logo
FA 9/2026 informacje i komentarze

Adrian Jusupović

Przegrywamy przez zaniechanie

Walka o integralność badań, nauki i parametryzacji w czasach niepewnych


Przegrywamy przez zaniechanie 1

W czwartym roku pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej polskie wydawnictwo uniwersyteckie opublikowało monografię o dziejach Rosji, w której kluczowa mapa bitwy pochodzi z encyklopedii internetowej Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, bez krytycznego podejścia do prezentowanego materiału. Nie twierdzę, że ktokolwiek uczynił to świadomie. Stwierdzam, że nikt tego nie sprawdził i że system, w którym pracujemy, nie przewiduje momentu, kiedy ktokolwiek miałby to sprawdzić.

Mowa o książce Nataszy Duraj Walka o integralność terytorialną Rusi i Rosji. Aspekty polityczne, gospodarcze i społeczne (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2025). Autorka jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ. Praca została zakwalifikowana przez wydawnictwo jako ekonomiczna, choć ekonomii dotyczą w niej może dwie strony. Na recenzentów wydawniczych wyznaczono – jak wynika ze strony redakcyjnej i z ich dorobku – specjalistę z zakresu nauk o polityce i nauk prawnych oraz badacza zajmującego się bezpieczeństwem i administracją. Żaden z nich nie zajmuje się dziejami Rusi. Książka ukazała się w otwartym dostępie, na licencji Creative Commons (CC BY-NC-ND 4.0), z numerem DOI – może być bezpłatnie kopiowana i rozpowszechniana w celach niekomercyjnych.

Piszę o niej nie dlatego, że jest zła. Piszę dlatego, że jej powstanie i publikacja pokazuje mechanizm, w którym parametryczna ocena nauki spotyka się z wojną informacyjną i przegrywa z powodu zaniechania.

Metoda: lektura zamiast źródła

Cel pracy sformułowano następująco: „Zasadniczym celem monografii jest przedstawienie procesów integracji obszarowej, gospodarczej i społecznej państwa rosyjskiego”, a zadanie to „zrealizowano za pomocą krytycznej analizy literatury przedmiotu przede wszystkim w języku rosyjskim, które uzupełniono o pozycje literaturowe w języku polskim i francuskim”. Jedyną metodą badawczą pracy o dziejach Rusi (celowo unikam terminu Rosja, jako pojęcia węższego znaczeniowo) do XVII w. jest lektura książek – i to książek dobranych według kryterium językowego. Nie ma tu mowy o krytyce przekazu, o ustaleniu podstawy rękopiśmiennej, o chronologii latopisarskiej, o niczym, co stanowi elementarz warsztatu historyka.

Skutki widać od razu. Bibliografia dzieli się na literaturę polsko-, rosyjsko– i francuskojęzyczną oraz źródła internetowe; nie ma w niej ani jednej ukraińskojęzycznej pracy historycznej (jedyna pozycja w tym języku to opracowanie geologiczne W. Kyryluka zaliczone do literatury rosyjskojęzycznej), ani jednej angielskiej, ani jednej niemieckiej. Monografia o dziejach Rusi wydana w Polsce w 2025 r. nie odnotowuje zatem współczesnej ukraińskiej historiografii poza rosyjskojęzycznymi pracami Petra Tołoczki z lat 1980–1990; nie ma w niej ani Oleksija Tołoczki, ani Leontija Wojtowycza, ani całego dorobku, wobec którego toczy się dzisiejsza dyskusja o dziedzictwie Rusi. Nie ma też literatury zachodniej (Simona Franklina i Jonathana Sheparda, Donalda Ostrowskiego) ani polskich specjalistów: Andrzej Poppe reprezentowany jest jednym artykułem z 1964 r., Dariusza Dąbrowskiego nie ma wcale.

Równie wymowny jest sposób korzystania z edycji źródłowych. Połnoje sobranije russkich letopisiej pojawia się w przypisach wielokrotnie, najczęściej jako sam numer tomu i strony, bez opisu bibliograficznego. Tam zaś, gdzie opis jest pełny, bywa błędny: tytuł tomu I wydania z 1846 r. (Лаврентьевская и Троицкая летописи) doklejono do tomów 4, 5 i 11 oraz 7 i 22, a Latopis Nikonowski, do którego Autorka się odwołuje, wydany został w tomach 9–14. Wszystko wskazuje na to, że Autorka nie korzystała z tych tomów bezpośrednio, opis bibliograficzny pochodzi najpewniej z jednego miejsca, a numery tomów i stron z drugiego. Przypis pełni tu funkcję graficznego wyznacznika tekstu naukowego, nie świadectwa pracy ze źródłem. Aneks źródłowy jest zaś przedrukiem siedmiu fragmentów z dwóch polskich antologii z 1971 i 1987 r. razem z ich przypisami.

