logo
FA 9/2022 informacje i komentarze

Zbigniew Drozdowicz

Czas na poważne dyskusje

U osób znających akademickie realia wyniki ostatniej parametryzacji dyscyplin naukowych wywołały zróżnicowane odczucia. U jednych zadowolenie, a być może nawet euforię, u innych jednak rozgoryczenie lub co najmniej spore zdziwienie. Dotyczy to zarówno ministerialnej listy przyznanych kategorii, jak i listy KEN-u wnioskowanych kategorii. Poważnej dyskusji warte są jednak obie.

Zadowolenie

Zadowolenie pojawia się głównie w wypowiedziach tych osób, których dyscypliny otrzymały kategorię A lub A+. Tych ostatnich jest jednak stosunkowo niewiele – na liście ministerialnej jest ich 65, natomiast na liście KEN-u jedynie 40 (z 1145 zgłoszonych do oceny dyscyplin). W przeliczeniu na poszczególne dyscypliny oznacza to, że takich, które ją otrzymały, jest w najlepszym przypadku kilka. Są również takie, w których nie ma żadnego A+. Lista uczelni, instytutów i centrów badawczych, które mają kilka dyscyplin z najwyższą kategorią (oznaczającą prowadzenie badań naukowych na światowym poziomie), jest jednak krótka. Znacznie dłuższa jest natomiast lista tych, które nie posiadają żadnej takiej dyscypliny. W tym gronie są dyscypliny realizowane na uczelniach zaliczanych dotychczas do wiodących. Zapewne sprawi to, że pojawią się liczne odwołania od ministerialnych decyzji i niejedno z nich może okazać się skuteczne. Pogłębi to jeszcze bardziej rozbieżność między listą MEiN-u i KEN-u. Nie czuję się powołany do roli obrońcy żadnej z tych instytucji. Co więcej, uważam, że w funkcjonowaniu obu sporo warto zmienić, w tym sposób oceniania wyników badań naukowych – nie tylko dlatego, że obecny daje satysfakcję nielicznym, ale przede wszystkim dlatego, że jest spora liczba osób, którym daje on złudne poczucie naukowej wielkości. Mówię to z pozycji dyscypliny, w której jestem afiliowany (są to nauki o kulturze i religii), i która otrzymała kategorię A+. Mam nadzieję, że tym stwierdzeniem nie zepsuję radosnego nastroju świętowania tym, których dyscypliny otrzymały najwyższą kategorię. Funkcjonujący od kilku lat w otwartym dostępie wykaz osiągnięć naukowych pracowników mojego uniwersytetu (UAM) jasno pokazuje, że ponadprzeciętne wyniki mają nieliczni. O wielu natomiast można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że mają wyniki co najwyżej przeciętne lub odsetek badaczy ponadprzeciętnych jest w nich jeszcze niższy.

Tak czy inaczej nie przesadzałbym ze świętowaniem, bowiem okres kolejnej parametryzacji już się zaczął i może się okazać, że dzisiejszy sukces nie będzie możliwy do powtórzenia. Sugerowałbym natomiast wszystkim przeprowadzenie poważnej dyskusji nad dotychczas osiągniętymi wynikami naukowymi, także tym, którzy w obecnej parametryzacji dali swoim dyscyplinom najwięcej. Mają oni prawo postawić decydentom w swoich uczelniach, instytutach i centrach badawczych pytanie o zasadność prowadzonej polityki kadrowej w zakresie zatrudniania i przyznawania nagród za osiągnięcia naukowe.

Rozgoryczenie

Najbardziej rozgoryczeni mogą być pracownicy naukowi, których dyscypliny otrzymały negatywne kategorie, tj. C lub co najwyżej B. Tych z kategorią B na liście KEN-u jest więcej niż na liście ministerialnej. Jednak na obu jest ich ponad 12% (a łącznie z C ponad 15%). Można je uznać za przegrane w wielkiej batalii nie tylko o prestiż, ale także o uprawnienia do nadawania stopni naukowych, prowadzenia studiów oraz otrzymywania środków finansowych na badania naukowe. Zasadne jest pytanie: na co liczyli decydenci, zgłaszając te dyscypliny do oceny parametrycznej? Nie chciałbym spekulować, nie można jednak wykluczyć, że ich rachuby oparte były jeśli nie na wierze w pomoc „niewidzialnej ręki opatrzności”, to przynajmniej widzialnej ręki ministerialnych decydentów. Według ich zapewnień, poważni uczeni i poważne badania prowadzone są nie tylko w dużych ośrodkach akademickich, ale także w mniejszych. Wyniki parametryzacji w niejednym przypadku postawiły te zapewnienia pod wielkim znakiem zapytania. Wprawdzie kategorie pozytywne przyznane zostały również niektórym dyscyplinom naukowym realizowanym w niewielkich ośrodkach, jednak to właśnie tam jest stosunkowo dużo kategorii B i C. Wygląda na to, że nawet ich decydenci nie są w stanie dokonać „cudu przemienienia” bylejakości w przyzwoite kategorie naukowe.

