Agnieszka Fulińska

Rys. Sławomir Makal
Do napisania tego tekstu skłoniła mnie lektura niedawnej wypowiedzi pana wiceministra Marka Gzika, programów polityków dla nauki (pełnych niestety pustych, choć pięknie brzmiących frazesów), informacji o tym, że Komisja Europejska zamierza zająć się reformą nauki, a także listu od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, który jako była stypendystka dostaję corocznie w okresie rozliczeń podatkowych, a wzywający do wsparcia programu dla młodych. W tych wypowiedziach często powtarzane są bezrefleksyjnie hasła: zwiększenie finansowania NCN, wspieranie młodych naukowców, otwarty dostęp, poziom nauczania, promocja doskonałości, brakuje natomiast namysłu nad treścią tych postulatów oraz ich praktycznym wymiarem.
Mój tekst dotyczy tylko dwóch zagadnień, z którymi – jako bezetatowiec – mam bezpośrednio do czynienia: grantów Narodowego Centrum Nauki, czyli najważniejszej instytucji finansującej badania podstawowe, oraz systemu publikacji. Pozostają kwestie organizacji studiów czy też struktury zatrudnienia oraz przede wszystkim rotacji tegoż, czy raczej jej braku i związanym z tym konserwowaniem układów personalnych często niemających wiele wspólnego z realnymi osiągnięciami naukowymi. Niemniej, ponieważ ostatnio byłam tylko kierownikiem grantu, nie mam na co dzień do czynienia z pracą akademicką w jej wymiarze praktycznym, więc pozostawiam to innym.
Sporo już lat temu rozmawiałam z ówczesnym rektorem jednej z flagowych uczelni. Pisałam właśnie drugi doktorat, a w związku z tym, że z etatami uczelnianymi było już wtedy krucho, wyraziłam wątpliwości co do własnej przyszłości w nauce. Magnificencja z pełnym przekonaniem – szczerym, nawet jeśli, jak się okazało, naiwnym – zapewnił mnie, że po to tworzy się nowy system grantowy, by zwiększać możliwości zatrudniania w nauce osób, które nie mają szans na zwykły, naukowo-dydaktyczny etat. Uwierzyłam w tę wizję, bo wydawała się logiczna i praktyczna. Rzeczywistość ją niestety zweryfikowała negatywnie.
W skrócie: w ciągu kilkunastu lat system grantowy ewoluował od jako takiej swobody do coraz większego ograniczania możliwości wnioskodawców. Obecnie za największe mankamenty systemu uważam:
– brak możliwości zgłaszania krótszych niż 12 miesięcy projektów w konkursach NCN i brak możliwości finansowania całkiem małych projektów przez osoby niezatrudnione w ośrodkach badawczych;
– brak możliwości negocjowania wysokości budżetu i warunków realizacji projektu;
– rezygnację z projektów kilkuosobowych (kilkuautorskich);
– rezygnację z możliwości wskazywania jako wykonawców konkretnych osób, nawet na kluczowych dla projektu stanowiskach i nawet jeśli realnie te osoby są jego współautorami;
– zniesienie punktu formularza wnioskowego, w którym można było odnieść się do uwag recenzentów w poprzednich konkursach;
– ustawowe wykluczenie odwołań merytorycznych od najbardziej nawet absurdalnych i nierzetelnych ocen formułowanych w ocenie wniosków.
Dodatkowo stosunkowo niedawno na wszystkie projekty niezakwalifikowane do drugiego etapu konkursu nałożono karencję, wcześniej dotyczyła ona jedynie części wniosków, które uzyskały najniższą ocenę. Obecnie karencja obejmuje również wnioski, które dostały oceny entuzjastyczne, ale nie zakwalifikowały się dalej ze względu na ograniczenia budżetowe panelu.
Wszystkie wymienione powyżej kwestie są, moim zdaniem, kluczowe dla dobrego funkcjonowania systemu grantowego, zwłaszcza w sytuacji, jaką niestety mamy, czyli drastycznego niedofinansowania instytucji grantodawczych. Część z nich znikała powoli przez lata funkcjonowania NCN.
Celowo ułożyłam te punkty w trzech kategoriach: budżetowe, personalne, merytoryczne. Z punktu widzenia samego systemu finansowania i uzyskiwalności najważniejsze są dwie pierwsze sprawy, z tym że druga kwestia jest chyba oczywista: uniemożliwienie składania projektów mających realnie kilku autorów jako zespołowych, co więcej tak, żeby dorobek więcej niż jednego autora liczył się do oceny merytorycznej, jest po prostu, najzwyczajniej pod słońcem, ogromną niesprawiedliwością i nie ma się co nad tym rozwodzić.
