logo
FA 9/2020 NIE TAKIE TWARDE

Mateusz Kotowski

Domena czystej racjonalności?

Dlaczego stereotypowy obraz nauk empirycznych jest szkodliwy?

Rys. Sławomir Makal

Część uczestniczących w debatach naukowców oraz promotorów nauki przyjęła strategię oblężonej twierdzy, kurczowo trzymając się i jeszcze usilniej promując jej stereotypowy wizerunek. Jednak na szczęście (dla samej nauki) coraz więcej z nich dostrzega, że teraz potrzeba narracji o tym, jak naprawdę działa nauka, co obejmuje również pokazywanie, jak naprawdę ona nie działa.

Jak wskazywał Claude Bernard, XIX-wieczny filozofujący fizjolog, wchodząc do laboratorium, badacz powinien zostawić swoje poglądy i hipotezy w przedsionku razem z płaszczem. Jest to zalecenie, pod którym i dziś podpisałoby się wielu przedstawicieli nauk empirycznych, a w szczególności przyrodniczych. Zarówno zgodnie z obiegowym poglądem, jak i obrazem tworzonym przez wielu ich przedstawicieli, nauki te to domena czystej racjonalności, dziedzina rządzona twardymi faktami i surową logiką, w której nie ma miejsca na indywidualne bądź społeczne upodobania czy uprzedzenia. Jednocześnie w świetle współczesnej filozofii nauki ten obraz nauk empirycznych należy uznać za mocno uproszczony, jeśli nie po prostu za fałszywy stereotyp. Zaskakująca żywotność tego stereotypu ma pewne poważne konsekwencje nie tylko dla naszego rozumienia tego, czym nauki empiryczne właściwie są, lecz także dla naszej praktycznej zdolności obrony nauki i jej ustaleń w czasach kryzysu społecznego zaufania do niej.

Sugestie, że nauka jest aktywnością społeczną jak każda, a badacze są równie (nie)odporni na wpływy rozmaitych przekonań społecznych, uprzedzeń, poglądów filozoficznych lub ideologii jak większość innych ludzi, zbywane są przez naukowców jako bajania konstruktywistów społecznych lub wręcz atak na naukę. Istnieje wszak metoda naukowa, która immunizuje badaczy na wpływy czynników pozanaukowych. To ona sprawia, że akceptowane twierdzenia czy teorie naukowe to nie zwykłe przekonania, lecz przekonania oparte wyłącznie na obiektywnej ocenie dowodów i ścisłych, logicznych analizach.

Dekonstrukcja nowożytnego ideału nauki

Taki sposób postrzegania nauki ma swoje źródła w tym, co Stefan Amsterdamski nazwał nowożytnym ideałem nauki: w zestawie przekonań dotyczących natury poznania naukowego, jaki kształtował się od czasów rewolucji naukowej z przełomu XVI i XVII wieku po XIX stulecie. Dokonujący się w tym okresie rozwój nauk przyrodniczych pozwalał brać za dobrą monetę streszczające się w Newtonowskim Hypotheses non fingo przekonanie, że na miano wiedzy naukowej zasługuje wyłącznie to, co da się logicznie wyprowadzić z faktów i z nimi skonfrontować. Choć, jak już zasugerowałem, takie rozumienie nauki i jej metody wciąż pozostaje szeroko rozpowszechnione, na polemikę z nim i jego krytykę nie trzeba było wcale czekać do wystąpienia współczesnych konstruktywistów społecznych, socjologów wiedzy, postmodernistów czy przedstawicieli wszelkich innych nurtów, którymi obrońcy nauki straszą swoje dzieci. Dekonstrukcja nowożytnego ideału nauki jest bowiem w dużej mierze dziełem samych naukowców. To właśnie (niektórzy) filozofujący przyrodnicy – skłonieni do poddania swojej aktywności refleksji w obliczu kryzysu, jaki miał miejsce w fizyce na przełomie XIX i XX stulecia – dostrzegli, jak bardzo uproszczony jest zastany przez nich obraz poznania naukowego. Badacze, tacy jak Henri Poincaré czy Pierre Duhem, poddając krytyce „metodę Newtonowską”, argumentowali wówczas, że w rozwiniętych, zmatematyzowanych naukach przyrodniczych proces formułowania hipotez niemal nigdy nie przybiera postaci prostego uogólniania faktów, a decyzjami dotyczącymi ich akceptacji lub odrzucenia nie rządzą nigdy same prawa logiki (już choćby dlatego, że zgodność hipotezy z faktami można osiągnąć na różne logicznie dopuszczalne sposoby). Co więcej, wskazywali, że to, co w naukach tych uchodzi za fakty, nie jest dane, lecz konstruowane, a więc (do pewnego stopnia) negocjowalne.

