logo
FA 9/2021 felietony

Leszek Szaruga

Nauka polska w świecie

Nauka polska w świecie 1

Fot. Stefan Ciechan

W czasach zamierzchłych, po roku 1989, gdy trwały w Polsce różne procesy transformacyjne, myślałem i dyskutowałem o tym, jakie ten czas otwiera szanse przed nauką polską i nadziwić się nie mogłem, że na rozwój w tej dziedzinie państwo przeznacza nakłady dalekie od 1% PKB. Kombinowałem, tak oto: od dwustu lat kraj po raz pierwszy nie tylko odzyskiwał pełnię suwerenności, ale w dodatku nie był przez sąsiadów zagrożony – Niemcy mieli się czym zajmować we wcale niełatwym procesie zjednoczenia kraju, Rosja miała kłopoty w procesach rozpadu Związku Sowieckiego, Czesi i Słowacy zajmowali się swoim rozwodem, czyli spokój i cisza, nie trzeba się na gwałt zbroić (ale to tylko moje zdanie, w końcu wojsko jest od tego, żeby wyrywać kasę dla siebie), gospodarka, choć nie bez wstrząsów, zaczyna się nakręcać, a zresztą, dodawałem, ani gigantem przemysłowym, ani mocarstwem militarnym i tak nie mamy szansy zostać, należy zatem tyle, ile się da, wpakować w głęboką reformę szkolnictwa i rozwój nauki. I to im prędzej, tym lepiej – historia w miejscu nie stoi, jak o tym przekonywał Fukuyama, a zatem taka luka nie będzie trwać wiecznie.

Lecz przekonanie polityków o tym, że pieniądze na naukę to dotowanie czy sponsorowanie, jest mylne – to poważna inwestycja w przyszłość. Bo nic nie stoi na przeszkodzie temu, by, przynajmniej w wybranych dziedzinach nauki, uczynić Polskę jeśli nie mocarstwem, to poważnym graczem. Tyle że trzeba się pogodzić z faktem, który dla polityków jest nieprzyjemny – taka inwestycja nie zwraca się w ciągu czterech lat, ani nawet w ciągu ośmiu – tymczasem perspektywa, jaką oni ogarniają, nie przekracza dwóch kadencji i w tym czasie chcą mieć do dyspozycji namacalne efekty, wyraziste sukcesy. Tymczasem, zwłaszcza przy obecnym rozwoju technologicznym, nauka nie może się obejść bez potężnego finansowania. Nawet jeśli o tym wiedziano, nie uczyniono wówczas nic, by to finansowanie tam skierować.

Jednym z nieszczęść polskiej transformacji był brak wyrazistych priorytetów, w szczególności zaś zlekceważenie kwestii edukacji społeczeństwa, ba, niemal demonstracyjne lekceważenie tej dziedziny, jej dramatyczne niedofinansowanie. Dziś już tak sprzyjających warunków nie mamy, co oczywiście nie znaczy, że czeka nas zapaść. Tego, że mamy wybitnych naukowców i to w wielu bardzo dziedzinach, nietrudno dowieść – w każdym środowisku naukowym w Polsce jesteśmy w stanie wskazać koleżanki i kolegów robiących kariery, tyle że za granicą. Wciąż ponawiane próby ściągnięcia ich z powrotem do kraju przynoszą dość marne efekty. Przyczyną jest, oczywiście, brak pieniędzy nie tylko na płace, ale przede wszystkim na sprzęt, a choćby tylko zaopatrzenie bibliotek.

Ale co było, minęło i pora rozejrzeć się w tym świecie, w jakim funkcjonujemy. Posługiwanie się terminem „polska nauka” jest z wielu względów niestosowne. Nauka nie ma mianowicie narodowej przynależności, jest ze swojej zasady uniwersalna. Podobnie zresztą jak literatura – określenie „literatura polska” nie ma sensu bez odniesień do antyku, Biblii, Szekspira i Dostojewskiego, to byłby absurd. Można się oczywiście napawać nie tylko tym – jak do niedawna głosił plakat w oknach PAN – że „Kopernik była kobietą” (feministyczna zabawa), ale i tym, że był(a) Polakiem (Polką), ale to dla nauki nie ma większego znaczenia: zarówno płeć jak narodowa przynależność w owych czasach pojmowana była inaczej niż dziś. Ważna jest natomiast kwestia kompatybilności systemu nauki w Polsce i na świecie. Czyli: jak dalece i w jakiej mierze nauka polska jest zdolna efektywnie funkcjonować w systemie nauki światowej.

Nie chodzi o efektowne pozycje i nagrody. Chodzi o uczestnictwo polskich naukowców w międzynarodowych gremiach i organizacjach, o pełnione w nich funkcje. Informacje na ten temat rzadko przedostają się do szerszej publiczności. Jak wielu Polaków wie, że nad pracą Wielkiego Zderzacza Hadronów kontrolę sprawowała polska uczona? Czy polska opinia publiczna wie, że jedną z najwybitniejszych postaci w nauce światowej poświęconej uniwersaliom ludzkiej mowy jest uczona polska pracująca w Australii? Cóż, z punktu widzenia rozwoju nauki pochodzenie uczonych nie ma większego znaczenia. Ktoś z Botswany, USA czy Ukrainy? I co z tego? Ważne, że profesjonalista.

Rzecz w tym, że pozycja, jaką wypracowują sobie polscy naukowcy w świecie, jest niemal zawsze efektem ich osobistego wkładu pracy, podejmowanego niejako wbrew systemowi, eliminującemu niestandardowość i oryginalność poszukiwań. Te są z pozycji urzędników nauki sprawdzalne i mierzalne. Z nienormatywnymi nie wiadomo, co począć. Ryzyko. Rzecz w tym, że bez ryzyka nauka się nie rozwija. I jeśli mamy się – nie wiedzieć czemu – porównywać z Zachodem, na to przede wszystkim warto zwracać uwagę. Bo jeśli o finanse chodzi, to tak, rzeczywiście można sporo stracić, jeśli badania się nie powiodą. Ale nawet wtedy – co warto w ogólnym rachunku uwzględnić – są opłacalne, bo wykluczą złe rozwiązania.

Wróć