Najsilniej w uzyskiwalność uderza natomiast niemożność negocjowania budżetu i przedstawiania projektów krótszych niż 12 miesięcy. Wszystkie istniejące programy finansujące krótkie badania (IDUB czy Miniatura NCN) ograniczone są do osób zatrudnionych na uczelni lub w innym ośrodku badawczym, podczas gdy szczególnie istotne byłyby one dla osób o takie zatrudnienie się starających. Wracając do rozmowy z byłym rektorem: poziom finansowania uniemożliwia realizację wizji zatrudniania dużej liczby ludzi z grantów na pełnych etatach, ponieważ dla konkursu OPUS roczna (narzucona!) suma wynagrodzenia kierownika projektu startującego „z wolnej stopy” wynosi 170 tys., co generuje dodatkowe ponad 30 tys. kosztów pośrednich, a zatem najtańszy projekt, który nie zakładałby żadnych dodatkowych kosztów, to ponad 200 tys. Taki budżet zresztą zapewne wywołałby natychmiastowy sprzeciw panelu, nawet gdyby autor zaznaczył we wniosku, że pokryje z wynagrodzenia takie wydatki jak udział w konferencjach.
Tu z pomocą mogłaby przyjść elastyczność oraz negocjowalność budżetów. Pierwsza, najważniejsza sprawa to możliwość zatrudnienia kierownika projektu będącego osobą fizyczną na część etatu, umowę cywilnoprawną, a nawet afiliacji w ramach wolontariatu, z finansowaniem samych badań naukowych. Na pewno nie są to rozwiązania akceptowalne dla każdego, na pewno warunki byłyby bardziej atrakcyjne dla humanistów niż przyrodników, ale dla wielu osób, które po prostu chciałyby mieć szansę na prowadzenie badań w oczekiwaniu, że otworzy się interesujący dla nich etat albo inne możliwości zatrudnieniowe, stanowiłoby to wystarczającą pomoc. Oczywiście osoby fizyczne nie stanowią większości wśród wnioskodawców, niemniej obecnie ta grupa jest na z góry przegranej pozycji.
Dodam, że wolałabym dostać kilka razy 50, czy choćby 20 tys. na pół roku albo trzy miesiące na same badania, napisać dzięki temu dobry artykuł i nie musieć dorabiać na boku, niż mieć bardzo nikłe szanse na 250 tys. na rok czy 500 tys. na dwa lata (udało się raz). Warto też zauważyć, że ponieważ do oceny liczą się m.in. wyniki wcześniejszych projektów, to takie małe granty dawałyby rozeznanie w realnych możliwościach wnioskodawcy w prowadzeniu finansowanych przez państwo badań i przedstawianiu ich wyników.
Obecny system pozwala do pewnego stopnia zwiększyć zatrudnienie w dużych projektach, które z kolei nie są typowe dla części humanistyki. Są to w dodatku najczęściej oferty dla młodych naukowców, do których skierowanych jest najwięcej programów stypendialno-grantowych. Inni wykonawcy nie mogą uzyskać zatrudnienia pełnoetatowego ani na umowę cywilnoprawną, a jedynie dodatkowe wynagrodzenie, nawet jeśli są współautorami projektu i nawet jeśli miałoby to dla nich być jedyne źródło dochodu czy zatrudnienia. Wyjątkiem są tzw. senior researchers, ale to stanowisko wymaga z kolei współfinansowania przez ośrodek, co w sytuacji finansowej uczelni i instytutów badawczych nie jest łatwe do uzyskania.
Kolejnym poważnym problemem jest system oceny, w którym całkowite pozbawienie wnioskodawcy „sprawczości” – w sensie możliwości odwołania merytorycznego od opinii wyrażanych na obu etapach – jest chyba wręcz niezgodne z porządkiem prawnym. Wielu rozżalonych naukowców publikowało na blogach czy w „Forum Akademickim” opisy konkretnych przypadków, sama mogłabym o tym napisać gruby tom. Jestem w stanie zrozumieć konieczność ograniczenia ewentualnych sporów merytorycznych, niemniej przyjęty model, że odwołania są możliwe wyłącznie od kwestii formalnych, nie tylko uderza w jedną z podstaw nauki, czyli dyskusję merytoryczną, ale z praktycznego punktu widzenia daje, zwłaszcza „ekspertom” na pierwszym etapie, nieograniczoną władzę nad wnioskodawcą. Mogą oni bezkarnie napisać dowolną, także rozmijającą się z faktami opinię, w dodatku w układzie „single blind”, bo znają tożsamość wnioskodawcy, sami zaś pozostają anonimowi, co zwiększa poczucie bezkarności.
