Robert Pawłowski

Fot. PSRP
Wkrótce po upadku w Polsce komunizmu powstała ustawa o szkolnictwie wyższym z 12 września 1990 roku, która przewidywała powstanie ogólnokrajowej reprezentacji studentów.
Pierwsza próba stworzenia takiej organizacji pod nazwą Ogólnopolskie Porozumienie Samorządów Studenckich była zupełnie nieudana. Za publiczne pieniądze w ciągu niecałych 5 lat zorganizowano 22 wydarzenia nazywane „Zjazdami OPSS”. Właściwie sama ta absurdalna liczba jest wystarczającym komentarzem do oceny tamtej próby – to chyba jakiś światowy rekord nieefektywności spotkań i trwonienia pieniędzy podatników. Natomiast o przebiegu samych „zjazdów” najwięcej mówi jeden z symboli graficznych OPSS, na którym zostali umieszczeni studenci kłócący się przy stole. I proszę sobie wyobrazić, że oni ten symbol umieścili na swoich wizytówkach. Pewnie myśleli, że to jest takie autoironiczne, ale jeżeli ktoś znał „wyczyny” tej organizacji, to mógł mieć tylko gorzkie refleksje.
Największy wpływ na tamtą organizację miały osoby urodzone w latach 1961-1969, czyli tak zwani „wieczni studenci”, studiujący np. przez 7 lat na jednym kierunku albo przez 11 na kilku. Dzisiaj to zjawisko jest zupełnie marginalne, wtedy było dość powszechne. Osoby powyżej 30 lat w rozgardiaszu, który same wytworzyły i w walce o stanowiska czuły się jak ryby w wodzie. A przecież to było równie niedorzeczne jak radość licealistów z wygrania meczu piłkarskiego, w którym rywalami były dzieci objęte nauczaniem początkowym.
Kiedy pojawiłem się w OPSS po raz pierwszy, a byłem od innych delegatów nawet 10 lat młodszy, to „starszyzna” skierowała mnie do komisji mandatowej, która sprawdzała kto właściwie przyjechał na zjazd. To był jeden z takich niepozornych epizodów historii organizacji, który przyczynił się do jej ostatecznego krachu. Gdy zobaczyłem, co się w tej komisji dzieje, zrozumiałem, że tej organizacji nie można zreformować i trzeba ją zlikwidować, a w to miejsce stworzyć coś zupełnie nowego. Tam nie przestrzegano żadnych procedur. Połowę mandatów można było bez problemu unieważnić, bo ludzie albo nie mieli ważnej legitymacji, albo przyjechali nie wiadomo na jakiej podstawie, albo nie wiedzieli, ilu studentów ma uczelnia, którą chcą reprezentować. A skoro to nie jest oczywiste, to nie wiadomo, ile głosów przysługuje jej reprezentantowi. Panował straszny bałagan, a ponieważ funkcjonowały dwa wielkie „stronnictwa”, umowna koalicja i opozycja, to zawierano pakt: wy nam przymkniecie oko na trzydzieści niepewnych mandatów, my wam na trzydzieści i jakoś to będzie.
Jedyne co było w miarę dobrze zorganizowane na tych „zjazdach” to program integracyjno-rozrywkowy, który czasami wygrywał z oficjalnymi obradami. Pamiętam zjazd w Augustowie, w którym doszliśmy do pewnego punktu obrad, ale z harmonogramu dnia wynikało, że teraz jest pora na rejs po jeziorze. Idziemy więc nad jezioro, a za nami biegnie student ówczesnej Akademii Pedagogicznej w Krakowie, który był przewodniczącym zjazdu i krzyczy, że nie zrealizowaliśmy jeszcze bardzo ważnych punktów porządku obrad. Powstał pomysł, żeby w tej sytuacji przegłosować, co robić dalej. I na plaży rozegrała się zupełnie surrealistyczna scena. Ludzie stojący na piachu – jedni w klapkach i spodenkach, inni w garniturach – głosowali czy wejść na statek, czy wrócić na obrady. Oczywiście wygrał rejs.
Jedynym szczęściem tej organizacji było to, że działała w świecie przedsmartfonowym i nikt nie nagrał niedorzecznych obrad, które się tam odbywały.
W roku 1995 wziąłem udział w drugiej, tym razem udanej próbie powołania reprezentacji polskich studentów. Aby odciąć się od niechlubnej historii, nazwaliśmy ją Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.
