Adrian Jusupović
Na wstępie chciałbym pogratulować dobrze napisanego tekstu dr. Adamowi Kędzierskiemu (Nie każdy pierścień jest Jedynym. O badaniach złotych ozdób ze skarbu Słuszków II – ad vocem). Czyta się go świetnie, niestety nie jest to tekst do końca na temat. Wbrew swoim intencjom autor w odpowiedzi potwierdził główną tezę mojego artykułu i za tę szczerość chciałem mu serdecznie podziękować. Napisał bowiem, że w związku z przygotowaniami do wystawy „stało się wiadomym, że dostępność do części zabytków będzie mocno utrudniona”, że odmowa oznaczała „jedynie przesunięcie tego udostępnienia w czasie” oraz że muzeum musi uwzględniać „prawa osób wykonujących rozpoczęte wcześniej badania”. Jest to dokładnie ten mechanizm, który opisałem w felietonie: pierwszeństwo badacza, które nie wynika z żadnego przepisu, a w praktyce przesądza o dostępie do zabytku. Dr Kędzierski nie wskazał zresztą żadnej podstawy prawnej takiego pierwszeństwa.
Pisząc tekst Syndrom Golluma w nauce zdawałem sobie sprawę z tego, że podzieli, a w zasadzie spowoduje głębsze okopanie się na pozycjach zwolenników otwartego podejścia do nauki oraz zwolenników blokowania rozwoju nauki przez system. Wiedziałem również, że jest to tekst mocny. Dlatego przyjąłem zasadę opisu rzeczywistości i odwoływania się tylko i wyłącznie do dokumentów otrzymanych w ramach zapytania o dostęp do informacji publicznej, oficjalnej korespondencji z dyrektorem muzeum (w której to pojawia się osoba dr. Kędzierskiego), kwerendy w aktach wyższego rzędu oraz w ich interpretacjach. Również z tego powodu wysłałem artykuł do prawnika, by go przeanalizował czy przypadkiem nie naruszam czyichś praw, ale także aby wiele kwestii skonsultować. Głównym bohaterem mojego tekstu nie jest bowiem dr Adam Kędzierski czy inny naukowiec. Jest nim system, który działa prawidłowo do momentu, gdy indywidualne decyzje kierowników jednostek muzealnych działają zgodnie z duchem przepisów. Tak jak pisałem w tekście, syndrom Golluma jest pewnym zjawiskiem i możemy o nim mówić tylko wtedy, gdy system nie wspiera rozwoju badań naukowych, lecz wręcz je hamuje. W tym wypadku, gdy nie jest w sposób prawidłowy realizowany art. 2 ustawy o muzeach. Ponadto w moim odczuciu, system nie chroni zabytków unikatowych w sposób wystarczający, co wynika poniekąd z braku odpowiednich regulacji prawnych. Zgłoszenie przez naukowca tematu badawczego powinno być uzasadnieniem do udostępnienia mu zabytku w muzeum, a nie do jego wypożyczenia poza muzeum. Uzasadnieniem użyczenia zabytku powinny być badania laboratoryjne.
Dr Kędzierski przypomina, że art. 29 ustawy o muzeach pozwala przenosić muzealia poza muzeum w celu prowadzenia badań. To prawda, ale przepis mówi o „potrzebie” badań. Chodzi więc o sytuację, w której badań nie da się przeprowadzić na miejscu, np. dlatego, że muzeum nie ma odpowiedniej aparatury. Sam temat badawczy, nawet tak ambitny jak monografia skarbu, takiej potrzeby nie tworzy.
I tutaj dochodzimy do pierwszej nieścisłości w tekście dr. Kędzierskiego. Napisał, że zabytki nie leżały „na biurku”, lecz „znajdowały się już w toku zaplanowanych badań zespołowych”. Później zaś przyznaje, że projekt NPRH, w ramach którego ma powstać kompleksowe opracowanie depozytu, jest dopiero „w końcowej fazie oceny”, a prace nad depozytem postanowiono rozpocząć „w ograniczonym zakresie”. Dyrektor muzeum potwierdził natomiast, że harmonogramu prac badawczych nie ustalano. Nawiasem mówiąc, w otrzymanej z muzeum dokumentacji (która, jak się okazało, nie została w całości przesłana wraz z odpowiedzią na zapytanie w ramach dostępu do informacji publicznej w związku z długotrwałym blokowaniem zabytku; brakujące dokumenty z przeprosinami za niedopatrzenie otrzymałem dopiero we wrześniu br., czyli po ukazaniu się mojego tekstu) znajduje się pismo dr. Adama Kędzierskiego z 22 kwietnia 2026 r., w którym zapowiada analizy składu stopu, analizy izotopów złota oraz analizy technologiczne, zastrzegając jedynie, że w przypadku konieczności przewiezienia zabytków do specjalistycznego laboratorium wystąpi o osobną zgodę. Jak widzimy, system nie zweryfikował, czy wypożyczenie jest uzasadnione, czy nie będzie ono pozorne. Wystarczyło jedynie napisać w uzasadnieniu „opracowanie naukowe skarbu”. Cóż jednak zmieniło się w sytuacji wypożyczonego zabytku? Jedynie miejsce przechowywania. Dr Kędzierski słusznie przypomina, że czas oględzin nie jest czasem opracowania. Tyle że opracowanie – interpretacja, porównania, pisanie monografii – nie wymaga fizycznej obecności pierścieni przez siedem miesięcy, a pomiary i analizy, jak sam pisze, „odbywają się w różnych laboratoriach”. Tymczasem w piśmie z 22 kwietnia 2026 r. zapowiadał, że zabytki będą przechowywane w Kaliskim Stanowisku Archeologicznym, a na ich przewiezienie do specjalistycznego laboratorium wystąpi o odrębną zgodę. Czy taką zgodę uzyskano? Umowa użyczenia zakazuje przy tym oddawania obiektów osobom trzecim do używania lub na przechowanie (§ 7 ust. 2), więc pytanie nie jest czysto formalne.
