Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Kolejna ewaluacja osiągnięć naukowych zbliża się wielkimi krokami i według zapewnień władz ministerialnych nie będzie ona po raz kolejny przysunięta o rok. Co więcej, jej zasady nie mają już podlegać poważniejszym korektom. Na to zresztą ma nadzieję środowisko akademickie. Nie oczekiwało ono bowiem na nią biernie, lecz podejmowało kroki przygotowawcze. Wypowiem się tutaj nie tylko o tych krokach, ale także o zasadach.
Zapewne w środowisku akademickim jej ogólne zasady są pamiętane. Chciałbym powiedzieć jedynie parę słów o mankamentach tej zasady, że oceniane były tzw. podstawowe jednostki uczelniane: wydziały oraz instytuty naukowo-badawcze PAN. Na temat jej ujemnych stron mógłbym sporo powiedzieć. Pełniłem bowiem przez dwie kadencje funkcję dziekana Wydziału Nauk Społecznych UAM i byłem odpowiedzialny za jego przygotowanie do ewaluacji. Wypadł w niej dobrze, gdyż ani razu nie zszedł poniżej kategorii A. Na tym dużym wydziale zatrudnionych było ponad 200 pracowników naukowo-dydaktycznych i składał się on z czterech instytutów oraz jednej katedry. Problem polegał m.in. na tym, że nie był jednorodny dziedzinowo. Były na nim bowiem dwa instytuty sytuujące się w naukach społecznych (psychologii i socjologii) oraz dwa w naukach humanistycznych (filozofii i kulturoznawstwa). Przeprowadzający wówczas ocenę osiągnięć podobnych mu niejednorodnych jednostek Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych z tym problemem uporał się stosunkowo łatwo. Zastosował bowiem również zróżnicowane kryteria oceny.
Jednak w końcowej ocenie najistotniejsze znaczenie miały nie tylko wyniki uzyskane przez najsilniejsze jednostki wydziałowe, lecz także efektywność badawcza i publikacyjna pracowników, którzy dawali do przelicznika N (oznaczającego liczbę pracowników) razy 4 (oznaczającego liczbę branych pod uwagę publikacji) najwięcej wysoko punktowanych artykułów i monografii. Wywoływało to zadowolenie tych, którzy do przelicznika nie dawali nic albo niewiele. Niezadowoleni byli natomiast ci, którzy w głównej mierze przyczynili się do otrzymania przez ocenianą jednostkę wysokiej kategorii. Gdyby jeszcze ci pierwsi potrafili i chcieli właściwie ocenić i docenić osiągnięcia drugich. Z tym jednak różnie bywało. Zdarzało się bowiem, że wbrew oczywistym faktom je kwestionowali – m.in. w głosowaniach na radach wydziału nad wnioskami o przyznanie naukowym liderom wyróżnienia w formie nagrody ministra lub rektora.
Na moim ówczesnym wydziale był profesor, który co roku wykazywał się ponadprzeciętnymi osiągnięciami, więc przyznanie mu któregoś z wyróżnień przynajmniej mnie wydawało się kwestią bezdyskusyjną. Innego zdania byli jednak ci, którzy w głosowaniu takiego wniosku byli na „nie” lub wstrzymywali się od jego poparcia (liczba takich głosów była często spora). Nie będę wymieniał nazwiska tego lidera, nie był to bowiem jednostkowy przypadek. Zapewne przyczyniły się one do zmiany sposobu określania efektywności naukowej, przy którym spora grupa mało efektywnych naukowo pracowników akademickich mogła rozdawać i rozdawała uznaniowe „karty”.
Obecne zasady ewaluacji określone zostały w Ustawie 2.0 oraz w towarzyszących jej rozporządzeniach ministerialnych i generalnie są, a przynajmniej powinny być znane społeczności akademickiej. Powiem zatem krótko: po nowemu oceniane będą nie tzw. podstawowe jednostki organizacyjne, lecz dyscypliny naukowe, przy czym lista tych dyscyplin rozporządzeniem ministerialnym skrócona została o ponad połowę. Istotne znaczenie ma również to, że ocenie mają być poddane osiągnięcia jedynie pracowników naukowych i naukowo-dydaktycznych i to tylko wówczas, gdy afiliację do danej dyscypliny zgłosiło co najmniej 12 z nich, przy czym każdy może dać nie więcej niż 4 tzw. sloty. Jeśli pracownik ich nie ma – czyli w wykazie osiągnięć dyscypliny, do której dał swoją afiliację, stanowi N-O – to jego zero nie jest jednak „czystym” zerem, lecz jest N-O minus. Jeśli natomiast ma osiągnięcia, ale nisko punktowane, to są one wprawdzie brane pod uwagę, jednak działają na niekorzyść dyscypliny w jego uczelni oraz na korzyść jej konkurentów w innych uczelniach lub jednostkach PAN. Trzeba dodać, że uczelnie zostały zobowiązane do przystosowania tych i innych jeszcze regulacji Ustawy 2.0 do swoich zapisów statutowych i rozwiązań ustrojowych.
