logo
FA 9/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Z prof. Michałem Zasadą, rektorem SGGW, rozmawia Piotr Kieraciński

SGGW po tischnerowsku

Profesor dr hab. inż. Michał J. Zasada (ur. w 1969 r.) zna las, prowadzi bowiem badania w zakresie dendrometrii, modelowania wzrostu drzew i drzewostanów oraz współczesnych metod pomiaru lasu. Zajmuje się też implementacją systemów informatycznych w planowaniu gospodarki leśnej. W ostatnich dziesięciu latach brał udział w 8 projektach badawczych, w tym zleconych przez gospodarkę i międzynarodowych; w trzech pełnił funkcję kierownika.
Był postdokiem i adjunct assistant professor na University of Georgia w USA. Pracuje w Zakładzie Dendrometrii i Produkcyjności Lasu przy Katedrze Urządzania, Dendrometrii i Ekonomiki Leśnictwa w Instytucie Nauk Leśnych SGGW w Warszawie. W swojej macierzystej uczelni był prodziekanem Wydziału Leśnego ds. dydaktyki, potem ds. nauki. Był dziekanem tego wydziału oraz prorektorem SGGW ds. współpracy międzynarodowej. W kadencji 2020-2024 pełni funkcję rektora Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.
Jest członkiem Komitetu Nauk Leśnych i Technologii Drewna PAN, zasiada w zarządzie CASEE – The ICA Regional Network for Central and South Eastern Europe, był audytorem finansowym Europejskiego Instytutu Leśnego oraz członkiem Rady Naukowej Instytutu Badawczego Leśnictwa w Sękocinie Starym. Należy do Polskiego Towarzystwa Leśnego.

To, że mówimy o sobie jako uniwersytecie prowadzącym badania na najwyższym poziomie, poszukującym prawdy, nie zaprzecza temu, że mamy też dostarczać społeczeństwu specjalistów w branżach, związanych z przyrodą, rolnictwem, lasem, wodą, ale nie tylko.

W programie wyborczym nazwał pan swoją uczelnię uniwersytetem.

Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego, niejako wbrew nazwie, rzeczywiście jest uniwersytetem. Jeżeli zdefiniujemy uniwersytet wąsko, jako uczelnię interdyscyplinarną, z szerokim zakresem badań i kształcenia, to w takim sensie SGGW jest niewątpliwie uniwersytetem. Prowadzimy badania w wielu obszarach, które wychodzą poza kształcenie rolnicze, leśne, a nawet przyrodnicze. Kształcimy studentów w całym szeregu kierunków, które przekraczają typowe obszary zainteresowania rolników, a są obecne w klasycznych uniwersytetach. Właściwie nie dotykamy tylko filologii, teologii i prawa. Od strony ideowej uniwersytet to miejsce poszukiwania prawdy i budowania wspólnoty uczących się i uczonych. W tym znaczeniu także jesteśmy uniwersytetem. Nie znajdziemy tu różnic miedzy nami a Uniwersytetem Warszawskim czy Jagiellońskim.

A co ze specyficzną misją SGGW? Przecież macie jednak kształcić specjalistów dla rolnictwa i jego otoczenia, związanych z pracą na wsi i dla wsi. Czy to się zmieniło?

To się nie zmieniło, a może nawet w ostatnich latach wzmocniło. W ustawie jest mowa o związaniu kształcenia z dyscyplinami naukowymi. Podstawą stała się nauka, co nie zmienia faktu, że ona powinna czemuś służyć. A ma służyć także właśnie szeroko rozumianemu rolnictwu i jego otoczeniu, to ma być nie tylko, nieco może górnolotne, poszukiwanie prawdy, ale mówiąc pod tischnerowsku – „nauka ucynkowa”. Nasze badania i kształcenie służą praktyce, bezpośrednio ludziom. Nie da się skutecznie wspomagać gospodarki w oderwaniu od najnowszych wyników badań, od analizy współczesnych problemów. Nie da się tego dobrze zrobić bez najwyższej klasy fachowców, czyli z jednej strony naszych naukowców, a z drugiej – ludzi z naszego profesjonalnego otoczenia, czyli leśników, rolników, ogrodników, meliorantów. To, że mówimy o sobie jako uniwersytecie prowadzącym badania na najwyższym poziomie, poszukującym prawdy, nie zaprzecza temu, że mamy też dostarczać społeczeństwu użytecznych specjalistów w kilku branżach, które związane są z przyrodą, rolnictwem, lasem, wodą, ale nie tylko.

