logo
FA 9/2024 felietony

Leszek Szaruga

Czy Zachód się zatraci?

Czy Zachód się zatraci? 1

Źródło: pixabay

Nie sądzę, by można było skompletować osądy zapowiadające „koniec Zachodu” bądź choćby tylko podające w wątpliwość jego żywotność – dość wspomnieć opublikowany w 1915 roku i niezwykle popularny Zmierzch Zachodu Oswalda Spenglera – przy czym sam termin „Zachód” w tym wypadku nie oznacza nazwy konkretnego obszaru globu, lecz odnosi się raczej do pewnego konstruktu intelektualnego, którego definicja jest zarazem oczywista i nie do końca pochwytna. Kolejnym przykładem takiego podejścia jest książka rumuńskiego historyka Luciana Boii Koniec Zachodu? opatrzona podtytułem W stronę jutrzejszego świata, która ukazała się niedawno nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w przekładzie Bogumiła Lufta, tłumacza mającego spore zasługi w przybliżaniu nam dorobku rumuńskiego piśmiennictwa.

W skrócie rzecz ujmując, za istotę zjawiska określanego mianem „Zachodu” uznać należy taką ewolucję społecznych relacji, która prowadzi do postępującej laicyzacji oraz liberalizacji i skupia się na możliwościach zapewnienia jednostce maksimum wolności, a zatem swobody w stosunkach z wszelkimi próbami narzucania podporządkowującego sobie te wolności reżimu, czego bodaj najbardziej wyrazistym manifestem stał się tekst Henry’ego Davida Thoreau O obywatelskim nieposłuszeństwie z roku 1849. Wszystkie tego rodzaju idee, podważające panujący czy to z boskiej, czy ludzkiej woli ład i zaburzające tym samym ustalony porządek rzeczy – jak choćby myśl społeczna polskich arian, wypędzonych z kraju, którzy wszakże, działając w Niderlandach wpłynęli na ukształtowanie Listu o tolerancji Johna Locke’a opublikowanego dokładnie sto lat przed wybuchem Rewolucji Francuskiej – budziły i wciąż budzą nieufność i niepokój każdej władzy zmierzającej do opanowania żywiołu życia publicznego i podporządkowana go bez reszty narzuconym prawom. Nie dziwiło zatem, gdy w komunizmie Zachód określano mianem „zgniłego”, nie dziwi i dzisiaj, gdy podobnymi epitetami obdarza się zachodnie demokracje.

Zastanawiając się nad przyczynami prowadzącymi do upadku cywilizacji, Jan Józef Szczepański w zbiorze reportaży Nasze nie nasze (1983) podkreślał: „Dawne kultury statyczne umierały lub upadały nagle z powodu nadmiernej jednorodności, z powodu niedostatku opcji, pobudzających proces poszukiwań i wyboru. Ta sama przyczyna może być zalążkiem klęski naszej, nowoczesnej cywilizacji”. Lecz nikt nie jest w stanie pochwycić tego momentu, w którym owa jednorodność staje się nadmierna. A nad tym właśnie zastanawia się w swym eseju Boia, dla którego zjawisko, jakim jest w dziejach ludzkości Zachód, wydaje się bardziej swego rodzaju osobliwością historyczną niż jakąś dziejową normą: „Przyszłość demokracji (…) – pisze – nie jest wcale pewna nawet na Zachodzie. Co jednak się wydarzy w świecie, w którym waga Zachodu i prestiż zachodniego modelu będą spadać? Czy demokracja będzie nieunikniona na pewnym poziomie rozwoju osiągniętym wcześniej na Zachodzie, ale do którego dojdą również pozostający z tyłu, czy też modelem czysto zachodnim, przyjętym przez jednych mniej lub bardziej formalnie, a przez innych w najmniejszym stopniu. Ostatnie obserwacje są gorzkie”.

Przewidywanie możliwych zmian jest niemal niemożliwe. O ile jeszcze w okolicach 1850 roku ludność planety wynosiła około 1,5 miliarda, teraz przekroczyła 8 miliardów, zaś w drugiej połowie stulecia ma przekroczyć 10. Przy tym narasta mobilność tej masy ludzkiej i narastać będzie. Zmienia się na naszych oczach system komunikacyjny, toniemy w morzu informacji, można nawet powiedzieć, że jest to najprawdopodobniej najbardziej produktywna informacyjnie cząstka naszej przestrzeni kosmicznej, zaś odróżnienie prawdy od fałszu w tym chaosie wydaje się coraz trudniejsze. Pomijam takie zjawiska jak globalizacja czy skutki ocieplenia – tu także trudno o zdiagnozowanie sytuacji. Podsumowując swe rozważania, pisze Boia: „Niczego nie wiemy o przyszłości (…). Niezaprzeczalne jest tylko zerwanie, bo już je stwierdzamy. Nie da się jedynie powiedzieć, jak bardzo się ono pogłębi. W jakiej mierze świat zachodni (lub europejski w szerokim sensie) oderwie się od własnej przeszłości, w jakiej mierze inne kultury go zmodyfikują lub przysłonią. Dokładnie wiemy, co możemy stracić, ale nie mamy najmniejszego pojęcia, co możemy zyskać (co niekoniecznie oznacza scenariusz negatywny; równie dobrze może się pojawić nowa synteza cywilizacji, nie gorsza lub nawet lepsza niż dzisiejsza)”.

Zdanie zapisane w nawiasie zasługuje na szczególną uwagę. Zachód bowiem ma skłonność oczekiwania raczej na Armagedon i zniszczenie niż na uwzględnianie perspektywy optymistycznej, otwierającej nowe możliwości. Apokalipsa zamykająca Księgę chrześcijan wydaje się pieczęcią zamykającą naszą egzystencję, choć przecież można ją odczytywać również jako zapowiedź transformacji. Co nie musi oznaczać kresu, lecz raczej nowe otwarcie, jak to, za sprawą którego renesans przyniósł ocalenie antyku i w ten sposób Zachód wykreował.

Wróć