Tego rodzaju ustalenia były początkowo traktowane jako atak na naukę, a wielu późniejszych autorów nie chciało ich przyjąć do wiadomości, formułując zalecenia metodologiczne w świetle tych ustaleń nierealizowalne (jak na przykład Karl Popper, któremu notabene wciąż często przypisuje się najtrafniejsze uszczegółowienie koncepcji metody naukowej, podczas gdy dla współczesnej metodologii nauk ma ona raczej charakter eksponatu muzealnego). Z czasem jednak stały się one częścią elementarza współczesnej filozofii nauki. Ponieważ nie jest to miejsce na omawianie tych podstawowych zagadnień, choć poza filozofią i metodologią nauki mało znanych, ograniczę się do wskazania, że o niewystarczalności polegania na logice i danych w procesie formułowania i testowania hipotez naukowych powinien wystarczająco zaświadczać fakt, że naukowców jak dotąd nie zastąpiły w tym algorytmy tworzenia wiedzy. I dzisiaj się nie zanosi, aby większość badaczy musiała się wkrótce zacząć obawiać „technologicznego bezrobocia” – cały proces naukowy, tj. formułowanie, testowanie i wybór hipotez oraz określanie kierunku dalszych badań, wymaga bowiem zaprzęgnięcia do pracy kolektywnej kreatywności i profesjonalnej intuicji, zakorzenionych w tradycjach badawczych. Jednocześnie, jeśli „fakty i logika” to za mało, oznacza to, że ten sam proces jest niejako z istoty otwarty na wpływ rozmaitego rodzaju czynników pozanaukowych (przyjmijmy: pozaempirycznych i pozalogicznych), w tym takich, które sobie niekoniecznie uświadamiamy.

Piękno ma związek z prawdą

Znaczna część współczesnego krytycznego namysłu nad nauką ukierunkowana jest na badanie właśnie tego, jakie są to czynniki i w jaki sposób znajdują odzwierciedlenie w formie i treści przekonań naukowych oraz decyzjach dotyczących kierunku badań. Krytyka taka jest rozwijana z perspektywy różnych dziedzin i nurtów badawczych i często skupia się na wybranych aspektach nauki lub analizuje jedynie wpływ wybranych czynników pozanaukowych. Jej ustalenia budzą nieraz ostry sprzeciw samych naukowców, którzy zarzucają prezentującym je niezrozumienie nauki, tendencyjność czy ideologiczne motywacje. Te ostatnie najczęściej przypisuje się twierdzeniom formułowanym w ramach nurtów postrzeganych jako uwikłane w toczące się poza nauką „wojny kulturowe”, jak na przykład feministyczna krytyka nauki. Zarzuty te nie zawsze są bezpodstawne, jednak chciałbym zasugerować, że prawdą jest zarówno to, że krytyka nauki bywa tendencyjna czy motywowana ideologicznie, jak i to, że co najmniej równie często jest trafna i oparta na solidnych podstawach – niezależnie od dziedziny czy nurtu, w ramach których jest rozwijana. By jednak samemu uniknąć podejrzeń o utajone motywacje oraz nie wikłać się w problemy odsiewania ziarna od plew, spróbuję zilustrować zagadnienie wpływu pozanaukowych czynników na rozwój nauki przykładem możliwie mało kontrowersyjnym (i już dawno w filozofii nauki rozpoznanym), dotyczącym roli, jaką w procesie rozwoju wiedzy naukowej odgrywają intuicje czy preferencje estetyczne.

Stwierdzenie, że na rozwój nauki wpływ mają preferencje estetyczne badaczy, może się na pierwszy rzut oka wydać osobliwe, jeśli nie absurdalne. Jednak myśl, że piękno ma jakiś związek z prawdą, przynajmniej niektórym naukowcom nigdy nie była obca. Podwójna helisa DNA była dla Watsona „zbyt piękną, by nie być prawdziwą”. Heisenberg nie mógł się powstrzymać od przekonania, że „formy matematyczne o wielkiej prostocie i wielkim pięknie (…) przedstawiają prawdziwą cechę przyrody”. A jeśli wierzyć Hansowi Einsteinowi, jego ojciec „ponad poprawność teorii cenił sobie jej piękno”. Piękno ma oczywiście różne oblicza. Nazywając teorię piękną, fizyk chwalić będzie jej prostotę, symetrię czy spójność. Czy jednak odczucia, jakich doznaje, obcując z teorią, którą postrzega jako piękną, są z istoty różne od odczuć architekta stojącego przed pięknym budynkiem lub górskiego wędrowca podziwiającego chowające się za szczytami słońce?