Dlatego pozostaliście przy tradycyjnej nazwie?

Nie zmieniliśmy jej, ale jednocześnie zmieniliśmy. Pozostaliśmy przy tradycyjnej polskiej nazwie, wychodząc z założenia, że nasza tradycja, historia, marka uczelni są dla nas ważne. Uniwersytet Warszawski też nosił kiedyś nazwę Szkoły Głównej, a zatem jest to piękna tradycja. Natomiast zmieniliśmy nazwę anglojęzyczną. Na świecie znają nas jako Warsaw University of Life Sciences. To wynika z faktu, że nasze badania dotyczą tego, co na świecie nazywa się naukami o życiu. W tej chwili nauki rolnicze na poziomie uniwersyteckim są często z nimi utożsamiane. Najważniejsze, aby nazwa, którą się posługujemy, odpowiadała temu, co robimy. Oczywiście pozostanie przy naszej starej nazwie wymaga pewnej specjalnej komunikacji, aby ona nie wprowadzała w błąd, szczególnie młodzieży. To kwestia zrozumienia czym jest wieś dzisiaj, czym jest gospodarstwo rolne, czym jest hodowla lasu. To już nie tylko wytwarzane domowym sposobem narzędzia i najprostsze techniki uprawy, ale także wysokie technologie rolnicze, bezpieczeństwo żywności, która dociera na masową skalę w najdalsze zakątki świata.

No właśnie, co dziś jest gospodarstwem wiejskim?

To dobre pytanie. Poszliśmy w kierunku wielkopowierzchniowych, wysokowydajnych pod względem produkcyjnym gospodarstw. Czy jednak takie rolnictwo, które bez wątpienia przyczynia się do tego, że na świecie właściwie nie ma głodu, że produkujemy dość żywności, spełnia wszystkie nasze oczekiwania? Na przykład środowiskowe? Dziś ten aspekt gospodarowania ziemią, lasem i wodą jest coraz ważniejszy.

Macie weterynarię, która teraz skierowana jest nie tylko do rolników.

Świat się zmienia, a my dotrzymujemy kroku tym przemianom. Kiedyś kształciliśmy głównie specjalistów dla dużych gospodarstw państwowych: agronomów, zootechników, którzy wówczas byli specjalistami od uprawy i hodowli w PGR-ach, weterynarzy, którzy mieli dbać o zwierzęta hodowlane. Dziś weterynarze mają więcej pracy z małymi zwierzętami towarzyszącymi niż ze zwierzętami hodowlanymi, użytkowymi, choć i takich cały czas kształcimy. Na zootechnice powstał kierunek studiów hodowla i ochrona zwierząt towarzyszących i dzikich, bo młodzi ludzie chcą się tym zajmować. Technologia żywności od produkcji masowej, która kiedyś była priorytetem, zwróciła się ku aspektom prozdrowotnym, ważna jest produkcja żywności organicznej. Te dziedziny, które zmieniły się najmniej, nie są tak popularne.

Co z tradycyjną agronomią? Nie jest potrzebna?

