logo
FA 9/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Zbigniew Drozdowicz

Ocena osiągnięć naukowych

Rys. Sławomir Makal

Dla niektórych kandydatów do uzyskania stopnia doktora habilitowanego „zbawczym” rozwiązaniem okazały się zapisy mówiące o tym, że uprawnienia do jego nadawania ma już nie Centralna Komisja, lecz rady jednostek organizacyjnych spełniających określone wymagania kadrowe i naukowe. Czy przyczyniło się to w istotnym stopniu do podniesienia poziomu habilitacji lub przynajmniej ograniczenia uznaniowości? Wątpię.

Między sposobami oceniania osiągnięć naukowych oraz poziomem prowadzonych badań występuje współzależność. W tych dziedzinach i dyscyplinach, w których to pierwsze wykazuje istotne niedoskonałości, brakuje doskonałości również tym drugim. Zdaje sobie z tego sprawę środowisko naukowe. Świadczą o tym m.in. uwagi krytyczne pod adresem obowiązujących w naszym kraju regulacji prawnych dotyczących oceniania tych osiągnięć oraz stosowanych w nim praktyk. Od czasu do czasu podejmuje się jakieś kroki zaradcze. Sporo jednak jeszcze w tym zakresie pozostaje do zrobienia.

Grzechy główne

Lista grzechów głównych występujących w ocenianiu osiągnięć naukowych jest być może nawet dłuższa niż grzechów katechetycznych. Tych ostatnich jest siedem, a pierwszych można wskazać znacznie więcej. Do tego dochodzą różnego rodzaju „grzeszki”. Niektóre są przynajmniej pod pewnymi względami zbieżne z tymi z wykazu katechetycznego – tytułem przykładu można przywołać pychę, zazdrość czy lenistwo. Nie chciałbym jednak popadać w moralizatorstwo. Powiem kilka słów jedynie o trzech grzechach głównych. Zaliczam do nich uznaniowość, jednowymiarowość i terminowość.

Na pierwszym miejscu stawiam uznaniowość nie tylko dlatego, że jest ona stosunkowo najbardziej rozpowszechniona w ocenianiu osiągnięć naukowych, ale także dlatego, że niejednokrotnie przybiera najbardziej zróżnicowane formy wyrazu. W przejawach patologicznych określana jest ona jako ocenianie „po uważaniu”, które charakteryzuje arbitralność i subiektywność ocen. Mogą one wprawdzie dobrze wyrażać stan ducha oceniających, a nawet stan ich niewiedzy, jednak mają raczej niewiele wspólnego z faktyczną wartością ocenianych osiągnięć. Oceniający „po uważaniu” występują w różnych dziedzinach i dyscyplinach nauki. Rzecz jasna w jednych częściej, a w innych rzadziej. Szczególnie dogodne warunki do funkcjonowania znajdują oni tam, gdzie kryteria ocen są słabo określone, a te, które zostały jako tako sprecyzowane, są interpretowane na tyle swobodnie, że pozostawia to spore pole do wyrażania osobistych upodobań, preferencji i zwyczajnych niechęci. Jestem przekonany, że środowisko akademickie dobrze się orientuje, o które dziedziny i dyscypliny chodzi.

Drugim grzechem głównym jest jednowymiarowość ocen. Mówili i pisali o niej filozofowie, którzy dostrzegali w niej zagrożenia dla życia społecznego; a przecież życie akademickie jest jego istotną częścią. Jednym z nich był Herbert Marcuse, autor dzieła Człowiek jednowymiarowy. W jego podtytule mówi się o „badaniach nad ideologią rozwiniętego społeczeństwa przemysłowego”. Natomiast w poszczególnych częściach wskazuje się m.in. na takie następstwa społecznej jednowymiarowości jak wzrastająca alienacja i represyjność wobec jednostki oraz pojawienie się „jednowymiarowego języka rytualno-autorytatywnego, będącego przedłużeniem jednowymiarowego myślenia i zachowania człowieka”, a także na kreowanie człowieka-Narcyza, który „absolutyzuje subiektywność”. Rzecz jasna nie z każdą generalizacją można i trzeba się zgodzić. Jednak przynajmniej niektóre dobrze oddają zarówno podteksty, jak i konteksty takich sposobów oceniania w nauce, w których stosowana jest tylko jedna miara. Niejednokrotnie jest to miara tego, co oceniający sami osiągnęli w nauce, oraz tego, w jaki sposób doszli do swoich osiągnięć. Jeśli są to osiągnięcia na miarę światową, a dojście do nich wymagało nie tylko autentycznego talentu, lecz także wielu lat wytężonej pracy, to stosowanie jej w stosunku do tych, którym brakuje zarówno tego pierwszego, jak i tej drugiej, może być pewnym wstrząsem. Samej nauce może ona jednak (ale nie musi) dobrze się przysłużyć. Takich utalentowanych i pracowitych uczonych w żadnym kraju nie ma bardzo wielu. Więcej jest takich, którzy wprawdzie stosują w ocenianiu osiągnięć naukowych w ich przekonaniu „światowe” miary (takie np. jak indeks Hirscha), ale zarówno „światowość” tych miar, jak i sposoby ich stosowania budzą poważne wątpliwości przynajmmniej części środowiska akademickiego. Spotykałem się w swoim życiu akademickim wystarczająco często z taką „jednowymiarowością” w ich stosowaniu, aby przyłączyć się do tej grupy sprzeciwu.