Można zaprotestować, że czym innym jest to, kiedy mówimy o pięknie sformułowanej już teorii, czym innym natomiast sam proces jej formułowania i uzasadniania. Z pewnością żaden naukowiec nie próbowałby uzasadniać teorii na podstawie tak irracjonalnej przesłanki jak piękno. Jednak rozważając różne hipotezy równie dobrze łączące fakty, do wyjaśnienia których są formułowane, badacze skłaniają się najczęściej ku tej, którą uznają za najbardziej elegancką. A przecież elegancja nie jest kryterium empirycznym, czyli dotyczącym zgodności z doświadczeniem, lecz właśnie estetycznym, i jako takie wymykającym się racjonalizacji. Z drugiej strony nawet najlepiej empirycznie potwierdzona teoria będzie przez badaczy postrzegana jako nieostateczna, jeśli będzie brzydka. Wszak jednym z najczęstszych zarzutów wysuwanych pod adresem modelu standardowego cząstek elementarnych – teorii o nadzwyczajnie wysokim stopniu potwierdzenia empirycznego – jest to, iż jak określił to fizyk teoretyczny i popularyzator nauki Michio Kaku, „jest najbrzydszą teorią, jaką zna nauka”. Poczucie obrzydzenia, którego przynajmniej część fizyków teoretycznych doświadcza na myśl, że coś tak nieschludnego jak model standardowy (zbyt wiele cząstek, zbyt wiele parametrów) mogłoby stanowić właściwą fundamentalną teorię rzeczywistości, jest bez wątpienia częścią tego, co motywuje niektórych z nich do poszukiwania teorii bardziej podstawowej i jednocześnie elegantszej.

Stereotyp czystej racjonalności

Skoro zaś już o fundamentach fizyki mowa, jest to dziedzina, w ramach której badacze i obserwatorzy nauki od jakiegoś czasu dość dobitnie uświadamiają sobie, jak poważny może być wpływ czynników pozaempirycznych (w tym przypadku intuicji metafizycznych i właśnie estetycznych) na kierunek badań naukowych. Poszukiwania elegantszej teorii mogącej zastąpić model standardowy (między innymi) zdominowane zostały bowiem przez badaczy rozwijających teorie, których chociażby hipotetyczna możliwość empirycznego przetestowania jest silnie kwestionowana (mam tu na myśli głównie teorię strun i powiązane koncepcje). Teorie te jednak – co otwarcie funkcjonuje jako ich uzasadnienie – cechują się wysokim stopniem prostoty, symetrii czy naturalności. Wielu fizyków, którzy w procesie kształcenia wyrobili sobie przekonanie, że zajmują się dziedziną czystej racjonalności, przeciera teraz oczy ze zdumienia – jak Sabine Hossenfelder w wydanej niedawno książce Zagubione w matematyce. Fizyka w pułapce piękna – słuchając swoich kolegów po fachu chwalących rozwijane przez siebie teorie za ich elegancję i uznających koncepcję empirycznej testowalności za przereklamowaną.

Oczywiście tym, co rodzi w tym przypadku największe protesty, jest, jak określił to fizyk Lee Smolin, „agresywna promocja” pozbawionej eksperymentalnego wsparcia i precyzyjnego sformułowania teorii jako jeśli nie prawdziwej (co jej zwolennicy też nieraz sugerują), to co najmniej wyznaczającej jedyny słuszny kierunek badań. Jednak w wielu głosach protestu nie da się nie zauważyć zdziwienia, że czynniki pozaempiryczne czy wręcz pozaracjonalne mogą w nauce odgrywać jakąkolwiek rolę. Tymczasem one zawsze jakąś rolę odgrywają; po prostu przywiązani do stereotypu, nie chcieliśmy tego dostrzegać.

Dezorientacja przedstawicieli dziedzin, w których badania obierają kontrowersyjny kierunek, to jednak niejedyne pokłosie żywotności stereotypu. Jednym zaś z obszarów, w których ma ona szczególnie dostrzegalne i poważniejsze konsekwencje, jest komunikacja naukowa rozumiana jako wszelkie działania mające na celu prezentowanie ustaleń naukowych szerszej publiczności, popularyzację nauki i postaw pronaukowch oraz zwalczanie para– czy pseudonaukowych poglądów. Choć często niedoceniana przez samych naukowców, rola tej aktywności w społeczeństwach demokratycznych jest niezwykle istotna. Jeden z bardziej oczywistych tego powodów związany jest z faktem, że nauka, w tym badania podstawowe, pochłaniają zauważalną (nawet jeśli zawsze zbyt małą) część środków publicznych. Utrzymywanie wysokiego poziomu zaufania społecznego do nauki i zachęcanie szerszego grona odbiorców do interesowania się najnowszymi ustaleniami badań jest zatem ważne z punktu widzenia utrzymania wśród podatników poczucia, że nauka jako taka jest przedsięwzięciem godnym wspierania. Poziom społecznego zaufania do nauki ma także przełożenie na poziom społecznej akceptacji dla opartych na naukowych przesłankach polityk (obowiązkowych szczepień, transformacji energetycznej etc.).