Przejście od OPSS do PSRP wiązało się ze zmianą pokoleniową, ale nie taką definitywną. Po stronie Parlamentu opowiedziała się grupa bardzo inteligentnych osób, które wewnątrz OPSS były opozycją, próbowały walczyć o zmianę charakteru tej organizacji, ale w końcu, podobnie jak młodzi samorządowcy z całej Polski, uznali, że najlepiej będzie całą historię napisać od początku. Z tej starszej ekipy zapamiętałem Marka Kisilowskiego z Politechniki Warszawskiej, Radosława Suchnera z ówczesnej Akademii Medycznej (obecnego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego), Tomasza Zalewskiego z fili UW w Białymstoku (obecnie to samodzielny Uniwersytet w Białymstoku), Ryszarda Kowalskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bardzo sprawnymi organizatorami i siłą napędową „nowego otwarcia” byli też studenci z Uniwersytetu Warszawskiego: Robert Kaleta, Sławomir Sokołowski i Konrad Gutkowski.
Wśród tych młodszych, którzy budowali organizację „od zera”, zapamiętałem Dariusza Szostka i Marka Nowaka z Uniwersytetu Śląskiego, Mateusza Matysiewicza i Alicję Sygułę z ówczesnej Akademii Ekonomicznej w Katowicach, Janusza Krućkę z Politechniki Białostockiej, Marka Oszczypałę z ówczesnej Akademii Rolniczej w Lublinie, Marka Ślaskiego z Politechniki Koszalińskiej, Jacka Zielińskiego z ówczesnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie, Witolda Borowskiego i Maćka Wicherka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z pewnością wyciągając z pamięci nazwiska sprzed ponad trzydziestu lat wielu pominąłem…
Istota zmiany nie polegała jednak na zmianie pokoleniowej, ale na zupełnie innych celach organizacji. Pierwszymi, sztandarowymi postulatami Parlamentu Studentów RP były: zwolnienie studentów z obowiązku odprowadzania składki ZUS od umów zleceń i umów agencyjnych oraz zmiana systemu stypendialnego, który był kuriozalny. Świadczenia nakładały się na siebie – była na przykład dopłata do akademika, która pokrywała się ze stypendium socjalnym, ale była w rozporządzeniu opisana innymi słowami. Szybka realizacja obu wyjściowych postulatów sprawiła, że Parlament stał się rozpoznawalny. Zauważyły nas media, spotykaliśmy się z ministrami, szefami klubów parlamentarnych i prezydentem Lechem Wałęsą. Mogliśmy walczyć o ważne rzeczy, bo mieliśmy poparcie studentów spoza organów samorządowych, co pozwalało trzymać w pogotowiu tak zwany „pistolet strajkowy”. Mieliśmy możliwość organizowania protestów, gdyby nasze żądania zostały zignorowane. Kilka studenckich protestów nawet się odbyło, na przykład w Krakowie i na Akademii Muzycznej we Wrocławiu. W tym czasie działaliśmy trochę na kształt „związku zawodowego studentów”, nie baliśmy się konfrontacji z ministerstwem odpowiedzialnym za szkolnictwo wyższe.
Jak to zwykle bywa w historii, po rewolucji przychodzi kontrrewolucja. „Wieczni studenci” i ich zwolennicy zorientowali się, że w nowych strukturach nie będą mieli dużego udziału. W tej sytuacji stwierdzili, że podniosą upadły sztandar i będą dalej funkcjonować pod nazwą OPSS.
Dla odróżnieni od starej organizacji, to co powstało w kontrze do Parlamentu Studentów możemy nazwać „OPSS-zombie”. W świetle prawa to coś działające w oparciu o dawny statut już nie istniało, ale jeszcze przez kilka miesięcy funkcjonowało zachowując pozory „żywej” organizacji. Wtedy bardzo brzydko zachowali się przedstawiciele ministerstwa odpowiedzialnego za szkolnictwo wyższe, którzy postanowili wykorzystać spór wśród przedstawicieli samorządów studenckich do załatwienia swoich interesów. Stwierdzili, że „studenci się nie dogadali”, a zatem nie wiadomo, która organizacja powinna działać oficjalnie. W tej sytuacji postanowili nie uznawać postulatów ani finansować żadnej z nich. Tej gry urzędników z ministerstwa nikt potem nie rozliczył, a kryły się za nią całkiem przyziemne interesy. Otóż część urzędników miała plan, żeby odebrać wszystkim państwowym uczelniom stołówki, kluby i akademiki, a potem oddać je w zarządzanie nowemu podmiotowi nazywanemu roboczo „agencją własności studenckiej skarbu państwa”. Plan był forsowany z wielkim zaangażowaniem, niespotykanym zwykle u biurokratów, więc wszyscy studenci, którzy już rozpoznawali podstawowe mechanizmy władzy, domyśli się, że grupa urzędników chce powołać instytucję obracającą ogromnymi środkami, a siebie obsadzić na kluczowych stanowiskach w jej władzach.
