logo
FA 9/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Marek Misiak

Człowiek Turinga

Rys. Sławomir Makal

Gdy co jakiś czas porządkuję system zarządzania manuskryptami używany w moim miejscu pracy, odkrywam teksty nadesłane kilka lat temu, których nigdy nie opublikowano, a autorzy nie szukali żadnego kontaktu z redakcją, ale też nie wycofali artykułu.

Koncepcja testu Turinga jest znana także osobom niezwiązanym w żaden sposób z badaniami nad technologiami IT, psychologią czy teorią komunikacji, choćby dzięki literaturze i kinu science fiction, gdzie często ważnym dla fabuły problemem jest rozróżnienie, czy mamy do czynienia z człowiekiem, czy myślącą maszyną (z tego powodu instytucja tropiąca nielegalnie operujące w cyberprzestrzeni sztuczne inteligencje w powieści Neuromancer Williama Gibona to Policja Turinga). Ośmielam się tu zaproponować inne pojęcie: złudzenie Turinga, moim zdaniem trafne szczególnie w realiach dystansu społecznego podczas pandemii. Złudzenie Turinga może wystąpić w sytuacji, gdy zawod

owo lub prywatnie kontaktujemy się z innymi ludźmi głównie za pośrednictwem internetu, i to (ważne zastrzeżenie) z użyciem komunikacji tekstowej, a nie wizji i fonii. W rezultacie możemy zatracić świadomość, że po drugiej stronie jest żywy człowiek, a nie odpisujący nam bot. Zaczynamy zachowywać się jak wiecznie przepracowany urzędnik, nawet nie próbujemy pomóc temu drugiemu, jest on dla nas tylko numerem, pozycją w excelowej tabelce. Równie dobrze po drugiej stronie mogłaby być maszyna, nie byłoby żadnej różnicy.

W pracy redaktora zatrudnionego w czasopiśmie naukowym ryzyko wystąpienia złudzenia Turinga wynika z dwóch faktów. Po pierwsze, artykuły nadsyłają autorzy z całego świata, więc z większością redaktorzy nigdy nie stykają się osobiście. Pozostali to badacze z uczelni, do której należy samo wydawnictwo – ci faktycznie przychodzą czasem osobiście, żeby wyjaśnić wątpliwości narosłe wokół warstwy językowej tekstu lub spytać, co jest przyczyną opóźnienia w publikacji. Po drugie do zarządzania napływającymi artykułami w większości czasopism naukowych używane są współcześnie mniej lub bardziej wyrafinowane systemy informatyczne, w których autor zakłada konto, a następnie rejestruje tekst. Takie systemy mają umożliwiać śledzenie statusu artykułu zarówno redaktorom, jak i autorom oraz zabezpieczać anonimowość recenzji (recenzenci przesyłają recenzje także za ich pośrednictwem, dzięki czemu prawdopodobieństwo przypadkowego ujawnienia autorowi tożsamości recenzenta jest niewielkie i wymaga skrajnej nieuwagi po stronie redaktora). Niestety wywołują one często efekt znany z kontaktów z biurami obsługi klienta wielu prywatnych firm oraz instytucji państwowych: ktoś lub coś „nie wyświetla się w systemie” lub „świeci się na czerwono” i tym samym powstaje nierozwiązywalny problem, a petent/klient/autor ma wrażenie, że w tym układzie to ludzie stanowią białkowy interfejs sytemu (a może wręcz Systemu?).

Dwa są życia modele

Powyższe wrażenie ma dwa komponenty. Z jednej strony pogłębia się odczucie depersonalizacji kontaktu, nieuniknione przy stosowaniu poczty elektronicznej. Z drugiej – autor może dojść do wniosku, że rozwiązanie problemu tak naprawdę nikogo poza nim nie obchodzi; chowający się za systemem redaktor też jest tylko kolejnym użytkownikiem. Skoro system na coś nie pozwala, to najwyraźniej tak ma być i to ty, autorze, musisz rozwiązać problem. Dlatego profesjonalny reda

ktor szuka rozwiązania do skutku, zmiennych nie ma tu aż tak dużo, aby nie dało się ustalić, co się dzieje. Wówczas zaczyna się korespondencja z autorem lub autorami i zza e-maili zaczyna wyglądać osoba, z różnymi tego konsekwencjami. Po kilku latach pracy w międzynarodowym czasopiśmie naukowym redaktor jest w stanie wyróżnić kilka możliwych podejść publikujących badaczy do komunikacji z redakcją. To rzecz jasna tylko uproszczone modele, nigdy niewystępujące w stanie czystym. Nie dokonuję też w żaden sposób ich wartościowania, nie ośmieliłbym się na podstawie kilku e-maili oceniać, jakim kto jest człowiekiem. Znajomość tych swego rodzaju „strategii komunikacyjnych” pomaga jednak w porozumieniu z badaczami o różnym podejściu i odmiennych przyzwyczajeniach.

