Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan
Przyrost naturalny przyspiesza – niby to banał, ale warto o tym pamiętać. Z młodzieńczych lat zapamiętałem, jeszcze chyba ze szkoły podstawowej, gdy „wielkie liczby” robiły wrażenie, że mieszkańców naszej planety jest trzy i pół miliarda. Dziś przeczytałem, że niebawem tych miliardów ludzkich istnień ma być osiem.
Czy istnieje, a jeśli tak, to jaka jest dla tej planety, graniczna wielkość przyrostu naturalnego? 10 miliardów, 15? Jeszcze więcej? Zapewne już jakieś symulacje komputerowe są wykonane i skorelowane z innymi danymi dotyczącymi zmian klimatycznych, rozwoju przemysłu czy dynamiki migracji. Nie sposób odrzucić w tym kontekście perspektywy apokaliptycznej, jakiegoś armagedonu demograficznego. Choć z drugiej strony patrząc, nie sposób ograniczyć się jedynie do tych danych, które są dzisiaj dostępne. Zapewne znajdą się sposoby załagodzenia skutków tego procesu czy to przez wykrycie nowych, dziś nieprzewidywalnych źródeł energii, czy rozwinięcie utopijnych dzisiaj pomysłów zagospodarowywania przestrzeni skrytych pod powierzchnią oceanów bądź – a czemuż to ograniczać wyobraźnię? – kolonizacji Księżyca czy Marsa. Dlaczego nie? Jeśli pierwszy miliard ludzkość osiągnęła w roku 1804, to na rok 2040 przewiduje się już 9 miliardów – niebawem, zagęszczenie wzrośnie jeszcze bardziej.
Bez wątpienia dynamika przyrostu naturalnego od dawna stanowi przedmiot uwagi nauki i podstawę snucia wizji dość wstrząsających. Wystarczy poczytać publikacje Klubu Rzymskiego. Pędzi to wszystko przerażająco szybko. I nie skłania do optymizmu. Gdy jednak spojrzeć z nieco innej perspektywy, rzecz wydaje się przynajmniej nieco mniej prazerażająca: wraz z rosnącym przyrostem naturalnym następuje bowiem wzrost potencjału badawczego ludzkości, zaś przy wzroście skokowym, jak w ciągu ostatnich dwóch stuleci, także skokowo przyrasta liczba odkryć, co oczywiście stwarza nadzieję, że któreś z nich doprowadzi do rozwiązania kryzysu, do jakiego prowadzi obecna dynamika demograficzna.
Jest też oczywistością, że ani kierunku, ani charakteru takiego przełomu – który zresztą może nas oczekiwać w każdej chwili – przewidzieć niepodobna, gdyż nawet poetycka wyobraźnia nie jest w stanie przeniknąć zasłony naszej niewiedzy. Niewiedza jest bowiem obszarem nieogarnionym, zaś złudzenie, że można ten obszar zmniejszyć, jest w najlepszym wypadku naiwnością dziecka. Więcej nawet: ten obszar – wiemy to raczej intuicyjnie – nieustannie się powiększa wraz z relatywnym przyrostem naszej wiedzy, przy czym nie ma w tym nic paradoksalnego, a przeciwnie – każdy, kto świadomie poszerzał pole swego poznania, wie, że wraz z pogłębianiem rozpoznań dokonywanych w świecie narasta poczucie, że wraz z nim rozrasta się przestrzeń niewiadomych. Rzecz bowiem w tym, że każde nowe odkrycie uruchamia serię nowych pytań o to, co dalej.
Marzenie o ogarnięciu Całości jest stare jak ludzkość i jest też impulsem działalności badawczej. Jednocześnie jednak każdy, kto w takim procesie uczestniczył, coraz lepiej zdaje sobie sprawę z faktu, że raczej nie osiąga celu, lecz otwiera nowe ścieżki, że jest w środku procesu, którego istoty – wyjąwszy perspektywę teleologiczną – zrozumieć do końca się nie da. Obraz świata zmienia się nieustannie i nie ma żadnego powodu, dla którego zmieniać miałby się przestać, co tyleż jest pesymistyczne, ile optymistyczne. Otwartym zresztą pozostaje pytanie o istnienie tej wyobrażonej Całości… Nasze istnienie w tym procesie ma charakter przygodny, co niekoniecznie musi znaczyć, że przypadkowy – choć dla wielu, może nawet większości, tak właśnie jest – ale też, że jest rodzajem przygody i wyzwania. A tym właśnie jest poznanie.
Otóż z tego punktu widzenia nasza przygoda z istnieniem na tej planecie może być postrzegana zarówno w perspektywie pesymistycznej, a nawet apokaliptycznej, wpisanej zresztą w większość mitów i wyobrażeń, bądź optymistycznej, wyrażającej przekonanie o sprawczej i ocalającej ciągłość naszego bytowania mocy poznawczej człowieka. Myślę zatem, że to, co od dawna budzi przerażenie, a więc dynamika wzrostu demograficznego, można potraktować jako szansę wydobycia się z pułapki, w jakiej się znaleźliśmy za sprawą opanowywania planety przez nasz gatunek. Czynienia sobie ziemi poddanej nie należy chyba rozumieć wyłącznie jako zachęty do, jak to się potocznie pojmuje, zawładnięcia nią, lecz także jako zadanie troszczenia się o jej dobrostan. Być może zatem, paradoksalnie, wzrost demograficzny, a zatem i wzrost potencjału poznawczego, stanowi szansę na przezwyciężenie obecnego kryzysu, co nie znaczy, że rozwiązanie doraźnych problemów nie przyczyni się do powstania nowych, jeszcze trudniejszych. Można nawet z wielkim prawdopodobieństwem prognozować, że lekko i w przyszłości nie będzie, co oznacza konieczność wzmożenia wysiłków edukacyjnych pozwalających na przygotowanie do konfrontacji z nowymi, nieznanymi nam kryzysami. A i obecny da się, jeśli to możliwe, opanować wyłącznie poprzez daleko idące reformy szkolnictwa na każdym poziomie.
Wróć