Na temat tego przystosowywania opublikowano już kilka raportów. Jeden z nich przedstawiony został w publikacji zbiorowej pt. Innowacje i konserwatyzm 2.0. Polskie uczelnie w procesie przemian (Toruń 2020). Zarówno z tego, jak i innych raportów wynika, że uczelnie różnie podeszły do wdrażania regulacji. Jedne dokonały faktycznie głębokich zmian w ustroju organizacyjnym. Należy do nich m.in. moja macierzysta uczelnia, UAM. Zmiany te wyrażają się m.in. w przystosowaniu jednostek wydziałowych do nowej listy dyscyplin naukowych. W przypadku mojego Wydziału Nauk Społecznych oznacza to jego podział na cztery mniejsze. Niektórzy już wcześniej optowali za separatyzmem od słabszych jednostek wydziałowych i są teraz zadowoleni. Natomiast niezadowoleni są przypisani do dyscypliny, z którą niespecjalnie im po drodze. Były jednak również uczelnie, jak np. UJ, które uznały, że najważniejsza jest tradycja ustrojowa, a innowacje zapisane w Ustawie 2.0 mają charakter przejściowy i w gruncie rzeczy nie warto o nie „kruszyć kopii” (jeśli tak można powiedzieć o pozostawieniu dotychczasowego podziału na wydziały). Wszystkie uczelnie stanęły przed problemem, który okazał się najtrudniejszy do rozwiązania. Stanowiło go dostosowanie długiej listy prowadzonych kierunków studiów i specjalizacji (na największych liczyła ona kilkaset pozycji) do krótkiej listy dyscyplin naukowych. Rzecz jasna nie można powiedzieć, że niczego w tym zakresie nie dało się zrobić, bowiem na niejednej uczelni pierwsza lista została znacznie skrócona (na UAM z ponad 300 do 200). Problem nie tylko w tym, że jest ona nadal dosyć odległa od krótkiej ministerialnej listy dyscyplin, ale przede wszystkim w tym, że nijak ma się ona do głoszonej na niejednej polskiej uczelni humboldtowskiej idei jedności badań naukowych i kształcenia studentów.
Dużo poważniejszym problem niż wydawało się to autorom i promotorom Ustawy 2.0, okazało się również ocenianie osiągnięć naukowych. To co miało miejsce przed wprowadzeniem tej regulacji prawnej, uznane zostało za swoistą chorobę środowiskową i nazwane punktozą. W najbardziej entuzjastycznych komentarzach do Ustawy 2.0 pojawiały się stwierdzenia, że przyczyni się ona do uleczenia jeśli nawet nie z wszystkich przypadków, to przynajmniej z tych, które przybrały patologiczny charakter. Dzisiaj na forach internetowych można znaleźć wypowiedzi wskazujące, że choroba się pogłębia i ujawnia kolejne ciemne strony, takie m.in. jak sprzedawanie punktów za spore pieniądze i kupowanie ich nie tylko przez autorów artykułów, którzy zgłaszają je do druku w stosunkowo wysoko punktowanych czasopismach, ale także przez zatrudniające ich uczelnie. Można oczywiście podziwiać plan biznesowy takich konsorcjów wydawniczych jak MDPI oraz umiejętność jego realizowania w praktyce, nie tylko zresztą w pozyskiwaniu chętnych do drukowania w jego czasopismach, ale także w pozyskiwaniu tych, którzy podejmują się ich opiniowania w procedurze recenzyjnej. Niejedno polskie czasopismo ma spory kłopot zarówno z pierwszymi, jak i z drugimi. MDPI znalazło na to proste, a jednocześnie zadziwiająco skuteczne rozwiązanie. Autorom artykułów może zaoferować za publikację taką liczbę punktów, jaką oferują tylko nieliczne polskie czasopisma. Natomiast recenzentom proponuje tzw. vouchery (o wartości 100 CHF), które stanowią swoistą zaliczkę na ewentualną publikację artykułów w jego czasopismach. Znam poważnych polskich uczonych zatrudnionych na poważnych uczelniach, którzy przystają na tę ofertę (mimo że na wykonanie recenzji otrzymują stosunkowo niewiele czasu), a uczelnie dopłacają brakujące kwoty do kosztów druku artykułów swoich pracowników (są one tak znaczne, że mało kiedy mogą być pokryte z owych voucherów).