Minister podniósł kategorie naukowe również niektórym dyscyplinom realizowanym na dużych uczelniach i w znaczących instytutach badawczych. Jednak w nich miarą sukcesu jest uzyskanie kategorii A+, a w najgorszym przypadku A. Wszystko to, co jest poniżej, może być odbierane jako porażka. Kategoria B+ może być wprawdzie traktowana jako kategoria pocieszenia (otrzymało ją przecież ponad 50% dyscyplin), jednak głównie przez tych, którzy mają na sumieniu dosyć swobodne traktowanie obowiązków pracownika naukowego. Mogli przecież przez wiele lat „ogrzewać się” w blasku osiągnięć osób wyznaczających standardy naukowej przyzwoitości, a nawet reprezentujących w badaniach poziom międzynarodowy. Ci ostatni mają prawo mieć pretensję do swoich kolegów, którzy nie angażowali się w pracę na tyle, by ich dyscyplina wyszła powyżej kategorii B+. Mogą mieć pretensję również do władz, które tolerują swobodne traktowanie zawodowych obowiązków przez liczną grupę pracowników. Warto jednak, aby osoby niezadowolone z wyników parametryzacji nie ograniczały się do kontestowania poczynań innych, lecz odważnie występowały przeciwko bylejakości w swoich instytucjach. Sama krytyka nie daje bowiem wielkich nadziei na poprawę pozycji w następnej parametryzacji.

Zdziwienie

Należę do osób, które są w miarę zadowolone z przyznanej ich dyscyplinie kategorii A+, ale także nieco zdziwione wynikami uzyskanymi przez niektóre dyscypliny zarówno na mojej, jak i na innych uczelniach. W pierwszej kolejności dotyczy to uczelni o statusie badawczych. Wprawdzie na obu listach (MEiN i KEN) prym wiodą Uniwersytet Warszawski i Politechnika Gdańska, ale już na kolejnych miejscach są spore różnice. Dotyczy to zarówno pierwszej dziesiątki uczestników konkursu IDUB, jak i tych uczelni, które znalazły się w „poczekalni”. Przede wszystkim zdziwiło mnie, jak wiele dyscyplin uprawianych w tych uczelni uzyskało kategorię B+, która wskazuje na przeciętny poziom badań. Spore zdziwienie budzi również fakt, że na cenionym w akademickim środowisku rankingu szanghajskim relatywnie wysokie miejsce zajmuje Uniwersytet Jagielloński, bowiem w tegorocznej ewaluacji wiele dyscyplin uprawianych w tej uczelni uzyskało całkiem przeciętną kategorię B+. Natomiast próżno byłoby na niej szukać wielu tych, których dyscypliny otrzymały sporą liczbę kategorii A. Skłania to do postawienia pytania, czy niedoskonałe są zasady sporządzania rankingów, czy też parametryzowania dyscyplin naukowych w naszym kraju?

Zdziwienie budzi również fakt, że wysokie kategorie otrzymały dyscypliny humanistyczne i społeczne realizowane na uczelniach technicznych, gdzie najwyższe noty powinny otrzymać dyscypliny ścisłe i techniczne, a nierzadko otrzymały zaledwie kategorię B+. Być może uważniejsze przyjrzenie się wykazowi publikacji badaczy, którzy dawali swoją afiliację do wysoko ocenionych dyscyplin, pozwoliłoby odpowiedzieć na pytanie, skąd wziął się ich sukces. Nie bez znaczenie jest również liczba takich osób. Im jest ona niższa, tym łatwiej uzyskać lepsze wskaźniki parametryczne. Istotne wagę mają również możliwości finansowego wsparcia publikacji w najwyżej punktowanych czasopismach z ministerialnej listy. Skłonny jestem zaryzykować twierdzenie, że uczelnie, których władze tolerują i wspierają finansowo publikowanie w czasopismach stosunkowo łatwo i szybko publikujących za opłatą każdy tekst o nawet niewielkich znamionach naukowości, łatwiej uzyskiwały wysokie kategorie. O ile wiem, na mojej uczelni takiej polityki się nie prowadzi i zapewne nie jest ona pod tym względem wyjątkiem. Nie stanowi to jednak wyjaśnienia ani też usprawiedliwienia dla uzyskania „kategorii pocieszenia” przez dyscypliny, które zarówno w opinii reprezentujących je osób, jak i zewnętrznych obserwatorów uchodziły za naukowe wizytówki instytucji. Po ogłoszeniu wyników parametryzacji ich przedstawiciele mogą usłyszeć pytanie: gdzie są te naukowe wielkości, o których mówili z takim przekonaniem, że uwierzyło w nie akademickie otoczenie? Można je znaleźć w niejednej uczelni badawczej. Jeśli chodzi o moją, to nie zachwycam się tym, że na 23 dyscypliny zgłoszone do parametryzacji kategorię wyższą niż B+ uzyskało 12 z nich. Jednak z najwyższą są tylko dwie. Taki wynik może ucieszyłby wiele osób na innych uczelniach, ale nie na UAM. Nie tylko dlatego, że w rankingu uczelni badawczych UAM znalazł się na wysokim trzecim miejscu, ale także dlatego, że posiada dosyć liczną grupę uczonych prowadzących badania co najmniej na poziomie europejskim (świadczy o tym m.in. ich udokumentowany publikacjami udział w międzynarodowym życiu naukowym).