Jest potrzebna, istnieje, ale nie jest tak popularna, jak dawniej. Gdy na wsi mieszkało 40% ludności, trzeba było więcej fachowców w tej branży. Zmieniło się też wiejskie otoczenie. Wiele firm żywnościowych czy drzewnych ma własne działy badawczo-rozwojowe. Rzadziej korzystają bezpośrednio z naszych kompetencji. Firmy technologiczne, które dostarczają rozwiązania dla rolnictwa, mają swoje działy rozwojowe. Duże międzynarodowe koncerny często nie są zainteresowane rzeczową współpracą, czasami jest to dla nich forma promocji – pokazują, że współpracują z nauką. W przemyśle drzewnym w Polsce jest kilkanaście dużych zakładów, które należą do zagranicznych koncernów i z zagranicy, gdzie mają centrale i działy rozwojowe, skąd czerpią rozwiązania. Zdarza się coraz częściej, że lokalne gałęzie korporacji mają trochę swobody i próbują rozwiązywać swoje problemy w krajowych warunkach, także we współpracy z naszymi uczelniami czy instytutami. Oczywiście staramy się z nimi współpracować. Duże firmy, które produkują żywność, zaczynają dostrzegać problemy związane ze zmianami klimatu, np. w związku z suszą rosną koszty produkcji. Rolnicy zaczynają coraz częściej myśleć o nawadnianiu. To, co w tej dziedzinie istnieje w Polsce, jest drogie i niewydajne. Zatem poszukują rozwiązań, inteligentnych, bardziej ekonomicznych. A my się tym już jakiś czas zajmujemy – smart agriculture, czyli rolnictwem precyzyjnym, które bierze pod uwagę aktualne warunki glebowe, stadium rozwojowe rośliny, porę dnia, temperaturę, a urządzenia tego rodzaju nie wymagają bezpośredniej ludzkiej obsługi. Wraz ze zmianą struktury gospodarstw rolnych czy ogrodniczych i ich obecnym uzbrojeniem technicznym zapotrzebowanie na tradycyjne kierunki studiów radykalnie spadło. Nowoczesne rolnictwo potrzebuje wysoko wykwalifikowanych fachowców, ale już nie w tej liczbie, co kiedyś. Jeśli niegdyś rolnictwo i leśnictwo były filarami SGGW, to dzisiaj nastąpiło znaczne zróżnicowanie kierunków kształcenia – podążamy za zapotrzebowaniem rynkowym. Najpopularniejsze w SGGW są dziś ekonomia i finanse czy dietetyka. Przedstawiłem już sytuację w weterynarii i zootechnice, podobnie zmieniamy się w innych dziedzinach. W rolnictwie idziemy w kierunku tworzenia nowych odmian zbóż, warzyw i owoców. Wprowadzamy na rynek produkty wcześniej nieobecne, np. aktinidię.

Ile w tym jest nauki, a ile prostej techniki rolnej czy ogrodniczej?

To jest coś pomiędzy. Sama technika to dziś za mało. Raczej mówimy o czymś bardziej złożonym – o technologii i doświadczalnictwie, bardzo ważnych w obszarach, którymi się zajmujemy.

Czy to oznacza, że rozwiązania dla rolnictwa wciąż powstają w terenie, a nie tylko w laboratoriach?

Tak, ale to się zmienia i wkrótce możemy być świadkami sytuacji, gdy decydująca będzie właśnie praca laboratorium. Jeżeli znamy genom gatunku, to możemy nim manipulować. W SGGW opracowaliśmy np. genom ogórka. Czy uda się nam wykorzystać tę wiedzę praktycznie, to dobre pytanie.

Mówiliśmy o rolnictwie i ogrodnictwie. A co z hodowlą zwierząt?

Ta dziedzina także się zmieniła. Zootechnika, utrzymując część dotyczącą hodowli zwierząt gospodarskich, rozwija też inne gałęzie. Obejmuje swoim zakresem zagadnienia biologii i fizjologii zwierząt, odżywiania, rozmnażania, czy wreszcie coraz ważniejsze współcześnie kwestie bezpieczeństwa sanitarnego i zapewnienia dobrostanu zwierząt. Ludzie zajmujący się zootechniką to często biolodzy, zoolodzy, którzy prowadzą badania nad rybami, płazami, gadami, ptakami… Szeroko znany jest np. program reintrodukcji i ochrony żubra.

Jest jeszcze otoczenie społeczno-ekonomiczne wsi, zwłaszcza gdy mówimy o gospodarstwach towarowych, które potrzebują licznych usług.

Zawsze istniała u nas ekonomia, dziś funkcjonująca jako odrębny instytut, którego pracownicy zajmują się bardzo różnorodnymi badaniami: finansami, bankowością, łańcuchami dostaw, ubezpieczeniami, spółdzielczością, ale także różnymi zagadnieniami tradycyjnie związanymi z wsią. Istnieje też od dziesięcioleci socjologia i pedagogika. Przecież rektorem SGGW był przed wojną premier Władysław Grabski – socjolog, którego imię nosi nasza Biblioteka Główna. Zawsze byliśmy czymś więcej niż tylko zwykłą akademią rolniczą.

Co jest dla was ważniejsze: praktyczne rozwiązania dla gospodarki wiejskiej lub leśnej czy punkty za publikacje naukowe?

Nie ma tutaj sprzeczności ani konfliktu. Ponieważ świat się szybko zmienia, trzeba go wciąż poznawać i rozumieć. Nie ma lepszej metody niż jego eksploracja przez badania naukowe. To jest jeden filar, na którym opiera się nasza misja. Ale dla równowagi jest i drugi, czyli współpraca z praktykami, z fachowcami, których potrzebujemy do kształcenia praktycznego, które prowadzimy po to, żeby nasi absolwenci nie tylko znali świat, ale umieli się w nim rozsądnie poruszać.