I raczej nie jest przypadkiem, że problemy z nierzetelnymi opiniami dotyczą głównie etapu pierwszego, a więc „panelu ekspertów”, którego nazwa jest ironiczna, ponieważ jest to szacowne grono, które przy wszelkich zasługach dla własnych specjalizacji nie zna się na szczegółach większości ocenianych projektów. A jeśli akurat rzeczywiście się zna, to może wpływać na ocenę na tle innych projektów. Tymczasem paneliści do oceny dostają wnioski zwane „skróconymi”, od których wymaga się jednak dużej szczegółowości. Co więcej, własne doświadczenie oraz lektura wielu skarg na działanie panelu pokazuje, że „eksperci” potrafią mieć zastrzeżenia do takich elementów, co do których jest oczywiste, że ich rozwinięcie znajduje się we wniosku pełnym, przeznaczonym dla recenzentów w wypadku przejścia do drugiego etapu. Opis ten jest jednak dla nich niedostępny (dlaczego?), w związku z czym nie mogą tego zweryfikować.
Kwestia opisów jest zresztą również kontrowersyjna. NCN każe wnioskodawcom przygotować dwa obszerne wnioski. Pięć stron dla wniosku skróconego i piętnaście dla pełnego, przy pełnym wykorzystaniu zalecanej typografii to odpowiednio ponad pół oraz prawie dwa arkusze wydawnicze (25 tys. i 75 tys. znaków). Czyli w pełni akceptowalny rozmiar artykułu w czasopiśmie nawet w naukach humanistycznych oraz dużo więcej niż przeciętny artykuł czy rozdział w monografii. Na polskie warunki opis szczegółowy to prawie 1/4 minimalnej objętości monografii.
Przy obecnym poziomie uzyskiwalności jest to marnowanie czasu naukowców. Zwłaszcza że zazwyczaj projekt da się ostatecznie ocenić na podstawie tego, co jest zawarte na pięciu stronach wniosku skróconego. Może należałoby lepiej sprecyzować zagadnienia czy pytania, na które taki wniosek powinien odpowiadać, mocniej sformalizować wymagania w miejsce opisowości? Pięć czy sześć stron drobnym drukiem wystarczy nawet (zwłaszcza?) dla recenzenta, który na zagadnieniu naprawdę się zna.
Pytanie zatem, czy dwustopniowa ocena, zwłaszcza w obecnej sytuacji finansowej, ma sens? Odsiać projekty całkowicie pozbawione sensu byliby w stanie ludzie zatrudnieni na stanowiskach koordynatorów, najlepiej w zespołach kilkuosobowych, interdyscyplinarnych, żeby uniknąć rażących błędów. Bądźmy bowiem szczerzy: całkowity nienaukowy bełkot potrafimy rozpoznać nie tylko w swojej specjalistycznej dziedzinie, ale i w dziedzinach pokrewnych. A koordynatorami są doktorzy lub doktorzy habilitowani. Cała reszta projektów – w tej samej formie odpowiadającej obecnej skróconej albo niewiele dłuższej – powinna trafiać do wyspecjalizowanych recenzentów, bo tylko oni są w stanie naprawdę ocenić zawartość merytoryczną, co pozwoliłoby na układanie rankingów istotnie odpowiadających naukowej wartości wniosków. Co więcej, recenzent powinien mieć możliwość poproszenia wnioskodawcy, oczywiście za pośrednictwem NCN, o wyjaśnienia lub rozwinięcie wątków, jeśli miałby wątpliwości co do oceny. Oszczędziłoby to wszystkim pracy, a umożliwiło doprecyzowanie kwestii, które teraz każdy musi rozwijać, potrzebnie lub niepotrzebnie, w tzw. opisie pełnym.