Może ktoś zapytać: co w tym złego? Rzecz nie tylko w tym, że kupione punkty niekoniecznie oznaczają wysoki poziom naukowy publikacji, ale także w tym, że utrudniają obiektywną ocenę poziomu uprawiania danej dyscypliny w poszczególnych uczelniach. Utrudnia ją zresztą nie tylko polityka handlowa, ale także prowadzona na niejednej uczelni polityka kadrowa, w której liczba osób zgłaszających do danej dyscypliny swoje afiliacje jest stosunkowo niewielka. Natomiast osoby mało efektywne naukowo i publikacyjnie zachęcane są (w niejednym przypadku skutecznie) do przejścia z etatów naukowo-dydaktycznych na etaty dydaktyczne, a co za tym idzie, nie są wykazywane w owym N. Może to się przełożyć na otrzymanie niższej dotacji budżetowej. Na pewno jednak naukowi słabeusze nie są „kamieniem u szyi” tych, którzy mają tak znaczące osiągnięcia naukowe, że mogą oczekiwać otrzymania przez ich dyscyplinę wysokiej kategorii. Wychodzi na to, że w ewaluacji po nowemu jest, przynajmniej pod tym względem, „po staremu”.
Odwołam się do wypowiedzi przewodniczącego KEN, prof. B. Skoczenia, zamieszczonej w poprzednim numerze FA. Znalazły się w niej bowiem nie tylko ważne informacje na temat obecnych zasad ewaluacji, lecz także zachęta do poważnych dyskusji nad ich modyfikacją. W moim przekonaniu wypowiedź ta może jednak przyczynić się do pewnego obniżenia poziomu emocji, które towarzyszyły niektórym decyzjom KEN, takim m.in. jak uwzględnienie w małym stopniu propozycji punktowych powołanych przez ministerstwo zespołów ds. oceny czasopism. Na pierwszym planie znalazła się w niej nie kwestia owej listy czasopism, lecz sposobu oceniania osiągnięć naukowych. Zdaniem przewodniczącego KEN, „bardzo podobny ma Australia”, ale „zupełnie odmienny” Francja. Przyznaje on przy tym, że „osobiście bardzo wysoko ceni” ten drugi. Skłania mnie to do postawienia pytania: dlaczego nie udało się przekonać do niego akademickich decydentów lub chociażby większości członków KEN? Argument, że jest to system kosztowny, mnie nie przekonuje. W dokonanie zobiektywizowanej oceny osiągnięć polskiej nauki warto bowiem zainwestować zarówno czas, jak i spore pieniądze. Za systemem francuskim przemawia m.in. to, że jest całościową oceną, w której uwzględniane są „zarówno badania naukowe, jak i kształcenie”. Kwestia całościowej oceny wiąże się w tej wypowiedzi z kwestią powoływania ekspertów. Prof. Skoczeń wskazuje takich ekspertów wśród członków KEN i zapowiada „tworzenie bazy ekspertów, którzy zechcą wziąć udział w ewaluacji. Zapewne będzie to kilkaset osób”.
Emocje wywołane wcześniejszymi decyzjami takich ekspertów przekonują, że jest z tym poważny problem. Szczególnie poważne zastrzeżenia wywołał stosowany przez ekspertów KEN bibliometryczny system oceny czasopism. Potrafię zrozumieć, że do oceny ogromnej liczby ukazujących się na świecie czasopism potrzebny jest w miarę prosty sposób wyłaniania tych, które posiadają przynajmniej zewnętrzne znamiona naukowości, takie np. jak liczba przywołań zamieszczonych w nich artykułów. Natomiast nie bardzo rozumiem, dlaczego traktowane są one tak, jakby był to najważniejszy wskaźnik ich naukowego poziomu. Warto zadbać o to, aby „przeczesywanie” przez bibliometrów wskaźników przywołań nie przypominało mieszania łyżeczką w szklance herbaty. Z całą pewnością od samego mieszania nie staje się ona słodsza, a nawet klarowniejsza. Z wiarą w moc sprawczą „łyżeczki” nie tylko trzeba polemizować, lecz także zastosować skuteczną terapię. Nie upierałbym się jednak przy tym, że jest nią dopisanie do listy czasopism przez ministerialnych decydentów kilkudziesięciu pozycji i podniesienie punktacji kilkudziesięciu innym.
Aby jednak nie wyszło na to, że znowu się czegoś czepiam, powiem na koniec, że przynajmniej niektóre decyzje ekspertów oceniam pozytywnie. Moje uznanie budzi m.in. decyzja o podniesieniu punktacji za recenzowane monografie naukowe. Moim zdaniem, stanowi ona świadectwo uwzględnienia opinii osób, które za anomalię uznają sytuację, gdy stosunkowo łatwy do przygotowania artykuł otrzymuje dużo więcej punktów niż obszerna i trudna do napisania monografia naukowa. Przydałoby się jeszcze określenie progowych warunków dla takich monografii, bowiem dzisiaj uchodzą za nie również różnego rodzaju artykułowe „sklejki”. Uważam, że warto wprowadzić – przynajmniej w naukach humanistycznych i społecznych – minima objętościowe (takie chociażby jak wcześniej) i warsztatowe (takie np. jak stopień wykorzystania fachowej wielojęzycznej literatury).
Wróć