Czy dla tych praktyków macie wypracowaną specjalną ścieżkę kariery?

Pracujemy nad tym. Musimy im taką ofertę kariery przedstawić, bo potrzebujemy do dydaktyki inżynierów, fachowców, którzy działają w gospodarce. Nasi studenci muszą poznać wszystko, co może się im zdarzyć w praktyce zawodowej. Na weterynarii podstawą kształcenia jest klinika. Studenci tego kierunku, niezależnie od swoich zainteresowań i planów życiowych, muszą umieć podejść i do małego kotka, i do konia, np. by odebrać poród od klaczy.

W latach 90. mówiło się, że gospodarstwa, zakłady doświadczalne służyły uczelniom rolniczym do łatania dziur w budżecie.

Nie do końca. Dopiero od kilku lat nie przynoszą strat.

Ale wcześniej można je było sprzedawać na działki. Przecież z tego powstał kampus ursynowski.

Rzeczywiście, za pieniądze ze sprzedaży gruntów można budować, ale nie można finansować nimi codziennego funkcjonowania. Jednocześnie ziemię można sprzedać tylko raz, a utrzymanie infrastruktury trzeba sfinansować z bieżących wpływów, więc nie jest to takie proste, wymaga głębokiego namysłu i odpowiedzialnego planowania. Mam szczęście, że moi poprzednicy byli odważni i roztropni, dzięki czemu dziś możemy się szczycić najpiękniejszym kampusem w Polsce i doskonale wyposażonymi laboratoriami.

A co z melioracją? To wy odpowiadacie za osuszenie kraju?

Niekoniecznie. Służyliśmy swoją wiedzą wtedy, gdy kraj był meliorowany, ale nie mieliśmy wpływu na realizację tego przedsięwzięcia i jego skalę. Wielokrotnie ostrzegaliśmy o możliwych negatywnych skutkach. Dziś pomagamy w odwracaniu negatywnych skutków nadmiernych melioracji. Na bazie tradycyjnych „meliorantów” powstało zarówno budownictwo wodne i klasyczne, jak i prężnie rozwijająca się inżynieria środowiska. Doświadczenie w pracy z wodą przydaje się w różnych sytuacjach. Gdy przy budowie metra pojawiły się problemy związane z zalewaniem drążonych tuneli, wykonawcy korzystali z pomocy specjalistów z SGGW i ich zagranicznych partnerów. Nasi naukowcy są ekspertami, którzy potrafią znajdować rozwiązania praktycznych problemów w krytycznych sytuacjach.

W Polsce jest kilka uniwersytetów przyrodniczych. Co was łączy?

Na pewno wspólna historia, skoncentrowanie na części praktycznej, kierunki, których raczej nigdy nie będzie na uniwersytetach klasycznych, jak rolnictwo, weterynaria czy leśnictwo. Podczas reformy wspólnie występowaliśmy o utrzymanie tych klasycznych dyscyplin naukowych. Jest ich mniej niż dawniej, m.in. rolnictwo i ogrodnictwo zostały połączone, ale nie rozpłynęły się. We współczesnym świecie wygrywamy tylko wtedy, kiedy nie dzielimy się, ale łączymy ludzi i zagadnienia, próbujemy współpracować. Żeby rzetelnie prowadzić badania, trzeba mieć pewną masę krytyczną, a zatem służy nam koncentracja powiększająca środowisko danej dziedziny czy dyscypliny. Wszelkie współprace, działania na pograniczach są inspirujące, twórcze i korzystne dla wiedzy, dla rozumienia świata. Jeśli jest nas w dyscyplinie tak mało, że jestem w stanie wymienić wszystkich, którzy mogą mnie recenzować, to jest to zła sytuacja. Zatem należy konsolidacje dyscyplin traktować w kategoriach szans, a nie zagrożeń. To pozwala wychodzić poza swoją skorupę.

Pamiętam zdziwienie wynikami ankiet zbieranych wśród studentów uczelni rolniczych, gdy okazało się, że większość chce pracować w mieście, w biurze. Czy wiecie, dokąd trafiają wasi absolwenci? Czy staracie się utrzymywać z nimi kontakty?