Warto by także rozważyć, jako znacznie sensowniejszy ewentualny drugi etap, rozmowy z autorami wysoko ocenionych wniosków, zwłaszcza jeśli ich liczba i budżet wykraczałyby poza możliwości panelu. To z kolei umożliwiłoby weryfikację rzetelności projektu przedstawianego na piśmie, wyjaśnienie niepewności, ale także negocjację budżetu. Sądzę, że wielu wnioskodawców, zarówno występujących z pozycji uczelnianego etatu, jak i „osób fizycznych”, zgodziłoby się na zmniejszenie środków, byle dostać możliwość prowadzenia badań.
Tu pojawia się kolejne zagadnienie: kontynuacji badań. Tego chyba nigdy nie było w ofercie NCN albo przegapiłam. Badania naukowe mają to do siebie, że generują nowe zagadnienia i problemy badawcze, których nie dało się przewidzieć na etapie pisania oryginalnego wniosku. Generują też nowe, luźniej powiązane problemy. Takie projekty, uzupełniające albo wychodzące bezpośrednio od wcześniejszych, stanowiące ich kontynuację, powinny mieć priorytetową ścieżkę oceny i przyznawalności środków.
Odrębnym problemem jest niechęć NCN do projektów, które można określić jako „wysokiego ryzyka”. Opis, nawet skrócony, powinien w zasadzie zawierać pewność co do wyników projektu. Tak w każdym razie można nader często wnioskować z argumentów na rzecz odrzucania wniosków, skoro „eksperci” żądają podawania np. konkretnych zasobów archiwalnych dla kwerend (co na etapie wstępnym, bez wizyty in situ, jest często możliwe w bardzo ogólnym zarysie) albo odrzucają projekty, których zadaniem jest np. eksperymentalne sprawdzenie, czy model teoretyczny posiada potencjał zgodny z przewidywanym (co jest treścią projektu i punktem wyjścia do ewentualnych dalszych badań). W obu przypadkach, humanistycznym i przyrodniczym, sednem projektu bywa weryfikacja wcześniejszych założeń, która może wypaść negatywnie. Ale na tym też polega nauka, a gdyby to chcieć sprawdzić wcześniej (pomijając kwestie finansowe w przypadku humanistyki oraz sprzętowe w przypadku nauk eksperymentalnych), oznaczałoby to de facto wykonanie planowanych badań.
Warto by też zrównoważyć ofertę dla różnych grup wiekowych czy też etapów kariery. Wśród programów NCN są dwa typy z ograniczeniami w tym względzie: MAESTRO dla super zaawansowanych, z bardzo rygorystycznymi warunkami, oraz kilka programów wyłącznie dla młodych naukowców (PRELUDIUM, SONATA, ETIUDA). Dla „grupy średniej” jest wyłącznie OPUS, w którym mogą startować wszyscy. To również wpływa na poziom uzyskiwalności finansowania w tym konkretnym programie, który siłą rzeczy jest najbardziej oblegany i którego organizacja i ocena (nic dziwnego) powodują najwięcej kontrowersji.
Ponieważ w przypadku projektów krótkich dla osób niezatrudnionych w nauce podniesiony może zostać istotny argument afiliacji, warto rozważyć afiliowanie takich badaczy bezpośrednio przy NCN, nawiązanie współpracy w tej kwestii z Polską Akademią Umiejętności itd. Można również wrócić do pomysłu, który niegdyś przemknął przez polską scenę naukową: tworzenia przy NCN „laboratoriów” czy „pracowni” współpracujących z uczelniami i instytutami badawczymi, ukierunkowanych na szerokie spektrum zagadnień z różnych dziedzin nauki, także humanistycznych, w ramach których można by zatrudniać badaczy lub afiliować małe projekty składane przez osoby fizyczne. (Taki model wypracował francuski CNRS).
Może też warto by rozważyć, już na marginesie NCN, utworzenie platformy crowdfundingowej dla projektów naukowych…
Powinno się przywrócić to, co zostało niesłusznie usunięte z procedury: negocjowalność budżetów, projekty wieloautorskie i wskazujące konkretnych wykonawców, możliwość zatrudniania wykonawców na pełny lub cząstkowy etat, możliwość ustosunkowania się do opinii ekspertów, projekty krótsze niż 12 miesięcy. Ponadto warto by: zlikwidować dwustopniową ocenę, a konkretnie „panel ekspertów”; wprowadzić szybką ścieżkę dla kontynuacji projektów; rozważyć rozmowy z wnioskodawcami jako ostateczną podstawę przyznawania finansowania. Tu mogłoby być miejsce dla gremium „ekspertów”, którzy musieliby się zapoznać z recenzjami prawdziwych specjalistów, a nie bazować na bardzo ogólnej wiedzy własnej. Co więcej, zlikwidowałoby to część problemów z uznaniowością lub posądzeniami o nierzetelność poprzez odanonimizowanie tego gremium.