Narracja przyjeżdża razem z bibliografią

To, co w tej bibliografii zostało, jest zestawem osobliwym. Podstawę rozważań o periodyzacji stanowią prace Siergieja Sołowiowa z 1847 i 1874 r., Nikołaja Chlebnikowa z 1872 r., Michaiła Władimirskiego-Budanowa z 1915 r. i Aleksieja Szachmatowa z 1915 i 1919 r., referowane w czasie teraźniejszym – „Odmiennego zdania (…) jest M.F. Władimirski-Budanow. Uważa on…” – jak gdyby spór o genezę państwa ruskiego zamarł w roku 1919. Warstwę faktograficzną trzech kolejnych rozdziałów niosą trzy pozycje: Borysa Griekowa Walka Rusi o stworzenie własnego państwa (Warszawa 1951), Griekowa i Aleksandra Jakubowskiego Złota Orda i jej upadek (Warszawa 1953) oraz Borysa Rybakowa Pierwsze wieki historii Rusi (Warszawa 1983) – dwie prace stalinowskie i jedna z czasów Breżniewa. Wraz z nimi do książki z 2025 r. wchodzi ich aparat pojęciowy: „ustrój wspólnoty pierwotnej”, „rozpad ustroju rodowego”, „panowie feudalni” czy też „rząd grecki” (dla Bizancjum X w.).

Poważniejszy jest inny składnik. W przypisie 12. na s. 19., w wykazie literatury do „ustroju wspólnoty pierwotnej” obok antropologów akademickich wymienieni zostali Jurij Pietuchow, Walerij Diomin i Aleksandr Abraszkin. Ich publikacje nie są pracami naukowymi i nie jest to kwestia opinii, piśmiennictwo Pietuchowa i Diomina stanowi w literaturze przedmiotu klasyczny materiał ilustracyjny dla rosyjskiej „metahistorii” radykalnie nacjonalistycznej – mitu hiperborejskiego i „prarusów” jako protoplastów rasy białej i pokrewnych konstrukcji o rodowodzie okultystycznym; opisał je szczegółowo Wiktor Shnirelman (Hyperborea: The Arctic Myth of the Contemporary Russian Radical Nationalists, „Journal of Ethnology and Folkloristics” 8, 2014, 2). Czytelnik, który zaufa temu przypisowi, zostanie skierowany prosto w kryptohistorię. Konsekwencje widać w tekście głównym: przodkowie Słowian zajmują „od niepamiętnych czasów” większą część Niziny Wschodnioeuropejskiej, by w epoce kamiennej ruszyć na Karelię, przedgórza Uralu i Syberię Zachodnią. To nawet nie autochtonizm w postaci czystej, który był koncepcją spójną, to pseudonauka.

Ta sama logika organizuje całość. Znaleziska trypolskie „unaoczniając nam, w jaki sposób rozwijała się i rozkwitała kultura przodków państwa kijowskiego i narodu rosyjskiego” – neolityczni rolnicy sprzed ponad pięciu tysięcy lat zostają ogłoszeni przodkami Rosjan. Wyrażenie „państwo rosyjskie” pojawia się w różnych formach fleksyjnych blisko czterdzieści razy i stosowane jest bez rozróżnienia do Rusi Kijowskiej IX–XI w., Rusi Włodzimierskiej, Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Słowo „Ukraina” pojawia się w tekście i przypisach pięć razy: dwukrotnie jako współrzędna geograficzna, trzykrotnie w tytułach cytowanych prac, a „Białoruś” ani razu; Białorusini i Ukraińcy występują jedynie w wyliczeniu narodów wschodniosłowiańskich. Genealogia jest więc jednotorowa i biegnie od Trypola przez Kijów do Moskwy.

Za nią idzie język. Moskiewskie pretensje do ziem Rzeczypospolitej opisano dwukrotnie i bez cudzysłowu jako „rewindykację ruskich terenów Korony i Litwy”, czyli jako odzyskanie tego, co się prawnie należy. Podbój chanatu syberyjskiego znalazł się w podrozdziale Rosyjskie odkrycia geograficzne w XVI i XVII w. Na s. 24 Autorka pisze o badaniach prowadzonych „przed wybuchem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, objaśniając ten termin polskiemu czytelnikowi we własnym przypisie jako neutralny fakt kalendarzowy: „trwała od 1941 do 1945 r.” – w oderwaniu od tego, co działo się w latach 1939–1941.

Tę samą wymowę ma materiał ilustracyjny, którego weryfikacja zajmuje kwadrans. Na dwadzieścia pięć ilustracji ani jedna nie pochodzi z publikacji naukowej, sprawozdania archeologicznego czy atlasu historycznego. Dwie zaczerpnięto z Zintegrowanej Platformy Edukacyjnej, czyli z materiału dla szkół, pozostałe – z jednym wyjątkiem (ukraiński portal segodnya.ua) – z rosyjskich stron popularnych i publicystycznych: mapę kultury trypolskiej z serwisu rozrywkowego pikabu.ru, klasztor kijowsko-pieczerski z narodowo-prawosławnego ruskline.ru, portrety Iwana Kality i Dymitra Dońskiego z wojskowo-patriotycznego topwar.ru. Mapa trzech faz bitwy na Kulikowym Polu pochodzi z domeny энциклопедия.минобороны.рф, czyli strony Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej.

Rejestr błędów

Wszystko to nie znaczy, że książka jest jedynie tendencyjna. Jest także, po prostu, niemerytoryczna. Kultura trypolska datowana jest w całym rozdziale pierwszym i w zakończeniu na „III i II w. p.n.e.”, choć na s. 22 mowa o „III i II tysiącleciu p.n.e.”. Błąd powtórzony pięciokrotnie przesuwa ją o blisko trzy tysiąclecia, do czasów wojen punickich, gdy tymczasem kompleks kukutenińsko-trypolski datuje się dziś na okres około 5000–3000 lat przed Chrystusem. Przeliczanie dat z ery bizantyjskiej opiera się na jednym stałym odjemniku 5508, co unieważnia każdą datę wyliczaną w książce z lat od stworzenia świata. Włodzimierz sprowadza w 988 r. bazylianów, czyli zakon powstały w 1617 r. Konstantyn VII Porfirogeneta występuje dwukrotnie w jednym przypisie jako „Konstantyn VI”. Jaropełk Izjasławicz, zmarły w 1086 r., wznosi sobór Archanioła Michała w 1118 r. Mnich Nestor, urodzony według przypisu Autorki około 1057 r., pisze historię Rusi za panowania Jarosława Mądrego, zmarłego w 1054 r. Igor Światosławicz panuje „w latach 1135–1202”, choć w aneksie tej samej książki podano poprawne daty życia: 1151–1202. Riazań zostaje zdobyty 21 grudnia 1237 r. i pada 23 grudnia – w dwóch następujących po sobie zdaniach.

Sprzeczności nie są przy tym potknięciami korektorskimi, lecz skutkiem kompilowania niezgodnych ze sobą opracowań. Wprowadzenie informuje o Chazarach „nacierających od wschodu” na państwo staroruskie „od samego początku swego istnienia”, rozdział pierwszy – o rozgromieniu kaganatu przez Światosława w 965 r. Na s. 11 Ruś zostaje „zniewolona” przez Mongołów na ponad dwa stulecia, na s. 79 zachowuje „status autonomicznego państwa, związanego zależnością wasalną”. Siły Dymitra Dońskiego liczą w tekście 150 tys. ludzi, a w legendzie ilustracji 4.4 – 50–60 tys. Na pytanie, czy Ruś była zniewolona, czy autonomiczna, monografia o suwerenności powinna odpowiedzieć w pierwszej kolejności, jednak na podstawie tej książki nie sposób tego ustalić.

Gdzie zawiodła procedura

Standardem jest recenzowanie prac naukowych przez co najmniej dwie osoby będące specjalistami w danym temacie. Warunek liczbowy został tu spełniony, lecz warunek merytoryczny – nie. Nie kwestionuję kompetencji obu recenzentów w politologii, prawie czy naukach o bezpieczeństwie. Stwierdzam, że ocena monografii o dziejach Rusi opartej na latopisarstwie i wymagającej znajomości źródłoznawstwa cyrylicznego w tych kompetencjach się nie mieści, a błędy w rodzaju bazylianów z 988 r. czy Riazania zdobywanego dwa razy wyłapałby pierwszy napotkany mediewista w ciągu jednego popołudnia.

Nie rozstrzygam też, czy import cudzej narracji politycznej był zamierzony. Dla skutku jest to obojętne. Czytelnik – także zagraniczny – który trafi na tę pozycję przez wyszukiwarkę i zaufa afiliacji uniwersyteckiej, otrzyma podaną z autorytetem polskiej instytucji naukowej wykładnię, w której Ruś jest wczesną fazą Rosji, Trypolanie przodkami Rosjan, ekspansja moskiewska rewindykacją, a II wojna światowa Wielką Wojną Ojczyźnianą, trwającą od 1941 do 1945. Instytucje odpowiadają za skutki tego, co firmują, nie za swoje intencje i właśnie dlatego istnieje procedura recenzji wydawniczej.

Czego nie może ministerstwo

Tu dochodzimy do sprawy, która wykracza poza jedną książkę. Załóżmy, że opisana wyżej publikacja zostanie zgłoszona do ewaluacji jakości działalności naukowej. Co może z nią zrobić system? W zasadzie nic. Monografia liczy się w ewaluacji według punktacji przypisanej nie jej samej, lecz wydawnictwu, w którym się ukazała. Wydawnictwo uniwersyteckie znajduje się w ministerialnym wykazie wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe, a to oznacza 80 punktów (100 w naukach humanistycznych i społecznych) albo – w wąskiej grupie wydawców z poziomu drugiego – 200. Nowe rozporządzenie ministra nauki i szkolnictwa wyższego z 30 kwietnia 2026 r., które weszło w życie 27 maja i posłuży ewaluacji za lata 2026–2030, zmienia tu mniej, niż się wydaje. Wykaz będzie budowany od nowa i podzielony na trzy, a nie dwa progi punktowe (80, 140 i 200 pkt), projekty list przygotuje Komisja Ewaluacji Nauki po zasięgnięciu opinii komitetów naukowych PAN, a uzasadnienia rozstrzygnięć będą publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej.

Zwróćmy jednak uwagę na to, czego te przepisy dotyczą. Kryterium wejścia na pierwszą listę jest stosowanie zasad etyki publikacyjnej zgodnych z wytycznymi Komitetu do spraw Etyki Publikacyjnej oraz posiadanie ustalonej procedury recenzji naukowej. Na drugą listę wchodzą wydawnictwa, które dodatkowo publikują monografie wnoszące istotny wkład w rozwój krajowej nauki i prowadzą odpowiednią politykę wydawniczą. Wszystkie te kryteria są instytucjonalne. Ocenia się, czy wydawca ma procedurę, nie to, czy stosowana jest zgodnie z duchem aktów wyższego i niższego rządu. Przykład pracy Nataszy Duraj może być klasycznym przykładem jak ominąć regulacje: wystarczy napisać pracę spoza swojej dyscypliny, a recenzentów dobrać z pokrewnych swojej, w ten sposób nie angażuje się specjalistów, którzy nie daj Boże daliby negatywne recenzje wydawnicze. Nowe przepisy dały wprawdzie KEN prawo obniżenia punktacji lub usunięcia z wykazu podmiotu stosującego nieuczciwe praktyki publikacyjne, ale to narzędzie tępe i zbiorowe: uderza w cały dorobek wydawnictwa i w setki autorów, którzy z daną książką nie mieli nic wspólnego. Procedury pozwalającej odmówić punktów jednej publikacji, która procedurę recenzyjną przeszła formalnie, a merytorycznie nie, po prostu nie ma.

Paradoks całości najlepiej widać w jednym miejscu. Monografia wydana poza wykazem otrzymuje ryczałtowo 20 punktów, ale można ją zgłosić do oceny eksperckiej Komisji Ewaluacji Nauki i po pozytywnej ocenie uzyskać 80. Innymi słowy: książka opublikowana przez małe wydawnictwo z pominięciem wykazu zostanie przez eksperta przeczytana. Książka opublikowana pod marką uniwersytetu zostanie policzona i nikt jej nie przeczyta ani przed drukiem, ani po nim. Ocena ekspercka jest w systemie obecna, ale zarezerwowano ją dla niewielkiej liczby publikacji.

Czy system ekspercki byłby lepszy?

Nie jestem zwolennikiem wykazów wydawnictw i czasopism. Zdecydowanie lepsza jest ocena ekspercka. Swoje zdanie wyraziłem zresztą w 2024 r. w artykule Ewaluacja po litewsku opublikowanym w „Forum Akademickim”. Parametryzacja oparta wyłącznie na miejscu, w którym publikacja została opublikowana, nie jest projakościowa i jest bezradna wobec przypadku pracy Nataszy Duraj. Punkty przyznane za wydawcę nie odróżniają monografii od kompilacji, pracy naukowej od pseudonaukowej.

Wyobraźmy sobie zatem rozwiązanie minimalne. Po pierwsze, losowa próba: kilka procent monografii zgłoszonych do ewaluacji w danej dyscyplinie trafia do dwóch recenzentów wskazanych przez Komisję Ewaluacji Nauki lub komitet naukowy PAN właściwy dla przedmiotu pracy, nie dla dyscypliny, do której pracę przypisał wydawca. Po drugie, ocena dotyczy publikacji, nie wydawcy: negatywna opinia oznacza zero punktów dla tego osiągnięcia w ewaluacji podmiotu, bez karania pozostałych autorów. Po trzecie, tryb wnioskowy: udokumentowany sygnał ze środowiska – a recenzja naukowa jest właśnie takim sygnałem – uruchamia postępowanie wyjaśniające, którego dzisiaj nie ma gdzie złożyć. Po czwarte, jawność uzasadnień, którą nowe rozporządzenie już wprowadza dla wykazów; nie ma powodu, by nie objęła ocen jednostkowych.

Znam kontrargumenty. Koszt: ocena ekspercka jest droga i czasochłonna. Odpowiadam, że próba losowa nie wymaga czytania wszystkiego, wystarczy, by prawdopodobieństwo przeczytania przestało być zerowe, a filtr recenzji wydawniczej odzyska realną funkcję. Ryzyko arbitralności i cenzury: recenzent nie powinien oceniać tez, lecz warsztat – podstawę źródłową, aktualność literatury, wiarygodność materiału ilustracyjnego, spójność wewnętrzną. Wszystkie zarzuty postawione wyżej książce Nataszy Duraj są zarzutami warsztatowymi i wszystkie są sprawdzalne. Pamiętajmy, że wiele prac i tak jest recenzowanych w czasopismach naukowych. Negatywna recenzja powinna wywołać zapalenie się czerwonego światła w instytucji i decyzję, czy dana praca powinna być zgłoszona przez nią podczas ewaluacji. Tutaj dochodzimy do jeszcze jednej kwestii: dużo trudniej napisać, przynajmniej w humanistyce, dobrą książkę naukową niż artykuł. Ta pierwsza z automatu powinna wypełnić wszystkie sloty i to nie 100 punktami, lecz co najmniej 300, a w przypadku gdy jest napisana w języku pozwalającym na umiędzynarodowienie badań, nawet 600 punktami i więcej. Powyższe argumenty przemawiają również za tym, aby pracę recenzencką w ewaluacji uwzględniać, a nie za tym, by z niej rezygnować.

Jak budować autorytet publikacji w Polsce

W systemie, w którym o pozycji uczonego i jednostki decyduje liczba punktów, a nie treść tego, co napisał, monografia wydana w wydawnictwie uniwersyteckim jest jednostką rozliczeniową. Nie ma znaczenia, czy ktokolwiek ją przeczyta i czy da się z niej czegoś dowiedzieć; ma znaczenie, że jest, że ma ISBN i DOI, że można ją wpisać w sprawozdanie. Recenzja wydawnicza przestaje w takim układzie być filtrem jakości, a staje się formalnością do odhaczenia, zaś w skrajnym przypadku sprowadza się do szukania kogoś, kto nie będzie robił trudności. Nie przypisuję takich intencji recenzentom omawianej książki, opisuję mechanizm, który na nie pozwala.

W czasie pokoju kosztem takiego układu jest zapchanie bibliotek książkami, których nikt nie czyta. W czasie wojny koszt jest inny. Rosyjska polityka historyczna nie potrzebuje w Polsce agentów wpływu, wystarczy jej, że gdzieś w łańcuchu – od doboru literatury, przez przypis, po podpis pod ilustracją – nikt nie zapyta, skąd to pochodzi. Otwarty dostęp i licencja Creative Commons, same w sobie wartościowe, dopełniają reszty: tekst wchodzi do obiegu międzynarodowego z autorytetem polskiej instytucji naukowej i z prawem do dalszego niekomercyjnego kopiowania.

Na Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego ciąży dziś obowiązek wyjaśnienia, jak ta książka przeszła przez procedurę wydawniczą. Ale nie łudźmy się, że to wyjaśnienie zamknie sprawę. Dopóki jedynym narzędziem jakościowym, jakim dysponuje ministerstwo, pozostaje punktacja przypisana wydawcy, dopóty o tym, co firmuje polska nauka, będzie decydować przypadek i dobra wola pojedynczych ludzi. Tę bitwę przegrywamy przez zaniechanie, a nie przez atak. A zaniechanie jest jedyną rzeczą, którą w tym systemie da się naprawić bez dodatkowych pieniędzy.

Adrian Jusupović, Instytut Historii PAN

Wróć