Piotr Müldner-Nieckowski
Wielu doskonałych, wielkich, wybitnych artystów nigdy za życia nagród nie dostało, a jednak są i wielkimi, i wybitnymi malarzami, rzeźbiarzami, pisarzami. Nawet jeśli nikt tak o nich nigdy za życia nie powiedział, zwłaszcza w mediach. Dziś też między nami chodzi wielu olbrzymów (często niedużego wzrostu), o których nikt się nie upomni, mimo że wszyscy z ich pracy korzystamy w nie mniejszym stopniu niż z wyrobów szewców, krawców i piekarzy.
Upominający się o nazywanie z imienia i nazwiska artystów (nie mylić z aktorami, reżyserami i piosenkarzami) głos Stowarzyszenia Pisarzy Polskich milknie w natłoku newsów i fake newsów, aż do przesady politycznych, sensacyjnych i ulicznych. A ilu wspaniałych tak przepadło bez wieści, że i po śmierci także się nimi nie zajęto!
Wiele mówi klasyczny przypadek Cypriana Kamila Norwida, który – jak słusznie twierdzi wielu znawców i miłośników kultury – stał się czwartym wieszczem. Tak, stał się, dopiero po wieloletniej akcji Miriama (Zenona Przesmyckiego) i po trosze też Władysława Reymonta, a potem w wyniku uruchomionej po II wojnie światowej słusznej chwalby, wspomaganej przez trud naukowców-polonistów i obudzonych wielbicieli.
Ilu też artystów nigdy nie otrzymało żadnej nagrody, mimo że zgłaszali swoje dzieła do konkursów, że pisała o nich prasa i powstawały prace magisterskie, doktoraty, a nawet książki biograficzne, i to za ich życia.
Ostatnio zmarło wielu znanych pisarzy, byłem na ich pogrzebach i ze zdumieniem dowiadywałem się, że „właśnie” Prezydent Rzeczpospolitej nadał im jakieś odznaczenie. Pośmiertnie! Czytamy w Internecie niezliczone biogramy wciąż żywych urzędników, posłów, burmistrzów, handlowców i bankowców, którzy dostali po kilka odznaczeń, ale osoby, które tworzą dzieła kultury, tę podstawę polskiej więzi narodowej i językowej, w Polsce odznacza się rzadko i przeważnie przy okazji zgonu, na pokaz dla tłumu, a nie w nagrodę. Aby wpisać ich do wykazu zauważonych. Zmarli niestety już tego nie doświadczają, a żyjących to po prostu dziwi i smuci.
Tak to widzimy, skoro telewizja pokazuje sztuki teatralne, filmy i inne obiekty artystyczne, ale w zapowiedziach emisji pomija nazwiska autorów. Jeśli już, to „ujawnia” nazwisko reżysera lub głównych aktorów, czyli realizatorów tego, co wymyślił i napisał autor rzeczywisty; programy autorów nie wymieniają; zresztą można ich zwykle z nazwiska zobaczyć albo dopiero w mignięciu strony tytułowej albo wręcz w winietce końcowej.
Nawet informując o piosenkach, jako ich autorkę lub autora podaje się nazwisko wykonawcy, chyba że wyjątkowo twórcą jest akurat Agnieszka Osiecka albo Wojciech Młynarski.
Właśnie przed chwilą w radyjku na biurku usłyszałem, że Śpiewać każdy może jest piosenką Jerzego Stuhra, podczas gdy jej świetny tekst napisał jako żywo Jonasz Kofta, a doskonałą muzykę Stanisław Syrewicz. A przecież bez nich Stuhr mógłby sobie zabuczeć cokolwiek w rękaw i nikt by się tym nie zainteresował. Ponieważ utwór jest genialny, zostaje przypisany powszechnie znanemu Stuhrowi, który jak z tego wynika, popularnością przebija wartość dokonań Kofty i Syrewicza. To samo media robią z osobami nagrodzonymi w konkursach. Wymieniają jednego z licznych nagrodzonych, akurat tego, którego nazwisko dziennikarze już znają, a pozostałym uniemożliwiają trafienie na listę znanych, bo właśnie ich pomijają. To skandal, który obserwujemy niemal co dzień.
Tak, to dobre określenie: powszechnie znany. Dodajmy pytanie: znany, czyli znakomity? To jedna z bzdur powszechnych: znany był też szewc Herostrates, który po to podpalił świątynię Artemidy, żeby do dziś o nim mówiono. Ale w danym przypadku „autor katastrofy”. A piosenkarze i aktorzy (pomijając nielicznych wśród nich autorów, bo są i tacy) to jednak mimo wszystko co najwyżej interpretatorzy, odtwórcy, którzy istotnie dodali coś od siebie, lecz jedynie dodali, mieli co przetworzyć, a bez czego byliby nikim. Słyszałem zresztą w moim miasteczku w klubie kultury Śpiewać każdy może w wykonaniu amatora Waldemara Słowika. Mimo pewnych mankamentów dykcyjnych było to o wiele lepsze niż u Stuhra. A może okazało się tak dobre właśnie dzięki tym niedostatkom, kto wie, czy nie zamierzonym, jak to bywało u świętej pamięci Bronisława Pawlika. Słuchaczy zatkało, uniosło ich pod sufit, dotychczas nie wiedzieli, że jest jakiś Słowik, który nauczył się jednej jedynej piosenki w życiu po to, aby prawdziwie i lepiej niż Stuhr potrząsnąć publicznością. Warto podkreślić, że pan Waldek nie zapomniał powiedzieć, kto ten utwór napisał. Więc wiedział, co śpiewa, i chciał, abyśmy i my wiedzieli.
Ciekawe, że liczni piosenkarze i aktorzy wcale nie protestują przeciwko przypisywaniu im autorstwa wykonywanych utworów. Uśmiechają się i przed zejściem ze sceny kłaniają w pas jako twórcy. Tych, którzy tak nie postępują, mam głęboko w sercu.
e-mail: lpj@lpj.pl