Marek Misiak

Rys. Sławomir Makal
Długo wahałem się, czy napisać ten tekst. W cyklu „Publikuj lub giń” staram się trzymać zasady, by autorów przedstawiać zawsze w dobrym, a przynajmniej neutralnym świetle, by nie jawić się jako redaktor-besserwisser, który narzeka na mierzwę, z którą musi mieć do czynienia niczym zgorzkniały nauczyciel wywodzący, że każdy kolejny rocznik młodzieży jest coraz gorszy. Szereg razy sam ośmieszyłem się przed autorami, gdy przez nieuwagę lub pośpiech przeoczyłem poważny błąd. Prawdziwy profesjonalizm i rozwój w zawodzie redaktora polega także na otwartości na błędy, zarówno cudze, jak i własne. Jeśli ktoś czegoś nie rozumie lub nie wie, może to oznaczać, że zawodzi przekaz informacji, być może instrukcje dla autorów są niepełne lub niejasne, a procedury mało intuicyjne. Redaktor musi też pamiętać, że coś oczywistego w jego branży może już takie nie być dla naukowca, który publikuje artykuły czy książki, ale przede wszystkim prowadzi badania, uczestnicy w życiu naukowym, ubiega się o granty, a z kwestiami edytorskimi ma do czynienia tylko co jakiś czas i nie widzi powodu, by wchodzić w nie głębiej (a często zwyczajnie nie ma na to czasu). Pewne problemy po prostu będą się powtarzać, bo edytorstwo naukowe jest tylko po części elementem świata nauki, zawsze jest do pewnego stopnia czymś zewnętrznym, z innego porządku, i te dwa obszary nigdy się do końca nie przenikną ani nie zazębią. Edytorstwo – także naukowe – to fach, praktyka, zawód (choć rzecz jasna bazujące na szeregu dziedzin wiedzy) i jedynie służy nauce, jej upowszechnianiu, nie będąc jednak jej równorzędnym partnerem.
Bywają jednak sytuacje, gdy ta częściowa tylko kompatybilność dwóch światów staje się szczególnie mocno odczuwalna. Gdy redaktor na moment nieruchomieje, czytając mail, rozmawiając przez telefon czy podczas rozmowy twarzą w twarz. Gdy autor formułuje oczekiwanie (a czasem – niestety – żądanie) tak zaskakujące, że przez moment redaktor zastanawia się, czy dobrze zrozumiał, bo przecież to niemożliwe, żeby mądrzejsza i znacznie bardziej od niego utytułowana osoba poważnie stawiała takie pytania. W artykule tym omówię najbardziej zaskakujące, a jednocześnie niemożliwe do spełnienia oczekiwania autorów, co ważne – tylko z mojej praktyki. Nie jest to zatem zbiór kuriozów z Polski czy ze świata, ale samo życie.
W niektórych zawodach ważne są procedury czy tzw. polityka firmy, za którymi można się schować, gdy nie chcemy dać drugiej stronie otwarcie do zrozumienia, że nie rozumie absurdalności swoich żądań. Nie wynika to z obłudy czy tchórzostwa, ale z założenia, że inni ludzie rzadko mają złe intencje i to brak rozeznania w danej materii sprawia, że się nieświadomie ośmieszają. Sam stosuję tę metodę wówczas, gdy autor oczekuje dopisania współautora artykułu publikowanego w czasopiśmie naukowym na etapie, gdy jest to już niemożliwe. Różne periodyki przyjmują w tym zakresie różne standardy – są takie, które w ogóle nie pozwalają na zwiększanie liczby autorów po złożeniu manuskryptu do oceny (autorów można usuwać, ale nie dodawać), w innych dopisać autora można do etapu skierowania artykułu do peer review, ale najczęstszą granicą jest chyba moment akceptacji do druku. Wynika to, niestety, z założenia, że dodawanie współautorów na tak późnym etapie może mieć nieetyczny charakter. Gdy praca została już przyjęta do publikacji, jej twórcy mogą chcieć – w dobrej wierze – pomóc w karierze jeszcze kilku kolegom; może się też zdarzyć, że osoba wcześniej jedynie wymieniona w podziękowaniach zechce nagle być autorem. W ciągu ostatnich kilku miesięcy szereg razy stykałem się natomiast z prośbami o poszerzenie grona autorów manuskryptu na etapie korekty autorskiej (czyli proofa, zwanego także szczotką), a dwa razy w ciągu kariery już po publikacji artykułu.