Trzecim grzechem głównym w ocenianiu osiągnięć naukowych jest terminowość. Może ona wyglądać na mało szkodliwy „grzeszek”. Z całą pewnością nie była i nie jest jednak tak odbierana przez osoby, które miesiącami, a czasami nawet jeszcze dłużej oczekują na zakończenie procedury awansowej (znam przypadki, że trwała ona kilku lat), a na każdym jej etapie mogli się pojawiać oceniający, którzy z sobie tylko znanych względów nie byli skłonni do pozytywnej oceny. Istnieje możliwość odwołania się od negatywnej oceny, jednak w każdym przypadku wydłuża to procedurę. Podobnie zresztą jest wówczas, gdy opiniodawca odmawia podjęcia się oceny wniosku o nadanie stopnia lub tytułu naukowego lub następuje zmiana regulacji prawnych związanych z procedurami awansowymi. Tego ostatniego doświadczyła m.in. liczna grupa kandydatów do stopnia doktora habilitowanego i tytułu profesora, która wystąpiła z wnioskami kilka tygodni przed zamknięciem możliwości procedowania po „staremu”, tj. przed 30 kwietnia 2019 roku. Niektórzy z nich do dzisiaj oczekują na zakończenie procedery awansowej. Do wydłużenia tego okresu przyczyniła się zresztą nie tylko swoista panika przed nowymi regulacjami i tłok w biurze Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów, lecz także w niektórych przypadkach dosyć swobodne traktowanie przez opiniodawców ustawowych terminów na sporządzenie recenzji (przypomnę, że jest to sześć tygodni). Można by zapytać, czy są im znane te terminy, a jeśli tak, to czy uważają, że one ich nie obowiązują? Żadnej z osób oczekujących na rozstrzygnięcie zawodowego losu nie radziłbym jednak stawiania opieszałym opiniodawcom takich pytań. Mogłoby to bowiem skutkować albo negatywną opinią, albo rezygnacją z jej sporządzenia i trudno powiedzieć, co byłoby gorsze. Tak czy inaczej nieznajomość regulacji prawnych nie powinna ani niczego usprawiedliwiać, ani też stanowić okoliczności łagodzącej dla tych opiniodawców.

Regulacje prawne

Problem jednak również w tym, że nawet niezła znajomość tych regulacji oraz gotowość do trzymania się ich zaleceń nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z ocenianiem osiągnięć naukowych. Nie będę się wypowiadał na temat regulacji prawnych, które obowiązywały w czasach „słusznie minionych” (umowną grubą kreskę wyznacza tutaj rok 1989), ani nawet tych, które pojawiły się na fali odnowy życia społecznego w naszym kraju, w tym w środowisku akademickim, w końcu minionego stulecia. Chciałbym natomiast przywołać dwie regulacje z ostatnich kilkunastu lat. Pierwszą jest ustawa z 14 marca 2003 roku o stopniach naukowych i tytule naukowym. Wprawdzie później niejeden jej zapis został zmieniony lub doprecyzowany, jednak stosunkowo niewielkiej modyfikacji uległy zapisy mówiące o tym, że rozprawa doktorska „powinna stanowić oryginalne rozwiązanie problemu naukowego lub artystycznego”, rozprawa habilitacyjna „powinna stanowić znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej lub artystycznej”, natomiast tytuł profesora „może być nadany osobie, która uzyskała stopień doktora habilitowanego i ma osiągnięcia naukowe lub artystyczne znacznie przekraczające wymagania stawiane w przewodzie habilitacyjnym”. Takie określenia wymogów wprost zachęcały do popełniania pierwszego z wymienionych przeze mnie grzechów głównych, tj. do uznaniowości, tym bardziej że nie szły za nimi wyjaśnienia, co należy rozumieć pod pojęciami: „oryginalne rozwiązanie problemu naukowego”, „znaczący wkład autora w rozwoju dyscypliny” oraz ich „znaczne przekraczanie” przez kandydatów do tytułu profesora. Stosowanie tej regulacji w praktyce awansowej w następnych kilku latach wyraźnie pokazało, że było one rozumiane bardzo różnie przez opiniodawców.

