logo
FA 9/2021 czy mamy kompleks Zachodu?

Wojciech Dyduch

Nie kompleks, tylko warsztat i praca

Nie kompleks, tylko warsztat i praca 1

Rys. Sławomir Makal

Kwestia relatywnie niższej rozpoznawalności międzynarodowej czy mniejszej „produkcji” naukowej to nie wynik niższości czy kompleksów, lecz modeli nauki w świecie zachodnim działających na zasadach biznesowych o dużych barierach wejścia, a także braku technicznej wiedzy jak włączyć się w te modele.

Czy gdyby Karol Adamiecki wygłaszał i publikował swoje oparte na obserwacji praktyki opracowania w języku angielskim, a nie polskim i rosyjskim, świat uczyłby się dziś – obok zasad Fayola – o zasadach Adamieckiego, a wykresy Ganta zwane byłyby wykresami Adamieckiego? Czy gdyby Tadeusz Kotarbiński opublikował Traktat o dobrej robocie jako podręcznik organizacji i zarządzania od razu w języku angielskim, to byłaby to najbardziej cytowana pozycja; lub gdyby założył w 1955 roku i redagował „Journal of Good Work”, czy byłoby to dziś wybitne czasopismo za 200 punktów z Impact Factor co najmniej 9,0? Czy wreszcie, gdyby Jan Zieleniewski napisał swój artykuł na temat efektywności badań naukowych z innymi autorami z USA, Finlandii, to byłby on opublikowany w „Academy of Management Journal”? I czy to wszystko miałoby znaczenie dla wagi odkryć dokonanych przez tych naukowców?

W świecie wiadomo o wielu polskich badaczach z obszaru organizacji pracy, nauk o zarządzaniu, filozofii zarządzania czy naukoznawstwa. Czasem można jednak odnieść wrażenie, że to mistrzowie poprzednich pokoleń, zaś tylko niewielkiemu odsetkowi współczesnej kadry akademickiej udaje się z rozmachem przekuć badania naukowe w sukces na miarę tego, czego dokonuje świat anglosaski. Mieliśmy Adamieckiego, a tymczasem świat dziś o nim nie wspomina tak często jak o Fayolu czy Gantcie, mimo iż był jednym z nich, ważnym twórcą nauki o organizacji i kierowaniu. Rodzi się pytanie, dlaczego polskie dokonania, mimo iż często co najmniej tej samej rangi jak te, które zostały opracowane na Zachodzie, nie zawsze mogą się tam przebić i skąd bierze się kompleks anglosaskich uczelni i amerykańskich naukowców. W niniejszej refleksji dotyczącej kompleksów w polskiej nauce, za zaproszenie do której dziękuję redakcji „Forum Akademickiego”, podzielę się spostrzeżeniami wskazującymi, że kwestia relatywnie niższej rozpoznawalności międzynarodowej czy mniejszej „produkcji” naukowej to nie wynik niższości czy kompleksów, lecz modeli nauki w świecie zachodnim działających na zasadach biznesowych o dużych barierach wejścia, a także braku technicznej wiedzy jak włączyć się w te modele, przy relatywnie niższym instytucjonalnym wsparciu i finansowaniu oraz nieciągłej zmianie systemu uprawiania nauki w Polsce.

Czy polska nauka jest zakompleksiona?