Przeglądałam niedawno oferty pracy w nauce, a konkretnie w kilku dziedzinach humanistycznych. We wszystkich warunek: kandydat musi zadeklarować stuprocentową wierność konkretnej dyscyplinie. Dajmy na to naukom o religii i kulturze. Co to oznacza w praktyce? Ano, że jeśli napiszę artykuł z filologii albo archeologii (mam z obu tych dziedzin doktoraty), bo zamówi go u mnie kolejny redaktor monografii wieloautorskiej wydawanej w Brillu czy CUP, publikacja ta będzie dla potencjalnego pracodawcy bezwartościowa, ponieważ nie zaklasyfikuję jej do „dyscypliny”.
Zastanawia mnie, dlaczego środowisko dało się wpuścić w ten konkretny system, z założenia zabijający interdyscyplinarność, która przecież wciąż chyba widnieje na sztandarach nowoczesnej nauki? Ten system nie wnosi nic do badań, do wartości publikacji. Zgaduję, że on ułatwia urzędnikom „ewaluację”, w której liczą się arbitralnie przyznawane punkty, a nie realna merytoryczna wartość dorobku. Ostateczną instancją oceniającą jest urzędnik lub naukowiec w funkcji urzędnika, zapominający często, że istotą badań i nauki jest ich treść, dająca się ocenić wyłącznie przez zapoznanie się z treścią publikacji, a nie poprzez liczbę punktów uzyskanych według tak czy inaczej skonstruowanej tabelki.
Oczywiście, założenie – do pewnego stopnia słuszne – jest takie, że jeśli redakcja czy wydawnictwo coś przyjęło do publikacji, to mamy do czynienia z rzeczoną oceną merytoryczną. Tak, w dużej mierze. Ale wszyscy chyba wiemy z „autopsji”, że nawet w świetnych tomach czy czasopismach można znaleźć artykuły słabe, a najlepszym wydawnictwom naukowym zdarzają się wpadki. Te problemy nasilają się w związku z przyjętym modelem kolejnego fetysza organizatorów nauki, czyli Open Accessu, promującego – także poprzez rankingi – bardzo bogate wydawnictwa, które nie chcą tracić dochodów zapewnianych w modelu płatnym przez wysokie ceny książek, więc kolosalne koszty publikacji przenoszą na autorów. Pomijam tu kwestię, czy te koszty są realistyczne. Mam wrażenie, że są mocno zawyżone, podobnie jak ceny części publikacji naukowych, w zasadzie wykluczające je z obiegu prywatnych nabywców. W takim modelu OA dużą pokusą jest wydanie pozycji, która być może nie przeszłaby sita recenzenckiego, gdyby wydawnictwo miało w nią zainwestować. To może jeszcze nie jest powszechne, ale się zdarza. I – chciałabym być złym prorokiem – obawiam się, że będzie coraz częstsze, jeśli model publikacyjny nie ulegnie zmianie.
Kolejnym powodem, dla którego w Polsce wydaje się niekiedy pozycje przeciętne lub nawet słabe, podczas gdy bardziej wartościowe książki nie mogą znaleźć wydawcy, jest sytuacja wydawnictw uczelnianych i ogólnie polityki wydawniczej uczelni. Ponieważ do punktacji liczą się wyłącznie publikacje etatowych pracowników, żadnej uczelni nie opłaca się inwestować w nawet najwybitniejsze dzieło osoby spoza grona pracowników, podczas gdy opłaca się wydać cokolwiek, byle napisane przez osobę zatrudnioną. Ewentualnymi późniejszymi recenzjami, choćby były krytyczne, mało kto się przejmuje, bo ważne jest to, że można rozliczyć punkty. Tymczasem polityka wydawnictw uczelnianych powinna być taka, żeby ukazywały się w nich jak najlepsze monografie, niezależnie od afiliacji autora. I żeby do oceny liczył się dorobek wydawnictwa, a nie związek autorów z uczelnią. Dodatkowy problem jest taki, że w sytuacji, kiedy merytoryczna wartość jest mało istotnym elementem publikacji jako efektu dla uczelni, nawet najwybitniejsza pozycja wydana w wydawnictwie prowincjonalnej uczelni nie podniesie prestiżu tego wydawnictwa.