Ze swojej strony do tekstu potrzebowałem wykonać zdjęcia do publikacji, sprawdzić średnicę wewnętrzną pierścieni oraz dokonać ogólnego oglądu (np. ślady znoszenia itp. – tych podstawowych informacji nie znalazłem w żadnym z tekstów naukowych). Dr Kędzierski przekonuje, że otwartość nauki „nie oznacza pierwszeństwa na żądanie”, ale o żadnym pierwszeństwie nie pisałem. Przeciwnie: zaznaczyłem, że nie mam problemu z poczekaniem w kolejce, jeśli ktoś zgłosił się przede mną, byle warunki dostępu były takie same dla wszystkich. Prosiłem o dwie godziny pracy, a takie oględziny nie są „odrębnymi, częściowo pokrywającymi się badaniami” i nie zakłóciłyby pracy żadnego zespołu. Zgodę na publikację zdjęcia obrączki z inskrypcją faktycznie uzyskałem i za nią dziękuję. Nie otrzymałem natomiast zgody na publikację zdjęć pozostałych pierścieni. Zależało mi na sprawdzeniu ich wewnętrznej średnicy, aby ustalić, czy mogły należeć do jednej osoby. Tego, podobnie jak śladów zużycia czy techniki wykonania, nie da się ustalić ze zdjęć wykonanych przez kogoś innego.
Zdaję sobie sprawę, że oględziny zabytku to nie to samo co w pełni naukowe opracowanie. Dlatego kibicuję dr. Kędzierskiemu, aby miał okazję pozyskać jakże cenne dane dotyczące składu pierścieni itd. Na razie jednak w jego polemice znajdziemy zapowiedzi, ale nie wyniki, a wniosek o dotację z NPRH nie został jeszcze rozstrzygnięty. O jakich zatem danych, które nie mogły być mi udostępnione, pisze dr Kędzierski powołując się na Kodeks etyki pracownika naukowego PAN. O żadne nie prosiłem. Wnioskowałem o dostęp do zabytku, który nie jest „danymi badawczymi” zespołu, lecz – jak mówi ustawa – dobrem ogólnospołecznym. Cytowany przez dr. Kędzierskiego § 6 Kodeksu dopuszcza zresztą wyłącznie ograniczenia niezbędne, a trudno uznać za niezbędne odmówienie dwugodzinnych oględzin w muzeum. Co to ma w ogóle wspólnego z głównym problemem poruszonym w moim artykule, czyli tym, że w moim odczuciu w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej zawiódł system?
Dla porównania rzut okiem jak to wygląda u historyków. Wraz z Dariuszem Dąbrowskim w 2013 r. otrzymaliśmy grant, którego realizacja zakończyła się edycją krytyczną Kroniki halicko-wołyńskiej w serii „Monumenta Poloniae Historica” w t. 16. Zgodnie z założeniem projektu wskazaliśmy jako podstawę edycji Kodeks Chlebnikowski i uzupełniłem go blisko dwudziestoma tysiącami lekcji z kodeksów hipackiego, pogodyńskiego, Jarockiego-Bundury i Jermołajewskiego. Dopiero po otrzymaniu grantu udaliśmy się do archiwum, aby dokonać krytyki zewnętrznej źródła (pismo, znaki wodne na papierze, które pozwalają określić wiek manuskryptów itp.). Równocześnie zadbaliśmy o wykonanie kopii. Po powrocie z kwerendy przygotowałem odczyt na podstawie wykonanych skanów i zdjęć. Jak to bywa w trakcie pracy, nie wszystko udało się odczytać ze zdjęć (kwestia światła, ustawienia aparatu itd.). Wówczas potrzebny był powrót do archiwum, aby zweryfikować wątpliwe miejsca z oryginałami. Równocześnie w tym samym czasie prace nad przygotowaniem tekstologii rozpoczął drugi zespół z Kijowa. Fakt, że archiwum nie dawało możliwości wypożyczenia zabytku na zewnątrz – co należy podkreślić, mówimy o zabytkach unikatowych – powodował, że każdy badacz miał do niego dostęp.