Będąc bojkotowanym przez ministerstwo, szybko musiałem znaleźć wyjście z patowej sytuacji i pozornej „podwójnej reprezentacji”. Skorzystałem ze statutowej możliwości i nie uzgadniając tego z nikim na początku października 1995 roku, jak tylko studenci wrócili na uczelnie, doprowadziłem do drugiego zjazdu PSRP w Warszawie. To był zjazd, który miał pokazać ideową stronę Parlamentu, a przy okazji doprowadzić do tak zwanego „policzenia szabel”. Na samym zjeździe PSRP nie było żadnych kłótni, żadnych głosowań, tylko omawianie spraw studenckich.
Jednak OPSS-zombie podjął wyzwanie i tego samego dnia, o tej samej godzinie zorganizował swój zjazd we Wrocławiu. To była rywalizacja na zasadzie „policzmy się” – każda strona starała się przyciągnąć na swoje spotkanie przedstawicieli jak największej liczby uczelni. Samorządy się podzieliły, a UJ jako jedyny wysłał dwie delegacje, żeby niezależnie od tego kto wygra, być po wygranej stronie. Przewaga PSRP była miażdżąca i wtedy doszło do wydarzenia, które właściwie zamknęło dyskusję o tym, kto reprezentuje polskich studentów – wszystkie uczelnie prywatne przeszły na stronę Parlamentu. Wielka była w tym zasługa Jerzego Maszało i Radosława Osa z Wyższej Szkoły Biznesu w Szczecinie, którzy pilnowali, żeby jednolity front szkół prywatnych przełożył się na sukces całej organizacji.
Aby zrozumieć dlaczego to wszystko było możliwe, trzeba wspomnieć o jeszcze jednym wstydliwym a w ostateczności zgubnym elemencie mentalności starych działaczy samorządowych. Otóż oni w zasadzie gardzili uczelniami prywatnymi. Uważali, że przewodniczący ogólnopolskiej organizacji powinien zawsze wywodzić się z dużego uniwersytetu, a pozostałe, małe uczelnie powinny siedzieć i słuchać studentów z „ważnych” uczelni.
Drugi, przez wielu zapomniany, zjazd PSRP z października 1995 roku przyniósł wspaniałe owoce. Ideę merytorycznego spotkania samorządów przekształciłem w listopadzie 1996 roku w 1. Krajową Konferencję Tematyczną PSRP w Międzyzdrojach. Pomysł się przyjął, a w tym roku w Kościelisku odbyła się już 30 odsłona tej inicjatywy (oficjalna nazwa: XXX Jubileuszowa Krajowa Konferencja PSRP; od 10 do 13 kwietnia 2025 roku).
Mimo, że po „dniu zjazdów równoległych” stało się już dla wszystkich czytelne, po której stronie stoi zdecydowana większość samorządów studenckich, nieżyczliwi nam ludzie z ministerstwa postanowili kontynuować swoją grę i podtrzymywali stanowisko, że są dwie reprezentacje, więc nie będą rozmawiać z żadną. Wtedy wymyśliliśmy w Parlamencie kolejny manewr, aby przełamać impas – ogłosiłem kolejny zjazd i razem z innymi członkami władz PSRP zrezygnowałem ze stanowiska. Otwarliśmy w ten sposób furtkę z napisem „Na razie nikt nie jest wygrany – jeszcze raz przegłosujmy, kto będzie szefem, a kto wejdzie do rady wykonawczej”. Przygotowaliśmy dla członków OPSS-zombie, ale tylko tych młodszych, ofertę nie do odrzucenia: jeżeli zdecydują się wejść w struktury PSRP, to my sami na nich zagłosujemy. W ten sposób do rady wykonawczej wprowadziliśmy osoby z Wrocławia i Szczecina, czyli ostatnich bastionów OPSS-zombie. Zjazd, który odbył się 11 listopada 1995 roku w Krakowie, nazwano „zjednoczeniowym”. Wszyscy zyskali szansę na honorowe wyjście z sytuacji. Ostatnie samorządy przechodzące na stronę PSRP nie miały poczucia kapitulacji. Od tego momentu jednolity charakter reprezentacji polskich studentów nie podlegał dyskusji.
Jeszcze przed zjazdem zjednoczeniowym z 1995 roku rozpoczęło obrady ciało nazywane „komisją wspólną ministerstwa i samorządów studenckich do spraw reformy systemu pomocy materialnej”. Z powodu postawy ministerstwa, o której wspomniałem wcześniej, nie można było jeszcze oficjalnie mówić, że interesy studentów reprezentuje Parlament, lecz w imię załatwienia najpilniejszych spraw tworzyliśmy wrażenie, że naprzeciwko urzędników siedzą przedstawiciele pojedynczych samorządów. Tak naprawdę były to władze statutowe PSRP. Wtedy po raz pierwszy wprowadziliśmy do debaty pomysł, żeby wydatki na odpłatne kształcenie odpisywać bezpośrednio od podatku. Ministerstwo na początku zareagowało oburzeniem, mówiąc, że to jest niepoważna propozycja, że coś takiego się nie mieści w polskim systemie podatkowym. Wkrótce jednak politycy spoza resortu szkolnictwa wyższego zrozumieli, że trzeba odpowiedzieć na masowe wówczas dążenia Polaków do uzyskania wyższego wykształcenia, którego nie były w stanie obsłużyć uczelnie publiczne. Wprowadzona do Ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych ulga z tytułu odpłatnego kształcenia w szkołach wyższych obowiązywała od 1 stycznia 1997 roku do 31 grudnia 2003 roku.