Kolejnym problemem okołopublikacyjnym, który zauważa coraz więcej znajomych humanistów uczelnianych, jest narzucony naukom humanistycznym model publikacyjny nauk przyrodniczych: priorytetowa rola, i w związku z tym najwyższa punktacja, artykułów zamieszczanych w czasopismach. Tymczasem specyfika większości humanistyki, może z wyjątkiem archeologii, jest taka, że do obiegu naukowego łatwiej i sensowniej wchodzą przede wszystkim monografie autorskie, a na drugim miejscu rozdziały w monografiach wieloautorskich, wliczając w to recenzowane publikacje pokonferencyjne. W tych najlepszych odsiewa się na etapie zapraszania do tomu referaty na niskim poziomie, nie publikuje się wszystkiego; ponoć zdarza się nawet zapraszanie do tomu specjalisty, który nie był uczestnikiem konferencji.
Takie pozycje funkcjonują w obiegu naukowym lepiej z prostego powodu: są łatwiej wyszukiwalne. W humanistyce nie funkcjonuje dobrze system indeksów cytowań, nie ma też potrzeby ani sensu go na siłę tworzyć. Ponadto mniejszą wagę mają drobne publikacje, które w naukach przyrodniczych mogą mieć kluczowe znaczenie dla rozwoju dziedziny. Przyczynki – publikacja źródeł, artykuły korygujące wcześniejsze błędne ustalenia – są niewątpliwie ważne, ale w znacznie mniejszym stopniu niż np. publikacja wyników eksperymentu, która daje impuls istotnym kierunkom rozwoju danej dziedziny. W humanistyce umiarkowanie ważna jest także szybkość publikacji wyników, co zresztą łączy się z wspomnianą kwestią wpływu na rozwój badań. Oczywiście i tu są odkrycia, które mogą mieć znaczenie rewolucyjne; niemniej, patrząc na to już z czysto praktycznego, społecznego punktu widzenia, opóźnienie o pół roku czy nawet o rok naukowej publikacji o tym, że Mickiewicz napisał piątą część Dziadów albo o odkryciu grobu Aleksandra Wielkiego ma mniejsze społeczne konsekwencje niż opóźnienie przyczynkarskiej na pierwszy rzut oka publikacji, która może mieć realny wpływ np. na badania nad lekarstwem na raka, szczepionką na groźną chorobę czy też tworzywem, które pozwoli lepiej chronić żołnierzy w warunkach wojennych.
Kolejnym publikacyjnym problemem nękającym polską humanistykę jest całkowite „ewaluacyjne” niedocenienie książek popularnonaukowych, aczkolwiek podejrzewam, że również dla nauk przyrodniczych byłoby dobrze, gdyby tego rodzaju pozycje pisali wybitni specjaliści. Dobrze, że na tym polu przynajmniej mamy przekłady wielu świetnych książek zagranicznych, często autorstwa znakomitych naukowców, dla których pisanie dla szerokiego czytelnika nie jest wstydem, a wręcz przeciwnie.
W związku z tym w naszej humanistyce brakuje kolejnego pokolenia profesorów Krawczuków czy Błońskich; zastąpili ich pop-historycy piszący od sztancy o wszystkim, co ma szanse się sprzedać, a o literaturze to już chyba nawet pop-poloniści nie bardzo piszą, tu wystarczają bryki.
Warto, po pierwsze, wydawnictwa i uczelnie uwolnić od trybu „wydajemy tylko pracowników”. Po drugie, dostosować priorytety publikacyjne do specyfiki dziedzin naukowych. Po trzecie, docenić działalność popularyzatorską. Po czwarte, rozważyć wycofanie się z dominującego modelu OA, na który nas nie stać i który globalnie się nie sprawdza. Po piąte, o czym nie pisałam: stworzyć centralny system dofinansowania publikacji w wydawnictwach w rodzaju PWN, czyli pozauczelnianych wydających książki naukowe, gdzie niestety wymagany jest albo wkład własny (uczelniany lub prywatny), albo „potencjał sprzedażowy”. System taki powinien pozwalać na dofinansowywanie książek, których potencjał sprzedażowy nie jest dostatecznie wysoki, by skusić dział marketingu, a które zarazem wychodzą charakterem poza obieg czysto specjalistyczny albo też są dla wydawnictwa (uczelnianego lub niezależnego) zbyt drogie, żeby inwestycja się opłacała.