Kompleks w potocznym rozumieniu uznaje się za zaburzenie, a także określenie niemiłych bądź wstydliwych tematów, których poruszenie wywołuje wstyd, lęk bądź niepokój (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kompleks_(psychologia)). Jeżeli za wstydliwe tematy uzna się kwestie publikowania w języku angielskim, publikowania w indeksowanych czasopismach, kierowania grantami, współpracy międzynarodowej, dostępu do konkurencyjnych dużych grantów, odsetka kadry akademickiej odpowiedzialnej za większość produkcji naukowej, liczby publikacji w indeksowanych bazach w porównaniu z innymi krajami w Europie, to faktycznie może narodzić się pewna mało optymistyczna refleksja. Okazuje się, że w Polsce 10% najbardziej produktywnych autorów odpowiada za połowę naukowego dorobku, podczas gdy np. w Norwegii jest to 20% kadry, zaś we Włoszech 12% autorów odpowiada za ponad jedną trzecią całej produkcji naukowej (M. Kwiek: Kim są najbardziej produktywni polscy naukowcy? Produktywność badawcza w niezróżnicowanym i niekonkurencyjnym systemie nauki, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe” 1–2(53–54)/2019). Dodatkowo, nauki społeczne, w tym nauki o zarządzaniu i jakości, postrzegane są jako mniej konkurencyjna dyscyplina z ograniczonym dostępem do konkurencyjnego finansowania grantowego. Jest to też dyscyplina relatywnie mniej skuteczna na tle innych, jeśli chodzi o międzynarodową widoczność (http://ekulczycki.pl/warsztat_badacza/miedzynarodowa-widocznosc-prac-polskich-naukowcow-wszystkie-dyscypliny). Nie zawsze jest to kwestia zaniechania. Po prostu nie każdy ośrodek akademicki czy jednostka naukowa dysponuje finansami, aby wysłać pracownika na konferencję międzynarodową; nie każdy pracownik jest w stanie pozyskać i kierować dobrym grantem i nie każdy zna na tyle angielski, aby samodzielnie napisać tekst. Nie każdy też wie, że przetłumaczony z języka polskiego artykuł bez rzetelnych badań naukowych nie dostanie się do renomowanego czasopisma z listy.

Z drugiej jednak strony warto przyjrzeć się optymistycznej dynamice zmian. Naukowcy w Polsce, mimo iż przez ostatnie trzydzieści lat (a pomijając okres po transformacji – siedemdziesiąt lat) funkcjonowali w innych warunkach niż badacze na świecie, stoją obecnie przed podobnymi wymaganiami co ich koleżanki i koledzy z innych krajów. Podczas gdy np. w Niemczech zmiana systemu uprawiania nauki trwała prawie dwadzieścia lat, w Polsce ta zmiana jest nieciągła i radykalna w niektórych punktach czasu. Mimo innego punktu startowego budujemy międzynarodowe zespoły, publikujemy za granicą, a obserwując wskaźnik research performance, widzimy wyraźnie, że przy znacząco niższych nakładach na naukę polska kadra akademicka publikuje proporcjonalnie więcej niż kadra w innych krajach zachodnich. Na tle Europy Polska – mimo, iż osiągnęła tylko połowę wartości oczekiwanego wskaźnika publikacyjnego – wypadała już całkiem nieźle kilka lat temu (Research performance analysis for the Polish FNP, funding schemes, Poland and benchmark countries 2002-2012/13. CWTS, Leiden University, 2015, s. 34). Współpraca międzynarodowa przejawiała się w przypadku 35,5% publikacji, podczas gdy w pozostałych krajach europejskich było to 36,1%. Co więcej, można zauważyć, że odsetek kadry akademickiej niepublikującej w czasopismach indeksowanych w ostatniej dekadzie spada (M. Kwiek, Kim są…). Obserwując dokonania osób z obszaru nauk o zarządzaniu, wyraźnie widzimy wzrost liczby książek publikowanych w języku angielskim w wydawnictwach zachodnich, wzrost publikacji w czasopismach zagranicznych ze „średniej lub wyższej półki”, udział w międzynarodowych zespołach badawczych czy europejskich projektach naukowych. Już teraz jest to powód do dumy, a jeżeli ten trend utrzyma się, to problem kompleksów zniknie.

Kiedy ponad dwadzieścia lat temu, po roku pracy na stanowisku asystenta, tekst autorstwa mojego i mojego zmarłego mentora prof. Mariusza Bratnickiego został przyjęty na konferencję Strategic Management Society, w naszej katedrze zapanowało święto. Potem były wystąpienia na innych międzynarodowych konferencjach: EURAM, RENT, Academy of Management. Prezentowaliśmy ciekawe badania inicjowane w katedrze przez Profesora; nie dało się wówczas odczuć jakiegoś kompleksu. Owszem wówczas Polska, będąca kilkanaście lat po transformacji, u progu wejścia do Unii Europejskiej, budziła ciekawość i zainteresowanie. Po prezentacjach konferencyjnych pytano nas o metody badawcze, o dobór próby czy sposób konstrukcji kwestionariuszy, ale w kuluarach bardziej ciekawiło to, jak jest w Polsce, a później – co się zmieniło po wstąpieniu do UE. Udało się nam wówczas zdiagnozować model funkcjonowania zachodniej nauki. Duże towarzystwa, organizujące wielkie światowe konferencje za równie duże składki i opłaty, zapraszające porywających mówców i wielkie nazwiska. Wszystko z rozmachem. Do tego własne periodyki, w których publikowane były tylko najlepsze teksty z konferencji, a pozostali prelegenci dzięki pytaniom i uwagom po prezentacjach mogli ulepszyć tekst i opublikować go w czasopismach z „niższej półki”. Udało się też zaobserwować model funkcjonowania naukowców przed profesurą kontraktową: praktycznie ustawiczna „produkcja” i skuteczne publikowanie. W wydaniu zachodnim nauka to nie dywagacje na tematy terminologiczne, tak często obecne na polskich konferencjach, to nie dyskusja o różnicy między zarządzaniem a kierowaniem, ale zdobywanie środków na badania, prowadzenie ich oraz publikowanie uzyskanych wyników przy współpracy z innymi oraz autentyczne sprzężenie z praktyką gospodarczą. Wreszcie udało się też zaobserwować środowisko badaczy z innych krajów, m.in. z Finlandii, którzy zachęceni przez krajowych decydentów i własne uczelnie w relatywnie krótkim czasie opanowali techniczny warsztat produkcji naukowej. Dobrze władali angielskim, wiedzieli, jak prowadzić konferencyjny networking, aby zebrać grupę pasjonatów z innych krajów, zorganizować się i wysłać po konferencji tekst do konkretnego „dżurnala”. My wtedy tak nie potrafiliśmy i faktycznie czuliśmy się nieco zakompleksieni, pomimo pięknie przedstawianych konferencyjnych prezentacji.

Okazuje się więc, że skuteczna produkcja naukowa to nie kwestia kompleksu, ale warsztatu i umiejętności, które zdobywa się, obcując ze środowiskiem międzynarodowym. Istnieje na ten temat sporo publikacji, które precyzyjnie przypatrują się czynnikom wpływającym na dostrzeganie i cytowanie czyjegoś dorobku naukowego. Przykładowo, niedawno przeprowadzone badania sugerują, że istotne znaczenie mają: (a) wybór czasopisma o wysokim impact factor, (b) finansowanie prowadzonych badań naukowych, (c) obszar, w jakim podejmuje się badania, (d) liczba krajów, z jakich pochodzą autorzy tekstu, zaś w mniejszym stopniu (e) prestiż instytucji czy (f) długość streszczenia i liczba pozycji literatury (F. Didegah, T.D. Bowman, K. Holmberg, 2018, On the differences between citations and altmetrics: An investigation of factors driving altmetrics versus citations for Finnish articles, “Journal of the Association for Information Science and Technology”, nr 69, s. 832-843). Wyniki te nie zaskakują, ale potwierdzają to, co intuicyjnie można przeczuwać, że opanowanie – obok niezbędnego pomysłu na temat badawczy i merytorycznej wiedzy – technicznych zasad, które zna kadra w innych krajach, a których my się jeszcze ciągle uczymy, jest podstawą, aby promować na świecie dorobek polskich badaczy. Wspomniana wcześniej dynamika zmian pokazuje jednak, że jesteśmy pojętnymi uczniami.

Czy powinniśmy bezkrytycznie przyjmować wszystko to, co oferuje model anglosaski? Oczywiście nie. Nie można zaniedbywać rynku krajowego, bo to nasz „podstawowy rynek”. Nie powinno się omijać dobrych krajowych czasopism tylko dlatego, że nie oferują wystarczającej liczby punktów lub nie mają odpowiedniej siły przebicia; nie można przestać pisać książek po polsku. Jednak nie można też „stawać okoniem” wobec tego, co dzieje się na świecie i czekać aż pociąg odjedzie. Skoro Finowie mogli się przestawić i publikują wyniki swoich badań na forum światowym, możemy i my. System awansowania w Polsce – rozwinięty w uniwersytetach pruskich, spopularyzowany w Niemczech i obowiązujący z modyfikacją radziecką w Polsce od lat pięćdziesiątych – zakładał, że po doktoracie, a przed profesurą, na podstawie znacznego dorobku i przedstawienia rozprawy, można było uzyskać samodzielność naukową, wyrażaną stopniem doktora habilitowanego. W praktyce często oznaczało to konieczność zgromadzenia po doktoracie pewnej powszechnie przyjętej w środowisku liczby artykułów, napisanie rozprawy habilitacyjnej i przejście przez wymagające kolokwium będące egzaminem z dyscypliny. Do profesury „belwederskiej” ważne było zgromadzenie liczby artykułów większej niż przy habilitacji i opublikowanie tzw. książki profesorskiej. W świecie anglosaskim między doktoratem a kontraktową profesurą nie ma stopni pośrednich, a w związku z tym i publikacji awansowych. Tam doktorat – przy którym opanowuje się warsztat naukowy i metodykę badawczą – jest potwierdzeniem samodzielności i bramą do nauki. Potem już tylko należy stale publikować, aby się utrzymywać na rynku (publish or perish). Nawet utytułowani profesorowie wciąż publikują, choć zależy to oczywiście od ich pasji, instytucji zatrudniającej i kontraktu.

Nowe regulacje awansowe w Polsce sięgają po rozwiązania anglosaskie, wymagając w sposób formalny bądź nieformalny publikacji międzynarodowych, kierowania grantami pozyskiwanymi w konkursach czy przyzwoitych wartości indeksu Hirscha odzwierciedlających rozpoznawalność naukowca w środowisku. W miejsce znacznego przekroczenia dorobku przy profesurze pojawia się wymóg wybitnych osiągnięć. Idea jest słuszna, bo z jednej strony motywuje do systematycznej pracy, konkurowania i starania się o wyniki. Z drugiej strony powoduje pewną korporatyzację nauki z presją na efektywność i pracą na wysokich obrotach do emerytury, przez co dyskusja akademicka zastąpiona zostaje punktami, indeksami i parametrami. Jakość publikacji w niektórych przypadkach spada, bo tyle samo punktów oferuje dobre czasopismo, do którego trudno się dostać, jak i czasopismo na granicy drapieżności, w którym jest nieco łatwiej i szybciej, a punkty dla jednostki zostaną.

Systemowe kierunki zmian, czyli jak pozbyć się kompleksów

Co w tej sytuacji można zrobić, aby pozbyć się poczucia niższości? Daleko mi do kaznodziejczych rekomendacji, bo sam systematycznie odpowiadam na wymagające recenzje, poprawiam kilka razy teksty, z których później jeden na cztery zostaje przyjęty do publikacji (Jak to uroczo ujął jeden z profesorów zajmujących się przedsiębiorczością: „ciągle się trzeba użerać z rewjułerami, a potem często nic z tego”). Jednak na podstawie własnych obserwacji, a także wskazań innych można pokusić się o pewne podsumowania. Z jednej strony można by spróbować stworzyć „polski model” od nowa, z własnymi silnymi instytucjami, dofinansowanymi periodykami i organizowanymi w kraju międzynarodowymi konferencjami, na których światowa czołówka będzie chciała się rokrocznie pojawiać i zrzeszać śmietankę światowych nauk o zarządzaniu. Zbudowanie takiego modelu alternatywnego do europejskiego czy anglosaskiego pochłonęłoby jednak wiele lat pracy i wiele środków. Z drugiej strony należy dalej włączać się w model anglosaski i od tego raczej nie uciekniemy, jeśli chcemy, aby wyniki polskich badań były dostrzegalne w świecie nauki. Wydaje się, że sensowna jest ścieżka łącząca oba rozwiązania. Należy stworzyć takie otoczenie prawne, instytucjonalne i finansowe, które pozwoli kadrze akademickiej wykorzystać potencjał badawczy, jeszcze bardziej umożliwi korzystanie ze światowych relacji, tworzenie międzynarodowych zespołów i publikowanie za granicą. Ale należy też rozwijać istniejącą od wielu lat bazę krajową z bogatym dorobkiem i tradycjami.