W kazusie kaliskim nie mówimy o liczących setki stron manuskryptach, których opracowanie zajęło cztery lata, ale o pierścieniach. Ile może trwać „krytyka zewnętrzna pierścienia”? Czy rzeczywiście nie można jej przeprowadzić w muzeum? Jak słusznie zauważył dr Kędzierski, nie jestem archeologiem, ale współpracuję z nimi i konsultuję ustalenia. Uczyniłem tak i w przypadku tekstu zgłoszonego do „Roczników Historycznych”. Ich uwagi i dbałość o precyzję słownictwa i terminów była nieoceniona. Oni również zachęcili mnie do opublikowania tekstu o Gollumie, uznając zaistniałą sytuację za niezrozumiałą. Każdorazowo zresztą dziękuję za konsultacje w przypisie, o czym dr Kędzierski by wiedział, gdyby zapoznał się z moim dorobkiem. Prace humanisty wymagają kreatywności i szerokiego podejścia do tematu. Trzeba również być świadomym własnych ograniczeń, z czego, wbrew temu, co sugeruje w tekście dr Kędzierski, doskonale sobie zdaję sprawę. Ale czy to oznacza, że historyk nie powinien pisać o pierścieniach czy też pieczęciach?
Powracam zatem do pytania systemowego: co zadecydowało, że dyrektor Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej Marcin Magdziński zdecydował się na wypożyczenie pierścieni, uznając, że muzeum nie jest wystarczająco przygotowane do działań zaplanowanych przez dr. Adama Kędzierskiego? Czy podejmując decyzję o wypożyczeniu zabytku do Kaliskiego Stanowiska Archeologicznego IAiE PAN dyrektor kierował się duchem art. 2 ustawy o muzeach? Dr Kędzierski pisze, że zespół zabytków przekazano do zbiorów muzeum m.in. po to, by przygotować wystawę stałą, której otwarcie zaplanowano na koniec 2026 r. Tymczasem niespełna siedem miesięcy po decyzji konserwatora z 21 października 2025 r. zabytki wypożyczono ponownie Kaliskiemu Stanowisku Archeologicznemu aż do 30 listopada, czyli niemal do otwarcia wystawy. Muzeum uzależniło przy tym mój dostęp od „zakończenia badań” przez dr. Kędzierskiego, choć harmonogramu badań nie ustalono. Trudno więc uznać to za „jedynie przesunięcie w czasie”, skoro nie wiadomo, kiedy miałoby ono się skończyć. Czy unikatowe zabytki powinny być traktowane w ten sam sposób, jak te bardziej powszechnie występujące? To te pytania towarzyszyły mi, gdy pisałem artykuł. Nie utożsamiałem dr. Kędzierskiego z Gollumem. Takie porównanie byłoby możliwe tylko w momencie, gdyby był on szarą eminencją w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej.
Oba artykuły, mój i dr. Kędzierskiego, pokazują, że mamy zgoła odmienne podejścia do badań. Ja hołduję otwartej nauce, której rozwój zapewnia dyskusja naukowa i dostępność. Mój adwersarz z kolei swoje stanowisko wyraził wprost: weryfikacja ma być „późniejsza”, a dyskusja ma się toczyć „po przedstawieniu wyników”. Z takim rozumieniem otwartości się nie zgadzam, bo weryfikowalność traci sens, gdy dostęp do źródła zależy od zgody tego, czyje ustalenia mają być zweryfikowane. Zaproszenie na grudniową wystawę przyjmuję z wdzięcznością, ale obejrzenie zabytku w gablocie nie jest dostępem do celów naukowych, o którym mówi ustawa o muzeach.
Na koniec drobna uwaga. Rzeczywiście w 2020 r. brałem pod rozwagę inne rozwiązanie niż Maria Dobroniega, ale analiza epigraficzna, odnaleziona złota analogia dla pierścienia Słuszkowskiego, z analogicznym napisem, dwie pieczęcie żony Kazimierza Odnowiciela odnalezione w obwodzie kijowskim, przegląd analogii bizantyńskich, źródła pisane i inne przesłanki zdecydowały o tym, że zmieniłem zdanie na ten temat. Zmiana opinii pod wpływem argumentów nie jest zresztą wadą, lecz istotą pracy naukowej. W artykule pisałem, że właścicielką obrączki była „prawdopodobnie” Maria Dobroniega, a zatem nie o fakcie przesądzonym; sam dr Kędzierski uznaje tę hipotezę za „zasługującą na dyskusję”. O tym, co dokładnie udało mi się ustalić, drogi czytelniku, już niedługo, bo w grudniu 2026, będziesz mógł przeczytać w „Rocznikach Historycznych”.
Adrian Jusupović, Instytut Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk