logo
FA 9/2021 okolice nauki

Mariusz Karwowski

Wolność w czasach Facebooka

Ponad pół wieku temu Amerykę poróżniła kwestia rozkopywania indiańskich grobów. Przeciwnicy równych praw dla mniejszości zamieszkujących Stany Zjednoczone ścierali się ze zwolennikami społecznego egalitaryzmu domagającymi się respektu i szacunku dla rdzennej ludności. To wówczas Franz Boas, znany profesor filozofii na Uniwersytecie Iowa, ukuł termin „polityczna poprawność”. Zdefiniował ją jako „kompleks białej winy” i „wiarę w magiczną siłę słowa”. Przez kolejne dekady stanowiła standard wypowiedzi i zachowań dla całego Zachodu. W dużej mierze pod wpływem Internetu doszło do zakwestionowania tego paradygmatu. Już nie w „globalnej wiosce”, ale w „globalnym mieście” technologia, której zalety wychwalano zrazu pod niebiosa, stała się „wygodnym, tanim i bezpiecznym, bo anonimowym instrumentem do wyrażania ocen i poglądów na temat odmiennych kulturowo sąsiadów”. Poprawność zaczęła homo festivus uwierać, a subtelności w dobie klikalności nastawionej na emocje okazały się dla niego mało atrakcyjne. W efekcie na forum publicznym coraz częściej można dziś usłyszeć i przeczytać wypowiedzi dyskryminujące, nawołujące do nienawiści, a nawet zaprzeczające faktom. Dzieje się to oczywiście w imię szeroko pojmowanej wolności.

Dlaczego media elektroniczne, w których pokładano nadzieje na poprawę jakości dyskursu, wzmacniają poglądy radykalne i polaryzują? – pyta w obszernej analizie dr Agnieszka Demczuk, zastanawiając się, jak za ich sprawą doszło do tego, że idea Boasa została obrócona wniwecz. Badaczka z UMCS wychodzi z założenia, że wolność wypowiedzi stała się w ostatniej dekadzie wartością nadużywaną. Umieszcza tę kwestię nie w hipotetycznym uniwersum, lecz w konkretnym momencie dziejowym, w którym na naszych oczach kształtuje się całkiem nowy ustrój, niosący lawinę wyzwań. W informacjonizmie giganci platform świadczących usługi online, z Markiem Zuckerbergiem na czele, najcenniejszym surowcem uczynili wszelkiego typu dane. Jednak w przeciwieństwie do towarów dostępnych na realnym rynku, z rozpoznaniem kopii których świadomy klient szybko sobie poradzi, fake news pozostaje w obiegu znacznie dłużej, angażuje coraz to nowe grupy odbiorców i niepostrzeżenie – w myśl zasady, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą – zmienia postrzeganie rzeczywistości. Pokazały to choćby ruchy antyszczepionkowe, „fantomowy” kryzys uchodźczy w Polsce, brexit czy kampania wyborcza Donalda Trumpa. Szczegółowo omawiając te przypadki, autorka dowodzi, że na zagrożenia czyhające w internecie – algorytmizację, trolling, botting, propagandę komputacyjną – większość z nas jest po prostu nieprzygotowana. Rolę odgromnika mogłyby stanowić media, tyle że one też uwikłane są w tę grę, są areną tzw. walki informacyjnej, a dodatkowo w dobie postępującej degradacji etosu dziennikarskiego i otwartego dla każdego dostępu do globalnego audytorium, nie mają już tej siły przebicia co kiedyś. Specjalistom od dezinformacji tylko w to graj.

Demczuk, stojąc na stanowisku, że bez wolności wypowiedzi nie ma ani prawdziwej debaty, ani dyskursu publicznego, ocenia, że nadmiar tego przymiotu jest tak samo szkodliwy, jak i jego brak. Podsuwa więc rozwiązania – polityczne, finansowe, prawne – przeciwdziałające nadużywaniu tej wolności, akcentując zarazem, że takie instrumentarium może być znaczącym wsparciem, nie zastąpi jednak edukacji społeczeństwa. Społeczeństwa, co często bywa podkreślane, opartego na wiedzy, czyli takiego, w którym dąży się do poznania prawdy. Umiejętne oddzielanie sieciowych ziaren od plew trzeba uznać w takim kontekście za kluczową kompetencję, która będzie zyskiwać na znaczeniu, jeśli wziąć pod uwagę, że prawie połowa świata nadal jest offline. Wszystko zatem przed nami.

Agnieszka DEMCZUK, Wolność wypowiedzi w społeczeństwie informacyjnym, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2020.

Wróć