Rys. Sławomir Makal

Błędy, spory, ślepe uliczki

Niestety można zaryzykować tezę, iż sposób, w jaki nauka przez długi czas była i wciąż nieraz bywa promowana, jest w jakimś stopniu współodpowiedzialny za kryzys zaufania, jaki obecnie przeżywa. Popularne historie nauki nazbyt często przypominają wigowską historiografię, prezentując jej rozwój jako tryumfalny pochód metody naukowej, ignorując przy tym wszelkie popełnione po drodze błędy, ślepe uliczki czy spory. (Nawiasem mówiąc, to, na ile jesteśmy takim obrazem rozwoju nauki przesiąknięci, również widoczne jest w dyskusjach wokół teorii strun i podobnych, w których krytycy mniej lub bardziej wprost sugerują, że „kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej”). Wypowiadający się w mediach uczeni i promotorzy nauki często zaś dawali odbiorcom do zrozumienia, że to, co ustalone naukowo, jest synonimem tego, co racjonalne, a więc niekwestionowalne, apodyktycznie zbywając wszelkie zgłaszane wątpliwości jako ignoranckie. Przyczyniali się w ten sposób do upowszechniania i utrwalania stereotypu nauki jako domeny czystej racjonalności. Nic więc dziwnego, że kiedy rzeczywistość, jak zawsze, zaczęła korygować wcześniej promowane ustalenia naukowców, którzy – zresztą w zgodzie z ogólnie pojętą metodą naukową – zmuszeni byli w rezultacie modyfikować głoszone przez siebie tezy, kiedy nagłaśniano przypadki naukowych pomyłek, a do wiadomości opinii publicznej zaczął się przebijać fakt, że nie względem wszystkich ustaleń naukowych panuje wśród badaczy zgoda, i kiedy ujawniane afery zaczęły uświadamiać jej, że nie wszyscy naukowcy to bezinteresowni poszukiwacze prawdy, reakcją przynajmniej części społeczeństwa była dezorientacja co do tego, czy nauce i jej ustaleniom można w ogóle ufać.

Paradoksalnie zatem pielęgnowanie wizerunku nauki jako domeny, do której wstępu nie mają poglądy, upodobania czy uprzedzenia, pomogło podważać właśnie takie jej postrzeganie. Pęknięcia w tym wizerunku, które musiały prędzej czy później zostać powszechnie dostrzeżone, stały się bowiem pożywką dla tych, którzy z różnych względów chcą kwestionować jej wyjątkowy status jako narzędzia poznania i w rezultacie jej osiągnięcia. W reakcji na obecną sytuację – spadku zaufania do nauki, rosnącej popularności przekonań pseudonaukowych – część uczestniczących w debatach naukowców oraz promotorów nauki przyjęła strategię oblężonej twierdzy, kurczowo trzymając się i jeszcze usilniej promując jej stereotypowy wizerunek. Jednak na szczęście (dla samej nauki) coraz więcej z nich dostrzega, że teraz potrzeba narracji o tym, jak naprawdę działa nauka, co obejmuje pokazywanie, jak naprawdę nie działa.

Uświadomienie sobie, że nawet najściślejsze dziedziny naukowe, w ramach których udało się sformułować teorie o wysokim stopniu potwierdzenia empirycznego, to wciąż przedsięwzięcia społeczne w dużej mierze, jak wszelkie inne, jest ważnym krokiem ku zrozumieniu, czym jest to, co zwiemy nauką. Nie ma jednak sprzeczności między twierdzeniem, że nauka, a w szczególności nauki przyrodnicze stanowią najlepsze dostępne nam narzędzie poznania wybranych części świata a twierdzeniem, że wiedza naukowa jest konstruowana, a w procesie jej konstruowania swój udział mają również czynniki pozaracjonalne. Ustalenia dekad badań nad samą nauką dostarczają wystarczająco wielu powodów, by nawet po odrzuceniu mitów, jakimi obrosła, uważać twierdzenia naukowe – te, co do akceptacji których panuje w danym momencie konsensus wśród przedstawicieli dziedzin, do których przynależą – za najbardziej racjonalnie uzasadnione twierdzenia o świecie, jakie mamy do dyspozycji.

Dr Mateusz Kotowski, Studium Nauk Humanistycznych i SpołecznychPolitechnika Wrocławska

Wróć