Prowadzimy badania losów absolwentów, ale to dopiero początki. Jestem skażony leśnictwem, więc posłużę się przykładem z tego zakresu. W mojej specjalności jest to działanie w obie strony. My jesteśmy ciekawi, co się dzieje z naszymi absolwentami, a oni, gdy już zdobędą doświadczenie i pozycję zawodową, kiedy pojawią się trudne problemy w ich codziennej pracy, w sposób naturalny zwracają się do swoich dawnych nauczycieli z prośbą o pomoc w znalezieniu rozwiązania. Z drugiej strony poszukujemy miejsc na praktyki dla studentów czy obiektów do badań. Wtedy nam pomagają nasi wychowankowie, którzy też kiedyś bywali na praktykach, a dziś zajmują kierownicze stanowiska w działach gospodarki, które zasilamy kadrami. Potrzebujemy ludzi, którzy nam podpowiedzą, jak mamy kształcić, jakie nowe formy i treści powinny się znaleźć w programach – i tu przychodzą nam z pomocą nasi absolwenci. Korzystamy z wiedzy praktyków, często właśnie absolwentów, jako doradców w różnych radach przy uczelni, czy wprost w kształceniu jako wykładowców. Zatem relacje z absolwentami są wielorakie i zwrotne.

Czy uczelniane gospodarstwa doświadczalne są dziś wzorcowe pod względem jakości i wydajności produkcji? Po co wam te gospodarstwa?

Zakłady doświadczalne, bo tak się one u nas nazywają, są niezbędne uczelniom rolniczym tak do badań, jak i kształcenia. To są nasze laboratoria, nasze poletka doświadczalne, choć nie jedyne, nasze „terenowe sale wykładowe”, miejsca odbywania praktyk przez studentów. Badania kosztują. Żeby zakładać doświadczenia, trzeba mieć miejsce, środki, ludzi, czas. To nam dają nasze gospodarstwa, które jednak bez normalnej produkcji rolnej – uprawy, hodowli – nie byłyby się w stanie utrzymać. A prowadzenie gospodarstwa przez podmiot państwowy jest trudne: musimy ściśle przestrzegać wszystkich przepisów, np. ośmiogodzinnego dnia pracy, regulacji płacowych, urlopowych. Jesteśmy na rynku rolnym mniej konkurencyjni, ale mimo to udaje nam się „wyjść na swoje”, a w wielu wypadkach mamy zyski. Np. niedaleko Warszawy hodujemy kilkaset krów i dostarczamy do zakładów przetwórczych 10 ton mleka dziennie, zdobywając jednocześnie nagrody za najlepszą wydajność. Kwoty zysków zakładów doświadczalnych nie porażają, ale pozwalają na prowadzenie działań badawczych czy realizację praktyk studenckich.

Te zakłady działają w terenach silnie zurbanizowanych, ziemia jest tu droga. Czy nie można i nie warto tego sprzedać?

Po pierwsze, te pola i cała związana z nimi infrastruktura, także stawy hodowlane, które mamy w pobliżu, są nam potrzebne do badań i dydaktyki. Po drugie sprzedaż wymaga zgód Prokuratorii Generalnej i z powodów nie tylko formalnych nie jest łatwa. Po trzecie, pieniądze ze sprzedaży mogą być przeznaczone na cele inwestycyjne, a zatem nie możemy ich wykorzystywać w sposób całkowicie dowolny. Sprzedaż majątku odbija się też na bilansie uczelni.

Ale można konsolidować te rozproszone działki i wyprowadzać gospodarstwa poza miasto.

Tak się dzieje, ale jest to trudne i czasochłonne. Lokalne uwarunkowania często uniemożliwiają zbycie nieruchomości, także tych, które trudno sensownie użytkować. Często podejmowane decyzje są trudne także ze społecznego punktu widzenia.

Ile zakładów doświadczalnych potrzebuje SGGW?

Nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi. Na pewno nie można patrzeć na zakłady doświadczalne przez pryzmat hektarów i produkcji, ale potrzeb nauki i dydaktyki. Musimy zatem mieć gospodarstwa, w których możemy prowadzić badania nad uprawami różnych roślin i hodowlą różnych zwierząt. Musimy mieć wszystkie podstawowe działy produkcji rolnej, aby móc pokazać je studentom. Oczywiście to, co nam potrzebne do tych celów, musi mieć sensowny areał, który pozwoli na przynajmniej częściowe sfinansowanie prowadzonej w naszych zakładach działalności.