Zarysowuje się tu ciekawa symetria: zarówno autorzy, jak i ja bazujemy do pewnego stopnia na wyobrażeniach o pracy drugiej strony. Autorzy wyobrażają sobie, że skoro większość czasopism naukowych ukazuje się wyłącznie w formie elektronicznej, to umieszczenie online nowego pliku PDF czy artykułu w formacie HTML nie powinno być żadnym problemem. W jednym z poprzednich tekstów wyjaśniałem, dlaczego jest to jednak niemożliwe z powodów czysto technicznych. Ja natomiast mam jedynie pewne wyobrażenia o pracy badacza i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak można przeoczyć tak podstawową rzecz, jak współautorstwo lub jego brak, nawet jeśli artykuł był tworzony przez naukowców z różnych ośrodków, którzy nigdy nie spotkali się osobiście. O ile wydaje się to jeszcze możliwe przy pracach o dziesiątkach współautorów, o tyle gdy nad manuskryptem pracowało np. sześciu badaczy orientowanie się tak późno, że ktoś także jest współautorem, jest – użyję tu mocnego sformułowania – przejawem braku profesjonalizmu, za który redaktor w żadnym sensie nie odpowiada i którego skutków nie ma obowiązku naprawiać. Na tym etapie żadne uzasadnienia ani zgody wszystkich pozostałych autorów tekstu nie mają już znaczenia. Jeśli rola danej osoby była kluczowa i niewątpliwie jest ona współautorem, dlaczego dostrzeżono to dopiero wtedy, gdy prace redakcyjne nad artykułem wchodzą w ostatnią fazę? Nieporozumienia czy niedogadanie między autorami są rzecz jasna ludzką rzeczą, ale redaktor nie jest ich częścią i nie powinien się w ogóle o nich dowiadywać, a już na pewno nie w taki sposób.
Przejdę teraz do najbardziej nieprzyjemnego aspektu mojej pracy. Takie sytuacje zdarzają się rzadko, ale zapadają w pamięć, gdyż związane są nie tylko z profesjonalizmem w pracy redaktora, ale także z poczuciem sensu i znaczenia tego zawodu. Praca nad artykułem, skryptem lub książką składa się z kilku etapów, które także omawiałem już na tych łamach. Niedociągnięcia manuskryptu mogą zostać ujawnione nie tylko na etapie kontroli merytorycznej (a zatem peer review oraz innych rodzajów recenzji, np. statystycznej), ale także podczas redakcji językowej. Recenzenci także są tylko ludźmi i mogą nie zauważyć znaczących czasem usterek merytorycznych lub statystycznych, nawet jeśli nie są specjalistami w danej dziedzinie, gdyż zdarzają się błędy widoczne gołym okiem także dla niefachowca, zwłaszcza jeśli od lat ma do czynienia z tekstami z danego obszaru wiedzy. Ponadto zadaniem peer reviewers jest ocena merytorycznej zawartości manuskryptu, a nie jego szaty językowej, i choć zdarzają się recenzenci postulujący odrzucenie artykułu lub odesłanie go do poprawy z uwagi na niski poziom językowy (chodzi z reguły o język angielski), jest to ich dobra wola, a nie obowiązek. Może się zatem zdarzyć tak, że artykuł w miarę gładko przejdzie etap recenzji i autor – jeśli dane czasopismo pobiera API (article processing charge) – zostanie poproszony o zapłacenie odpowiedniej sumy (oczywiście najczęściej płatnikiem jest zatrudniająca autora instytucja). Niestety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla niektórych autorów przyjęcie artykułu do publikacji i uiszczenie opłaty oznaczają, że prace nad artykułem już się zakończyły i są zaskoczeni, gdy redaktor wskazuje na liczne błędy i każe tekst przerabiać czy uzupełniać, względnie kwestionuje niektóre przyjęte przez autorów rozwiązania (np. budowę czy liczbę tabel). Trafiłem raz na autora, który w odpowiedzi na wskazówki, jak poprawić niejasny w wielu miejscach tekst, przysłał certyfikat poprawności językowej manuskryptu, wystawiony przez firmę z obszaru scientific writing, która zredagowała dla niego tekst i wyraził oczekiwanie, że na tej podstawie odstąpię od redakcji językowej i po prostu opublikuję tekst. Pozostało mi odpisać, że zleceniobiorcy w jego kraju nie przyłożyli się do pracy i tekst nadal wymaga poprawek.
Wtedy padł argument, który dla mnie – znów mocne słowa – świadczy o braku szacunku dla mojej pracy. „Przecież zapłaciłem za publikację” – napisał autor. To prawda, zapłacił. Ale czasopismo naukowe to nie sklep, gdzie się płaci i wymaga. Wniesienie opłaty nie oznacza gwarancji publikacji, gdyż nie znosi wymogów, którym muszą sprostać tekst i autor na etapie redakcji językowej. Oczywiście autorzy mogą postawić na swoim i nie współpracować, ale wówczas ich artykuł utknie na ostatnim etapie przed publikacją i będą jak pływak, który pokonał Kanał La Manche i utonął trzysta metrów od brzegu. Renomowane czasopisma naukowe nie mogą sobie pozwolić na publikowanie artykułów zawierających ewidentne błędy lub napisanych słabą angielszczyzną, gdyż wpływa to na wyniki ich ewaluacji przez różne instytucje i bazy, i może przyczynić się do spadku w rankingach, a na tym ostatecznie tracą wszyscy – i redaktorzy, i autorzy (bo w rezultacie jest mniej czasopism, w których mogliby zdobywać punkty za publikacje). Zdarzył mi się nawet autor prezentujący postawę rodem z Barei: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Wprost oświadczył, że nie jest w stanie poprawić artykułu według wskazówek redaktorów, ale wniósł opłatę, a zatem żąda publikacji lub zwrotu pieniędzy. Zanim jednak postawi się sprawę na ostrzu noża w taki sposób, warto się upewnić, że dane czasopismo zwraca API; niektóre podmioty stosują politykę no refunds. Publikacja artykułu w czasopiśmie naukowym to umowa zobowiązująca obie strony: redakcja wykonuje swoje zobowiązania, ale i autorzy muszą grać według ustalonych i podanych do wiadomości (na stronie internetowej czasopisma lub w inny sposób) reguł.
