Piotr Müldner-Nieckowski
W Podyplomowym Studium Edytorstwa (szkoły redagowania na UKSW, istniejącej w latach 2000-2019) jedno z istotnych pytań, które na pierwszym kolokwium zadawałem studentom, brzmiało jak następuje: Jeśli wydawnictwo otrzymuje oryginał książki napisany ręcznie, to którą maszynistkę do przeniesienia tego na komputer wybrałbyś spośród trzech następujących kandydatek: 1) tę, która przepisuje tekst dokładnie ze wszystkimi jego błędami, 2) tę, która przepisując, dostrzega podstawowe błędy, takie jak literówki czy braki interpunkcji, i od razu przepisuje poprawnie, czy też 3) tę, która poprawia także błędy merytoryczne, takie jak na przykład niewłaściwa data urodzenia Adama Mickiewicza albo niepoprawna nazwa leku?
Zdecydowana większość (88%) wybierała odpowiedź 2. i tłumaczyła to tym, że przecież błąd literowy jest czymś oczywistym, a przecinki stawiać umieją wszyscy, którzy zajmują się tekstami, i także tym, że taka postawa maszynistki znacznie oszczędzi czas późniejszego redagowania tekstu już lepszego niż oryginał.
Otóż dla każdego, kto choć chwilę się zastanowi, poprawna powinna być wyłącznie odpowiedź 1. Osoba przepisująca ma przepisywać, i to dokładnie, ściśle, nic więcej. Nie ma prawa redagować, a to z wielu powodów. Przepisywanie, zwłaszcza szybkie, na tyle utrudnia analizę tekstu, że nawet dobry redaktor, jeśli bierze się do wstukiwania, powinien się wtedy powstrzymać z poprawianiem, a skupić na kontroli, bo z całą pewnością coś wstuka z klawiatury źle.
W prowadzonej przeze mnie firmie wydawniczej przez kilka lat w ramach szkolenia wewnętrznego sprawdzałem tę tezę przez wyznaczanie redaktorom odpowiednich zadań. Między innymi zlecałem przepisywanie z poprawkami, czyli stosowanie typu 2. Służyło to edukacji, ale jednocześnie dawało ważne informacje praktyczne. Ponieważ po kilkunastu latach materiał stał się dość duży (ponad 50 przypadków), uważam, że wyniki mają sens także naukowy. Zawsze działo się podobnie. Przepisujący pewne błędy rzeczywiście naprawiali, ale najczęściej jednak w sposób istotny zniekształcali zapis oryginału niezgodnie z intencjami autora. Czasem też dodawali błędy swoje.
Nie tylko ingerowali w intencje autora, ale także nie kontrolowali kontekstu poprawianych elementów i wobec tego nieraz poprawiali to, co w tekście było najzupełniej poprawne.
Oto klasyk z zadań, o których mowa. Do przepisania było opowiadanie o spotkaniu Chorwata z Rosjanką i Polką. W pewnym momencie jedna z bohaterek utworu wypowiada kwestię dialogową: „Dziś od rana sołnce swieti bardzo mocno, aż robi się gorąco”. Przepisujący natychmiast „zauważył błąd” i go poprawił, po czym zdanie przybrało postać: „Dziś od rana słońce świeci bardzo mocno, aż robi sie gorąco”.
Jak łatwo dostrzec, frazę „sołnce swieti” potraktował jako zniekształconą przez błędy literowe, a nie jako kontekstowo uzasadnioną (wypowiada je Rosjanka) i z lekka przez autora zniekształconą (usunął „t” z końca drugiego wyrazu) transkrypcją. Jest oczywiste, że osoba, która potem miałaby redagować tak przerobiony tekst, nie wiedziałaby, że przetworzono ważną dla utworu frazę „sołnce swieti(t)”, co spowodowałoby uszczuplenie oddziaływania tekstu na czytelnika i ograniczyłoby zawartą w oryginalnym dialogu charakterystykę bohaterki, bo ta przecież miała mówić w szczególny sposób.
Natomiast zupełnie nie zauważył, że w czasie pisania wyrazu „się” sam popełnia pomyłkę, wybierając z klawiatury znak „e”, a nie „ę”. Brak ogonka w wyrazie „się” to częsty błąd z niedowidzenia zmęczeniowego. Szczególnie słabo widzi się wady w tytułach, nagłówkach, żywych paginach, czyli elementach tekstu zdezintegrowanych. A to wcale niebłahy problem, bo z takich właśnie niedoskonałości publikacji biorą się negatywne opinie o autorze i wydawcy.
Przed laty przygotowywałem szereg tomów literaturoznawczych na zlecenie Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, które mieści się w Podkowie Leśnej w słynnej willi, noszącej nazwę Stawisko. Autorka ładnej skądinąd okładki trzeciego tomu przez pomyłkę umieściła błędny napis „Srawisko”, po czym przeniosła to metodą kopiuj-wklej na stronę tytułową, którą też doskonale skomponowała, ale „Srawisko” niestety się powtórzyło. Nikt tego nie zauważył. Ani autorka rysunku, ani kilka pań w Muzeum, ani dyrektor, ani ja, ani osoba, która w mojej firmie wykonywała skład, ani korektorka. NIKT. Wszyscy patrzyli, ale zobaczył dopiero pracownik obsługi maszyny drukarskiej, który wybuchnął śmiechem i w ten sposób zainteresował właściciela drukarni, a ten pozostałych.
Jeśli usługa pośrednika ma być kompletna i nietraumatyczna, to dobrze jest sprawdzić, czy pracownik ten wie, jak ważne jest ścisłe trzymanie się treści zadania, i jednocześnie, że sprawdzanie tego, co się zrobiło, stanowi podstawę poprawności wykonania.
Pośrednictwo, polegające na operowaniu przekazywaniem treści, jest, podobnie jak pewne rodzaje komunikatów (na przykład informacja czy definicja), pojęciem etycznym. Jest też problemem wyraźnie prakseologicznym. Wymaga bowiem wyuczenia, przećwiczenia, wyrobienia nawyków takich jak momentalne sprawdzanie, standaryzowanie procedur, porównywanie ze wzorcami. Niestety tego chyba nikt w szkołach podstawowych, średnich ani humanistycznych wyższych (z wyjątkiem może medycyny, humanistyczno-przyrodniczej) nie uczy.
e-mail: lpj@lpj.pl