W naszych zakładach doświadczalnych poza polami uprawnymi mamy m.in. stawy, gdzie oprócz hodowli karpi prowadzimy badania nad ochroną ryb. Mamy stada zachowawcze tradycyjnych ras owiec: wrzosówki i żelaźnieńskiej. Hodujemy je w zakładach, które prowadzą produkcję warzyw, a to pozwala na przeznaczenie części produkcji na karmienie zwierząt. Mówiąc krótko: w naszych gospodarstwach nie chodzi głównie o produkcję, ale o stworzenie możliwości prowadzenia badań i kształcenia.

Gdy idę aleją przez piękny, stary park w kierunku pałacu, obecnego rektoratu, mam wrażenie swego rodzaju luksusu, zanurzenia w tradycji.

Nasz stary, historyczny kampus jest rzeczywiście piękny, choć de facto zabytkowy jest tylko park i pałac. Pozostałe budynki są nowsze. Gdy większość zajęć prowadzona była na ulicy Rakowieckiej, w pałacu rektorskim znajdowały się mieszkania i sale wykładowe. Ale przeznaczenie tego miejsca na siedzibę władz uczelni to był dobry pomysł. To miejsce jest dla nas ważne. Majątek został podarowany na cele edukacyjne w latach dwudziestych dwudziestego wieku przez Edwarda hrabiego Raczyńskiego, którego pomnik stoi przed rektoratem. Od ponad 60 lat jest to integralna część uczelni. Traktujemy to jako element naszej tożsamości. SGGW kojarzy się z Ursynowem.

Jakie zadania widzi przed uczelnią leśnik, że zdecydował się kandydować na rektora?

Jestem związany z uczelnią od lat, jestem „patriotą SGGW”. Ponieważ los postawił mnie w takim miejscu, spróbuję spełnić swoje marzenie o uczelni. Jesteśmy najlepszym w Polsce uniwersytetem przyrodniczym i rolniczym. Chciałbym, żeby to nie budziło niczyjej wątpliwości. Uczelnia jest budowana przez ludzi, którzy zasługują na dobre warunki materialne i komfort współdziałania w przyjaznej i inspirującej atmosferze. Chcę przekonać ludzi SGGW, że pracując w uczelni, pracują dla siebie. Aby wydajnie pracować, muszą utożsamiać się ze swoją uczelnią. Praca musi dawać satysfakcję w dwóch wymiarach: psychologicznym i finansowym. To pierwsze wynika z osobistego sukcesu i zakotwiczenia w grupie, czyli w środowisku uczelni. Ale musi temu towarzyszyć sukces materialny. Dlatego rozbudowujemy systemy motywacyjne, dające wsparcie szczególnie tym, którzy uczelni dają najwięcej. Chodzi o to, aby człowiek, który ma pomysł, uzyskał przy jego realizacji wszelką pomoc w zakresie procedur, formalności czy administracji. Mamy również własny fundusz stypendialny, który pozwala naukowcom, pracownikom i doktorantom wyjeżdżać do najlepszych ośrodków światowych. Zdajemy sobie także sprawę, że przygotowanie i złożenie wniosku na grant badawczy to dla naukowca wysiłek i inwestycja w postaci czasu, a szansa sukcesu jest statystycznie na poziomie kilkunastu procent. Oferujemy zatem system wsparcia, w którym osoby czy zespoły, które przygotowały ciekawy program badawczy, napisały projekt, a mimo dobrej oceny wniosku nie dostały grantu, mogą liczyć na to, że środki na poprawę i ulepszenie wniosku oraz rozpoczęcie badań dostaną z uczelni. To zwiększa szansę na zdobycie grantu w kolejnym podejściu.

Jak dużą część budżetu SGGW stanowią zewnętrzne środki na badania?

Budżet uczelni to ok. 400-500 milionów złotych, z czego z subwencji MNISW pochodzi połowa. Reszta to inne przychody, w tym środki na badania, zlecenia z gospodarki czy przychody z gospodarowania majątkiem, które są dla nas szczególnie cenne, bo mogą być przeznaczone na dowolne cele, w tym na nasze własne systemy wsparcia. Cieszę się, że dzięki wysiłkom poprzedników sytuacja finansowa SGGW systematycznie się poprawia.

Zna pan książkę Opłyńmy świat jeszcze raz?

Oczywiście. Znakomita lektura, która pokazuje, jak interdyscyplinarność studiów leśnych może pomóc odnaleźć się w wielu nietypowych sytuacjach na całym świecie.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć