajęła się organizacją pracy, przygotowała stanowiska techników, zaprojektowała elektryczną część stołów montażowych. Na początku swojej kariery wyszła za mąż i zmieniła imię i nazwisko. Stworzyła wiele urządzeń pomiarowo-kontrolnych, w tym próbnik lampowy, który pracownicy określali jej nowym imieniem. Przez ponad dekadę (1961-1973) była kierowniczką Działu Przyrządów Elektrycznych. Odpowiadała za wyposażenie w elektroniczną aparaturę kontrolno-pomiarową biur konstrukcyjnych oraz konstrukcję i wykonanie specjalistycznych przyrządów do produkcji komputerów ODRA i RIAD. Zajmowała się też zakupami zagranicznego sprzętu. W 1964 roku wstąpiła do partii.

W 1971 roku obroniła doktorat na Politechnice Wrocławskiej. Praca dotyczyła systemu metrologicznego w przedsiębiorstwie przemysłowym. W latach 70. SB uniemożliwiło jej dalsze wyjazdy zagraniczne, co bardzo przeżyła. Odeszła z Elwro i została kierowniczką Zakładu Prognozowania i Współpracy z Zagranicą Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów (w skrócie: PIAP). Była odpowiedzialna za kontakty z bliźniaczymi instytucjami na terenie RWPG. Daleko od Elwro jednak nie odeszła. Już w 1977 roku na bazie PIAP i Biura Projektowego Elwro powstał Instytut Komputerowych Systemów Automatyki i Pomiarów (IKSAP). Tu także zajmowała eksponowane stanowisko. Organizowała pracę rady naukowej Instytutu i badała trendy rozwojowe potencjalnie interesujące Elwro. Dostała paszport na wszystkie kraje świata. Podczas podróży szokował ją dystans między Wschodem a Zachodem. Wystąpiła z partii podczas stanu wojennego.

Liczarki, szaradzistki, konstruktorki, programistki 6

Komputer Mera 400. Źródło: Wikipedia

W latach 80. Elwro doświadczało różnych problemów produkcyjnych. Brakowało komponentów. Zakład był duży i nie było go łatwo zrestrukturyzować. Jeszcze pod koniec dekady Maćkowiak i jej zespół zaangażowani byli w budowę komputera osobistego Elwro 801AT. W 1990 roku miało powstać 30 tys. sztuk tego urządzenia. Ostatecznie z linii produkcyjnej zeszło zaledwie tysiąc. W realiach wolnorynkowych przestało się opłacać cokolwiek projektować i organizować rodzimą produkcję komputerów. Dużo łatwiej było je sprowadzić z Azji lub montować w Polsce z gotowych komponentów. To przyczyniło się do choroby Barbary Maćkowiak (depresja). W 1991 roku przeszła na emeryturę. Jednak całkowicie aktywności zawodowej nie zaniechała. Pracowała dalej w Zakładzie Elektroniki TEL-EKO jako główna specjalistka ds. marketingu i współpracy z zagranicą do 1998 roku.

W życiu prywatnym miała jedną córkę, która poszła w jej ślady. Swoje życie zawodowe zorganizowała jednak inaczej niż matka, która bardzo dużo czasu poświęciła pracy. Barbara Maćkowiak, wspominając swoją karierę zawodową, była jednak zadowolona. Stwierdziła, że „nie zmarnowała życia” (Wasielewska 2020: 106). Odeszła w 2021 roku.

Polska pionierka Internetu

Kariera Elżbiety Płóciennik (ur. 1947) potoczyła się nieco inaczej niż pozostałych kobiet. Podstawowa różnica w jej życiorysie była taka, że wyemigrowała do Francji wcześnie, bo w 1978 roku. Tam znana jest jako Elisabeth Cochard. W rozwoju zainteresowań inżynierskich wspierał ją ojciec. Po studiach matematycznych trafiła do warszawskiej firmy o nazwie Centrum Naukowo-Produkcyjne Technik Komputerowych i Pomiarów ERA, która jeszcze przed wojną produkowała proste urządzenia elektroniczne. Kiedy trafiła tam Płóciennik, produkowano akurat Merę 300. Elżbieta pracowała nad programami, które miały kierować zarządzaniem, np. produkcją. Aplikacje były produkowane na rynek brytyjski do komputerów ICL serii 1900. W jej zespole pracowało znacznie więcej kobiet niż mężczyzn. Płóciennik wykazała się także, programując w języku COBOL i dostała ofertę pracy w Zakładzie Doświadczalnym przy IMM.

Została dyrektorką zespołu i także w nowym miejscu zarządzała głównie zadaniami dla kobiet, co świadczy o tym, że – przynajmniej początkowo – zawód programistyki był sfeminizowany. Zajmowała się wydajnością komputerów. W okresie gierkowskim Płóciennik po raz pierwszy zetknęła się z technologią umożliwiającą przenoszenie plików między komputerami. Nazywało się to wtedy MFT – Managed File Transfer.

Pierwszy wyjazd Płóciennik do Francji miał raczej wymiar turystyczny. Jednak poznała tam swojego przyszłego męża – Jeana Claude’a Cocharda. Choć pobrali się w Polsce, długo w „ojczyźnie demokracji ludowej” razem nie wytrzymali. We Francji pani Cochard pracowała w różnych korporacjach bardziej lub mniej powiązanych z informatyką. Z czasem sama zbudowała własny zespół fachowców w firmie Gfi. Zajmowano się tam sieciami informatycznymi w dużych przedsiębiorstwach. Zdobywali klientów, więc można powiedzieć, że odnieśli sukces. Z czasem jednak doszło do niekorzystnych przetasowań własnościowych i zepchnięcia Cochard na margines.

Mimo to pani Elżbieta nadal próbowała innowatorskich projektów. Założyła własną firmę „Otonet” i pracowała nad połączeniem amerykańskiej i europejskiej sieci, które pracowały wtedy w oparciu o inne technologie. Później opatentowała produkt służący do centralnej kontroli przesyłu plików. Wszystkie swoje zasoby włożyła w firmę. W pewnym momencie była nawet bezdomna.

Z czasem zaczęła ponownie zarabiać, sprzedając swój czas. Pracowała jako konsultantka, ekspertka, audytorka. Uważała, że odniosła sukces: odnalazła się na Zachodzie, a szefowie dużych firm liczyli się z jej zdaniem (Wasielewska 2020: 125). Krótko przed siedemdziesiątymi urodzinami zachorowała na nowotwór, jednak udało się jej go pokonać. W 2018 roku była nadal aktywna zawodowo. Jej córka pracowała jako ortodontka i miała 2 córki.

Ścieżki wyboiste

Z tych biogramów wynika, że kobiety w informatyce nie miały „łatwej” ścieżki zawodowej. Nie chodzi o brak predyspozycji intelektualnych do tego rodzaju zadań czy o współcześnie diagnozowane zjawiska w rodzaju „szklanego sufitu”, dyskryminacji, czy mobbingu. W dużej mierze chodziło o ograniczone warunki rozwoju powojennej nauki i technologii w ogóle. Pewne znaczenie miały też kwestie kulturowe. Kobiety rzadziej wybierały politechniki i nauki ścisłe. Na pewno można zauważyć, że poza nielicznymi wyjątkami, kobiety zajmowały stanowiska mniej eksponowane. To nadal można uznać za pewną historyczną konwencję. Częściej pracowały w zespołach, gdzie sukces był owocem wielu osób, a najczęściej kierownika płci męskiej. Niesprzyjająca dla innych ról społecznych była dynamika pracy, nienormowany czas, nocne testy, wyjazdy itp. Przy posiadaniu rodziny, w tym dzieci, to było bardzo trudne do pogodzenia. Demotywująco działał też brak wsparcia instytucjonalnego, zawieszanie i inicjowanie nowych projektów biurokratycznymi dekretami, przesuwanie pracowników z działu do działu bez głębszej refleksji (np. uwzględniania kwestii merytorycznych, zaangażowania w projekt), brak dostępu do nowinek technologicznych itp. Kariera w informatyce zapewniała na pewno rozwój i stały dostęp do nowej wiedzy. Pozwalała także na wypróbowanie wielu różnych zadań i form pracy. Dawała kontakt ze światem poprzez wyjazdy na konferencje, wystawy, targi. Mogła być więc atrakcyjną ścieżką kariery dla kobiet, które w pracy nie chciały się nudzić. Była też jednak obarczona ryzykiem, co pokazały niektóre biografie.

Wróć