W pierwszym rzędzie zaś powinno się zrezygnować z absurdalnego, wtłaczającego naukowców w sztywne ramy klasyfikacji systemu dyscyplin i naprawdę zacząć promować interdyscyplinarność.
Oczywiście należy walczyć o zwiększenie nakładów na naukę. Na granty, zatrudnienie, wynagrodzenia, stypendia. Należy o to walczyć bezwzględnie. Niemniej, ponieważ realia są, jakie są, należy pomyśleć, jak usprawnić system, żeby umożliwić partycypację jak największej liczbie osób chcących uprawiać naukę i mających do tego realne zdolności oraz pasję.
Tu powraca wspomniany już fetysz finansowania młodych, żeby przyciągać ich do nauki. Otóż programów dla młodych jest mnóstwo i są one bardzo atrakcyjne, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Tymczasem brakuje, i to drastycznie, globalnie, programów dla ludzi na średnim stopniu kariery naukowej. To oznacza, że poważny odpływ może mieć miejsce nie po studiach, kiedy możliwości jest dużo, ale właśnie w chwili, kiedy one się skończą wraz z przekroczeniem metrykalnych trzydziestu pięciu lat albo pięciu lat po (pierwszym) doktoracie. I o tę grupę należałoby się zatroszczyć, jej stworzyć możliwości kontynuowania badań. To ona jest znacznie bardziej zaniedbana niż mityczni młodzi, a powinna też być najbardziej twórcza, bo statystycznie (abstrahując od jednostkowych przykładów, np. twórczych emerytów czy genialnych studentów) ma już doświadczenie, a jeszcze nie dotyka jej wypalenie.
Jest jeszcze jeden aspekt tej fetyszyzacji programów dla młodych, która bierze się z poczucia, że należy absolwentów skusić do pozostawania w polskiej nauce. Następnie zaś stawia się ich w sytuacji, w której mają dwa wyjścia: zrezygnować z nauki i pójść do biznesu, urzędu, szkoły czy innych zawodów, albo wyjechać za granicę, gdzie otrzymają znacznie lepsze warunki prowadzenia dalszych badań, zwłaszcza w naukach przyrodniczych. Można zatem powiedzieć, że nasze programy wspierające młodych są kuźnią naukowych kadr dla ośrodków zagranicznych, gdyż z Polski wyjeżdża ogromne grono osób, które mogłyby rzeczywiście naszą naukę dźwignąć na wyższy poziom.
Warto także pamiętać, że największy nawet zastrzyk finansowy nie jest lekarstwem na patologie systemu czy choćby jego niedoskonałości. Dodatkowe miliony dla NCN to raptem kilkadziesiąt grantów rocznie, rozłożonych na wszystkie konkursy i wszystkie panele. Czyli w każdym z nich o jeden, może w porywach dwa pozytywnie rozpatrzone wnioski więcej. To jest nadal kropla w morzu potrzeb.
Należy zatem przede wszystkim rozważyć reformę systemu, by pozwolił zwiększyć uzyskiwalność grantów, przygotowywał naukowców na różnych stopniach kariery do sięgania po coraz większe czy ambitniejsze cele. Samymi pieniędzmi się tego nie osiągnie.
Wspomniałam wcześniej o archeologii jako osobnym problemie. Otóż, ponieważ archeologia jest od dawna polską flagową dyscypliną naukową, a zarazem w wydaniu terenowym wymaga dużych nakładów finansowych, postulowałabym stworzenie instytucji centralnej zajmującej się finansowaniem badań archeologicznych, zarówno akademickich, jak ratowniczych, prowadzonych przez wyspecjalizowane firmy (zakres i formy finansowania w obu przypadkach mogłyby być różne). Nie piszę tego pro domo sua, ponieważ pomimo ukończenia tego kierunku nie jestem czynnym archeologiem, nawet gabinetowym.
Dr Agnieszka Fulińska, absolwentka filologii polskiej i archeologii klasycznej (dwa doktoraty), zajmuje się historią kulturową. Stypendystka licznych krajowych i zagranicznych instytucji, w latach 2019-21 (z przedłużeniem) kierownik grantu NCN OPUS. Autorka dwóch polskich monografii naukowych oraz wielu międzynarodowych artykułów. Od kilku lat bezskutecznie szuka pracy w nauce.