Parametryzacja po nowemu

Ministerstwo zapowiada, że kolejna parametryzacja będzie przeprowadzona według innych zasad niż dotychczas. Zgadzam się, że sporo w tym zakresie trzeba zmienić. Nie wiadomo jednak na czym te zmiany będą polegały ani nawet w jakim pójdą kierunku. Zakładam jednak (w dobrej wierze), że zarówno ministerialnym decydentom, jak i samym uczonym zależy na tym, aby wyeliminować lub przynajmniej istotnie ograniczyć anomalie, które generuje obecny sposób określania jakości prowadzonych badań naukowych i upowszechniania ich wyników. O wielu z nich mówi się zresztą od dosyć dawna i póki co kolejne próby uporania się z nimi okazywały się mało skuteczne. Taką anomalia jest między innymi tzw. punktoza, związana z przeliczaniem na punkty wartości publikacji naukowych. Jest to wprawdzie tylko jedno z trzech kryteriów oceny dyscypliny, jednak w każdym przypadku jest ono znaczące, a w przypadku nauk humanistycznych i społecznych w gruncie rzeczy decydujące, bowiem stanowi 70% końcowej oceny. Problem nie tyle w tym, że bazuje się na wskaźniku przywołań publikacji w prestiżowych wydawnictwach i czasopismach, a w tym, że prestiż uzyskują kierujące się zarówno względami naukowymi, jak i biznesowymi. Oba względy starają się godzić wydawnictwa, które publikują monografie i ze środków własnych, i od zleceniodawców (takie praktyki występują również w tych, które na liście ministerialnej mają najwyższą punktację). Kwestią dyskusyjną jest, na ile są to udane łączenia. Tak czy inaczej samo piętnowanie tzw. drapieżnych czasopism i wydawnictw na razie przypomina walkę z wiatrakami. Nie oznacza to jednak, że nie da się w żaden sposób utrudnić im życia. Potrzebne jest do tego m.in. uwolnienie się od złudzenia, że przy pomocy prostych wskaźników ilościowych, które da się ustalić komputerowo, można się z tą anomalią uporać.

Podobne złudzenie jest w moim przekonaniu również udziałem członków KEN-u z uporem obstających przy ocenie publikacji opartej na bazach, w których prym wiodą angielskojęzyczne czasopisma z zakresu nauk przyrodniczych i ścisłych, natomiast marginalizowane są np. monografie naukowe – nie tylko z zakresu nauk humanistycznych i społecznych, w których stanowią z reguły najważniejsze osiągnięcie publikacyjne. Generuje to uzyskiwanie znacznie lepszych wskaźników punktowych za artykuły wieloautorskie niż za autorską monografię naukową. W przypadku dowartościowania monografii w nowych zasadach oceny nauki, trzeba jednak pomyśleć o określeniu odpowiednich warunków brzegowych, aby to, co jest jedynie informacyjną broszurą, nie mogło być uznane za monografię. Nie podzielam opinii członka KEN-u Emanuela Kulczyckiego, który w komentarzu do wyników ewaluacji stwierdził, że „nic nikomu ona nie powie, a w najlepszym razie niewiele” powie o stanie polskiej nauki. Mimo wszystkich zastrzeżeń, daje ona sporo informacji nie tylko o zróżnicowaniu poziomu badań prowadzonych w polskich ośrodkach naukowych, ale także o sposobie ich oceniania.

Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz , Instytut Kulturoznawstwa UAM, w okresie objętym parametryzacją opublikował 4 monografie naukowe w wydawnictwach zachodnich oraz kilkadziesiąt artykułów naukowych w czasopismach z listy ministerialnej

Wróć