Dla niektórych kandydatów do uzyskania stopnia doktora habilitowanego „zbawczym” rozwiązaniem okazały się zapisy tej regulacji, mówiące o tym, że uprawnienia do jego nadawania ma już nie Centralna Komisja (postrzegana czasami jako swoisty „sąd kapturowy”), lecz rady jednostki organizacyjnej spełniających określone wymagania kadrowe i naukowe. Czy przyczyniło się to w istotnym stopniu do podniesienia poziomu habilitacji lub przynajmniej ograniczenia uznaniowości? Wątpię. Nie tylko dlatego, że jednostki z owymi uprawnieniami nagle zaczęły się mnożyć niczym przysłowiowe „grzyby po deszczu” (tak jakby w naszym kraju nagle przybyło znaczących uczonych), lecz także dlatego, że w niejednym przypadku składały się one zarówno ze specjalistów, którzy mogli (jeśli tylko chcieli) obiektywnie oceniać i doceniać dorobek naukowy habilitanta, jak i takich, którzy byli wprawdzie specjalistami, ale od zupełnie czegoś innego, co im jednak nie odbierało prawa ani do przepytywania habilitanta na kolokwium habilitacyjnym, ani też do głosowania nad wnioskiem o nadanie mu stopnia. Jako dwukadencyjny dziekan dużego wydziału (w jego skład wchodziły tak różne dyscypliny jak filozofia, kulturoznawstwo, psychologia i socjologia) mógłbym sporo powiedzieć na temat przebiegu tych kolokwiów, którym z urzędu przewodziłem. Tylko komu to jest dzisiaj potrzebne?

Drugą regulacją prawną, którą chciałbym przywołać, jest Prawo o szkolnictwie wyższym z 20 lipca 2018 roku. Szczegółową analizę znajdujących się w nim zapisów dotyczących nadawania stopnia doktora, doktora habilitowanego oraz tytułu profesora przeprowadził i przedstawił (w nr 2/2020 kwartalnika PAN „Nauka”) Krzysztof Ślęzak. Zdaniem tego autora, oznaczają one nie tylko „uchylenie dotychczasowych przepisów” w tej kwestii, lecz także wprowadzenie „istotnych zmian merytorycznych związanych z przesłankami nadawania stopnia doktora, doktora habilitowanego oraz tytułu profesora”.

W uzasadnieniu opinii wskazuje on m.in. na wprowadzenie takich zmian w nadawaniu stopnia doktora jak możliwość nadania go osobie, która nie uzyskała dyplomu magistra, ale wykazuje się „najwyższą jakością osiągnięć naukowych” oraz posiada wiedzę, umiejętności oraz kompetencje umożliwiające m.in.: „rewizję istniejących paradygmatów”, „wykorzystywanie wiedzy z różnych dziedzin nauki lub sztuki”, „inicjowanie debat”, „planowanie i realizowanie indywidualnych i zespołowych przedsięwzięć badawczych” itd. Nie wyliczam tych „dalej”, bowiem już w tym momencie można powiedzieć, że stanowią one wyraz oczekiwania na geniusza. Dodam tylko, że w świetle tych zapisów nadal się wymaga, aby rozprawa doktorska stanowiła „oryginalne rozwiązanie problemu naukowego albo oryginalne rozwiązanie artystyczne”.

Z kolei od osób ubiegających się o stopień doktora habilitowanego oczekuje się m.in., że ich dorobek naukowy będzie „świadczyć o znacznym wkładzie w rozwój określonej dziedziny”. Autor przyznaje, że ten wymóg „jest niewątpliwie przesłanką nieostrą, której ustalenie pozostawia się recenzentom”.

Natomiast analiza zapisów dotyczących wymagań stawianych osobom ubiegającym się o tytuł profesora skłania go do stwierdzenia, że „stały się one bardziej uznaniowe”. Podzielam opinię co do ich uznaniowego charakteru. Mam jednak wątpliwości, czy są one bardziej, czy też mniej uznaniowe niż wynikające z zapisów ustawy z 2003 roku. Nie chciałbym jednak stawiać znaku równości między otwarciem furtki dla uznaniowości, które miało miejsce w uchylonej ustawie, oraz tym, które pojawia się w regulacjach z 2018 roku. Te ostatnie bowiem wprowadzają jednak pewne ograniczenia uznaniowości (takie chociażby jak publikowanie w znaczących wydawnictwach czy wymóg udziału w międzynarodowym życiu naukowym). Czas pokaże, czy są one w stanie przyczynić się w istotnym stopniu do wyeliminowania tego i innych grzechów głównych w ocenie osiągnięć naukowych.

Jeśli miałbym w podsumowaniu określić swoją wiarę w lepsze jutro, to powiedziałbym, że raczej nie łączę jej z mocą sprawczą nowych regulacji prawnych. Większe nadzieje wiążę z siłą sprawczą przykładu uczonych, którzy w ocenianiu osiągnięć naukowych kierują się zasadą przyzwoitości (nie brakuje ich również w naszym kraju). Nie mam jednak wątpliwości, że nie da się jej ani zadekretować, ani też na tyle skutecznie upowszechnić, aby wskazane w tych rozważaniach ułomności oceniania w krótkim czasie przeszły do historii.

Wróć