Intensywność naszych działań w latach 1995-1997 była zupełnie wyjątkowa. W pierwszym biurze Parlamentu Studentów RP na Warszawskiej Starówce (ul. Podwale 5) wciąż rodziły się nowe inicjatywy. Bardzo staraliśmy się, aby był to parlament studentów, a nie parlament studenckich działaczy samorządowych. Ciekawą inicjatywą z tego okresu, która potem niestety nie miała kontynuacji, było Forum Liderów Organizacji i Samorządów Studenckich. Zorganizowaliśmy spotkania z szefami AIESEC, AEGEE, młodzieżowych rad miejskich i innych podmiotów, aby pokazać im, co w danym momencie uznajemy za korzystne dla studentów i jak razem możemy o to walczyć. Jak to funkcjonuje, można było zobaczyć, gdy decydowała się wysokość stawki funkcjonującego w Polsce wówczas od niedawna podatku VAT. Liderzy poszczególnych organizacji docierali do posłów i innych decydentów, z którymi mieli dobre relacje, aby zapewnić jak najniższą stawkę podatku na rzeczy ważne dla studentów: książki, mapy, wydawnictwa muzyczne, czasopisma.
Dzisiaj trudno jest opowiadać o tamtych akcjach, gdy nie nakreśli się słuchaczom, jaka wtedy panowała mentalność. To były dziwne czasy, w których niektórym decydentom nie mieściło się w głowach zrównanie w prawach studentów płacących i niepłacących. Wiele naszych spotkań z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Leszkiem Kubickim, dotyczyło na przykład taktyki obalania uchwał samorządów terytorialnych, które wprowadzały dyskryminację studentów niestacjonarnych (nazywanych wówczas zaocznymi i wieczorowymi). Według wielu takich uchwał zniżki studenckie w komunikacji miejskiej miały dotyczyć tylko studentów dziennych (stacjonarnych), a pozostałych już nie.
To było moje pierwsze spotkanie z Parlamentem Studentów w latach 1995-1997.
Po raz drugi miałem okazję przyjrzeć się tej organizacji, gdy przewodniczący PSRP Przemysław Kowalski wykonał kolejny z wielkich manewrów, które ukształtowały tę organizację, czyli przestawił jej priorytety ze spraw socjalno-bytowo-podatkowych na jakość kształcenia i prawa studenta. Przez 9 lat, czyli w okresie 2004-2013, byłem pierwszym Rzecznikiem Praw Studenta. Wtedy niemal nigdzie nie było uczelnianych rzeczników praw studenta, więc wszelkie skargi spływały do mojego biura. Z tej perspektywy można było zobaczyć ciemną stronę studiów w Polsce: dramatyczną bezradność studentów w starciu z administracją uczelnianą, przypadki mobbingu, molestowania i dyskryminacji na uczelniach. Zgromadzony materiał pozwolił przygotować cztery raporty rzecznika o zakresie (nie)przestrzegania praw studenta. Ministerstwo czerpało z tych raportów pełnymi garściami i często przedstawiało moje wnioski jako własne pomysły, ale niech im będzie – ważne, że sporo spraw udało się załatwić. Uruchomiono przede wszystkim szkolenia z praw i obowiązków studenta na pierwszym roku studiów. Ostatecznie udało się dopiąć kwestie umów student-uczelnia. Wprowadzono to, co w raportach nazwałem „stypendium pierwszym”, czyli świadczenia motywacyjne dla studentów rozpoczynających kształcenie.
Kiedy kończyłem swoją misję w roli rzecznika praw studenta, założyłem organizację pozarządową, w której nadal zajmowałem się ochroną praw osób studiujących. Wydaliśmy kilka raportów watchdogowych, przekopaliśmy się przez wszystkie regulaminy stypendialne na uczelniach w Polsce. Na bazie naszych rekomendacji naprawiono wiele regulaminów uczelnianych i udało się zdefiniować cele przyszłych zmian ustawowych w obszarze bezzwrotnej pomocy materialnej dla studentów.
Robert Pawłowski jest prezesem Fundacji Fundusz Pomocy Studentom, był pierwszym przewodniczącym Parlamentu Studentów RP.