Co można konkretnie zrobić, aby polskie nauki o zarządzaniu wyzbyły się „kompleksu”, a więc tego niepokoju wynikającego z porównania z innymi w zakresie grantów, liczby publikacji, finansowania badań? Po pierwsze, można pomyśleć o zorganizowaniu – na wzór Academy of Management, European Academy of Management, British Academy of Management („na wzór” nie oznacza kompleksu, lecz podpatrywanie dobrych praktyk) – dorocznej, wielkiej, drogiej, wystawnej, a przede wszystkim merytorycznie wspaniałej konferencji (Polish Academy of Management), z zaproszonymi do sesji plenarnej naukowcami ze światowej czołówki, miejscem na międzynarodowy networking i konkretnymi możliwościami publikacyjnymi po zakończeniu wydarzenia. Na rynku krajowym taką największą i integrującą w sposób fantastyczny środowisko zarządzania konferencją jest Szkoła Letnia Zarządzania, organizowana co dwa lata pod patronatem Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania Polskiej Akademii Nauk. Międzynarodowa odsłona konferencji mogłaby być równie atrakcyjna.

Po drugie, należy rozważyć zainwestowanie w wydawane w Polsce anglojęzyczne czasopismo z obszaru nauk o zarządzaniu, które będzie indeksowane i cytowane, a po nabraniu odpowiednich parametrów stanie się polskim flagowcem w dyscyplinie nauk o zarządzaniu. To wymaga ogromnej pracy i nakładów, a także skoordynowania działań na poziomie ponadinstytucjonalnym. Chińczykom z wydawnictwa MDPI udało się wypromować tak dużą liczbę czasopism z różnych dyscyplin niekoniecznie dlatego, że są lepsi, ale dlatego, że „rozgryźli” system naukometryczny zachodnich czasopism, rozbili go i nie zawahali się sowicie zainwestować, aby stworzyć atrakcyjną alternatywę: czasopisma o podobnych wskaźnikach, oferujące szybkie publikacje, praktycznie nieograniczone, jeśli chodzi o przyrost tekstów. Teraz inwestycja zwraca się, gdy inni płacą za artykuły w otwartym dostępie publikowane w iście ognistym tempie (W roku 2020 w czasopiśmie „Sustainability” opublikowano 10 570 artykułów, a szacowane przychody brutto z tytułu opłat publikacyjnych wyniosły prawie 22 mln dolarów). Pomijam tu kwestię uczciwości i rodzące się wątpliwości dotyczące sposobu włączenia się do systemu. Faktem pozostaje to, że dobre, punktowane, rozpoznawalne czasopismo międzynarodowe z zarządzania wydawane w Polsce, umieszczone w dobrych bazach i z rozwijanym wpływem, pozwoliłoby szybciej wejść na drogę do pożądanego modelu. Czesi, Litwini, Estończycy i inni robią to z powodzeniem.

Po trzecie, konieczne jest wsparcie dla już wydawanych w Polsce czasopism z wieloletnią tradycją, często ukazujących się dzięki wielkiemu wysiłkowi towarzystw naukowych, pasjonatów, uczelni czy samorządów. Przyznanie im niższej punktacji powoduje, że naukowcy w ramach punktozy uciekają często do innych wydawnictw, w tym zagranicznych, i tam kierują strumień pieniądza badawczego. Kto przeszedł przez system recenzyjny takich czasopism jak „Przegląd Organizacji”, „E-mentor”, „Problemy zarządzania” czy „Problemy jakości”, wie, że jest on wymagający. Dobrze się stało, że po ostatniej „waloryzacji” punktów te wydawnictwa mają obecnie 40 pkt. Potrzebują jednak co najmniej 70 pkt., aby być atrakcyjnymi dla autorów. „Organizacja i Kierowanie”, najstarsze czasopismo w Polsce z obszaru zarządzania, obecnie praktycznie nie ma zgłoszeń artykułów, ze względu na wycenę 5 punktów.

A co mogą zrobić młodzi adepci, aby „wejść w system”? Po pierwsze, przegląd artykułów z czołówki czasopism polskich i zagranicznych za ostatnie dwa lata pozwala na wyszukanie w tytułach artykułów słów kluczowych i rozeznanie aktualnych na świecie luk badawczych, które mogą być podstawą do szukania interesujących poznawczo tematów, prowadzenia badań i rozwijania własnych publikacji. Czytając angielskie artykuły, warto podpatrywać ich strukturę, zawartość poszczególnych sekcji czy nawet konkretne sformułowania. Warto odejść od pisania ogólnych, przyczynkarskich tekstów zaczynających się od „Współczesne przedsiębiorstwa funkcjonują w turbulentnym otoczeniu”. Po drugie, warto wyjść poza mury własnej jednostki i zorganizować międzykatedralny, międzyuczelniany, a najlepiej międzynarodowy zespół, w ramach którego zostanie przygotowany artykuł naukowy prezentujący badania. Na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach zainicjowano w tym roku „Beyond Barriers” – konkurs na interdyscyplinarne projekty badawcze z zespołami badawczymi budowanymi z osób o zróżnicowanym doświadczeniu, dzięki czemu osoby mniej doświadczone mogą uczyć się od posiadających już warsztat publikacyjny i know-how. Po trzecie, nie należy żałować środków na weryfikację językową artykułów wysyłanych za granicę (proofreading). W przeciwnym razie artykuł będzie napisany w języku angielskim, ale nie po angielsku. Po czwarte, warto wysyłać teksty do czasopism z półki wyższej. Być może zostaną odrzucone, jeżeli zaś nie, można otrzymać konstruktywne recenzje pomagające w udoskonaleniu tekstu. Podobną funkcję spełniają zresztą konferencje międzynarodowe, na których uwagi i pytania po prezentacji mogą skierować wysiłek badawczy na odpowiednie tory. Po korektach można wysłać tekst do czasopism o niższych wskaźnikach.

Po piąte, warto przyglądać się, jak robią to inni. Michael Hitt, znany badacz zarządzania strategicznego, w samym tylko 2021 roku opublikował już jedną książkę w Oxford University Press i dziewięć artykułów w czasopismach ze światowej czołówki, m.in. „Academy of Management Perspectives”, „Leadership Quarterly” (na podstawie profilu Google Scholar, stan na dzień 23.08.2021 r.). Sloty jak się patrzy. Takie informacje mogą zrodzić kompleksy. Pobieżna analiza publikacji wskazuje, że (a) wszystkie są dziełem zespołu, często doktorantów profesora, którzy zapewne wykonują kawał operacyjnej roboty, np. przeglądu teoretycznego czy obliczeń statystycznych; (b) każdy artykuł publikowany jest z innego projektu w innym zespole badawczym, na inny temat i w szytym na miarę do tematu czasopiśmie (o koronawirusie w „Journal of World Business”, o firmach rodzinnych w „Journal of Family Business Strategy”), (c) teksty przygotowywane są ustawicznie, w różnych zespołach badawczych, w regularnym tempie i „na zakładkę”; nie ma miejsca na luki w produktywności.

Podsumowanie

Czy przez polską naukę świat może wpaść w kompleksy? Na pewno tak się dzieje w przypadku nauk ścisłych i przyrodniczych, medycznych czy inżynieryjno-technicznych. Uznane publikacje w międzynarodowych czasopismach z medycyny, chemii czy astronomii, konstruowane sondy, łaziki i satelity, odkrywane egzoplanety zachwycają i napawają dumą. W przypadku nauk humanistycznych lub społecznych jest to trudniejsze. Nie oznacza to, że w tych dziedzinach nie ma sukcesów lub że z dorobku tych dziedzin nie powinniśmy być dumni. Wręcz przeciwnie. Dobrze, że są dziś naukowcy, którzy popularyzują za granicą dorobek Karola Adamieckiego, Tadeusza Kotarbińskiego, Jana Zieleniewskiego i innych. Należy zachować to co dobre w polskiej nauce, ochronić jej dorobek i tradycje, zaś z modeli zachodnich skorzystać w tym zakresie, który pomoże naukowcom pracować w międzynarodowych zespołach i być rozpoznawanym na świecie. Nie powinniśmy też mówić o kompleksach, bo to utrwala stereotyp. Powinniśmy mówić o sukcesach i chwalić się nimi; doceniać dokonania swoje i innych.

Prof. da hab. Wojciech Dyduch, dziekan Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, przewodniczący Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania PAN

Wróć