Muszę wreszcie wspomnieć o autorach, którzy otwarcie przyznają się do bezradności w jakimś obszarze, a następnie zdumiewają mnie oczekiwaniami, że ja lub inni członkowie zespołu redakcyjnego będziemy wykonywać za nich pracę; czasem od razu oferują dodatkową zapłatę. Dotyczy to najczęściej trzech aspektów artykułów: szaty językowej, rycin i statystyki. To prawda, że świadczę usługi tłumaczeniowe, graficy i składacze wykonują różne zlecenia, a redaktorzy statystyczni opracowują analizy statystyczne dla pracowników naukowych, ale nigdy nie odbywa się to w ramach pracy w jednej redakcji. W edytorstwie nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem, najpierw coś dla kogoś opracowywać, a potem poprawiać rezultaty własnej pracy. To nieetyczne, ale też nieskuteczne – ryzyko przeoczenia poważnego błędu znacząco rośnie. Większość zespołów redakcyjnych jest zaś niewielka i nie ma wolnych mocy przerobowych, aby realizować takie dodatkowe zadania, a następnie jeszcze wymieniać się rezultatami, aby nie sprawdzać po samym sobie. Po raz ostatni w tym tekście bezkompromisowe sformułowania: jeśli autorzy jako zespół nie są w stanie podołać samodzielnemu przygotowaniu i poprawieniu całości artykułu (względnie znalezieniu/wynajęciu osób, które to dla nich zrobią), tym samym nie są gotowi do złożenia manuskryptu w danym czasopiśmie. Za całość nadsyłanych do redakcji materiałów odpowiadają właśnie autorzy. Redakcja odpowiada za poprawki językowe, opracowanie techniczne i skład, ale nie może za nikogo niczego tłumaczyć, rysować ani obliczać.
Warto też zdawać sobie sprawę, że redaktorzy, choć (na ogół) kompetentni, mogą nie być w stanie wykonać dla autorów oczekiwanych usług. Narysowanie wykresu czy grafu to coś więcej niż przepuszczenie danych przez program graficzny. Nie bez powodu Neville Goodman, doświadczony redaktor publikacji medycznych, w książce Medical Writing: A Prescription for Clarity (3 wyd. Cambridge University Press, 2006) poświęca cały rozdział odpowiedniemu doborowi typów wykresów i ich projektowaniu. Osoba nieznająca istoty prezentowanych zagadnień nie będzie w stanie dobrać właściwej metody graficznej prezentacji wyników i autorzy nie mogą tego oczekiwać od redakcyjnego grafika. Podobnie jest z analizami statystycznymi – nierzadko trzeba rozumieć badany problem, aby wiedzieć, jakie dobrać testy i inne metody analizy. Wreszcie czym innym jest redagowanie tekstu napisanego słabą angielszczyzną, ale zrozumiałego (proces żmudny, ale dający wymierne efekty), a czym innym sytuacja, gdy znaczenie wielu sformułowań w tekście (a czasem całych akapitów) jest po prostu niezrozumiałe. W tym drugim przypadku nie wystarczy wynająć redaktora, manuskrypt może poprawić tylko autor, bo tylko on wie, co chciał powiedzieć (niekiedy może to być inny specjalista w danej dziedzinie, który jest w stanie na podstawie znajomości rzeczy zrekonstruować intencję autora). Jeśli autor nie umie sam wyrazić swojej myśli w danym języku w sposób może niekoniecznie poprawny, ale w każdym razie zrozumiały, znaczy to, że nie zna danego języka w stopniu umożliwiającym pisanie artykułów naukowych i potrzebny mu jest tłumacz znający język ojczysty autora i język docelowy, a nie redaktor.
Powyższe sytuacje nie zawsze znajdują satysfakcjonujące autorów rozwiązanie, bywa, że artykuł zostaje odrzucony albo trafia do tzw. development hell. To ostatnie oznacza, że autorzy nie wprowadzają poprawek, a redaktor nie przekazuje artykułu do publikacji i artykuł tkwi na tym samym etapie prac nad nim, często latami. Stawianie redaktorom oczekiwań lub żądań, których nie mogą spełnić, zawsze ostatecznie obraca się przeciwko autorom. Żaden redaktor nie lubi takich sytuacji, nie znaczy to jednak, że będzie naginał reguły, aby ich unikać.
Wróć