„Dwa są życia modele / dwa życia sposoby / Jeden – życie spokojne / drugi – życie w pośpiechu” – śpiewał Grzegorz Turnau w piosence Życia modele. To najprostsza różnica między autorami: jednym się spieszy, inni pozwalają, by życie omywało ich jak spokojna rzeka. Pośpiech nie wynika rzecz jasna z cech charakteru, raczej z faktu, że gonią terminy sprawozdań, rozliczeń grantów czy składania wniosków o awans naukowy. Stąd zdarzają się badacze, którzy wraz ze złożeniem manuskryptu od razu pytają, kiedy zostanie opublikowany (podczas gdy nie został jeszcze zrecenzowany) lub podkreślają, że np. za cztery miesiące muszą złożyć sprawozdanie, w którym chcieliby ten tekst ująć jako opublikowany. Inni początkowo milcząco zakładają, że od nadesłania artykułu do publikacji minie maksimum pół roku i zaczynają się niepokoić, gdy mijają cztery miesiące, a data ukazania się materiału wciąż nie jest znana. Dla tych ostatnich autorów kluczowy jest aktywny numer DOI, a podstawowym zadaniem redaktora jest wskazanie, że nadanie aktywnego numeru DOI następuje dopiero w momencie publikacji (może to być publikacja ahead of print, czyli przed ukazaniem się całego numeru czasopisma zawierającego dany artykuł, ale musi to być publikacja). Niektórzy badacze potrafią średnio raz w tygodniu dopytywać, kiedy otrzymają proofa (złożony artykuł do kontroli), podczas gdy artykuł jest dopiero recenzowany.

Autor widmo

Autorzy, którym się nie spieszy, najczęściej nie zadają sami z siebie żadnych pytań, a gdy redakcja prosi o poprawki lub ustosunkowanie się do wprowadzonych zmian, tekst wraca np. po trzech miesiącach (podczas gdy wyznaczony termin wynosi… trzy dni). W odniesieniu do niektórych autorów nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby ich artykuł utknął na jakimś etapie procesu recenzyjnego i nigdy nie został opublikowany, nie dotarłoby do mnie nawet słowo skargi. Gdy co jakiś czas porządkuję system zarządzania manuskryptami używany w moim miejscu pracy, odkrywam teksty nadesłane kilka lat temu, których nigdy nie opublikowano, a autorzy nie szukali żadnego kontaktu z redakcją, ale też nie wycofali artykułu. Pojęcie „autor widmo” nabiera tu nowego znaczenia: to już nie autor nieujawniony, ale znikający we mgle. Niestety, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że taki autor powróci i nieoczekiwanie po dwóch, tzrech latach zacznie naciskać na rychłą publikację. Rekordzista powrócił po prawie sześciu latach.

Żadne z tych podejść nie ułatwia współpracy z redakcją, dlatego tym bardziej redaktorzy umieją docenić autorów, którzy robią co mogą, aby po ich stronie cały proces oceny manuskryptu i przygotowania go do publikacji przebiegał sprawnie. Bywa, że usiłują wziąć na siebie także te elementy procesu redakcyjnego, które należą do obowiązków redaktora. Oczekiwanie, że badacz – specjalista w ważnej i skomplikowanej dziedzinie – będzie jeszcze znawcą zagadnień edytorskich, jest wręcz niestosowne. Tymczasem nieraz stykam się z autorami, którzy sprawiają wrażenie przeżywających autentyczne poczucie winy wobec redaktora z powodu nieidealnego przygotowania manuskryptu. Zetknięcie się z takim poziomem etyki pracy i szacunku dla pracy drugiego człowieka zawsze jest budujące, a jeśli autor dopiero zaczyna karierę naukową, ważne jest, by pierwsze doświadczenia z redakcjami na zasadzie prawa pierwszych połączeń pokazały mu, że stresujące może być ewentualnie oczekiwanie na werdykt recenzentów, natomiast kontakty z redakcją – nie.

Przejawem dbania o bezszmerową współpracę nie jest jednak postawa, którą na własny użytek określam mianem „autora OK”. Istnieją dwa podstawowe rodzaje pytań: rozstrzygnięcia (tak lub nie) i dopełnienia (odpowiedź wymaga podania informacji niezawartej w pytaniu). „Autorzy OK” każde pytanie, sugestię lub propozycję ze strony redaktora traktują jako pytanie rozstrzygnięcia. Gdy w przesłanym im złożonym artykule znajdują się oznaczone niejasne sformułowania bądź prośby o wybór spośród kilku możliwości przeformułowania zdania, odpowiedzią jest „OK”. OK tak czy OK nie? Cieszy mnie pozytywny, afirmatywny stosunek do ludzi i świata u bliźnich, ale nie wszystkie decyzje można scedować na redakcję. To autor jest specjalistą w danej dziedzinie i to on może autorytatywnie określić, czy przeformułowanie ze względu na poprawność językową nie pociągnęło za sobą przeinaczenia w warstwie merytorycznej. Redaktorowi nie wolno brać na siebie takiej odpowiedzialności – z rezultatów opublikowanych badań będą korzystać inni naukowcy; ponadto opublikowanie artykułu zawierającego błędy wpływa zarówno na renomę czasopisma, jak i na pozycję badacza w środowisku naukowym.

Zakładać dobrą wolę

W świetle omówionych wyżej problemów mogłoby się wydawać, że praca redaktora w czasopiśmie naukowym to kaskada frustracji. I tak by było, gdybym przy problemach w komunikacji z autorami zakładał ich złą wolę. Złudzenie Turinga sprzyja takiemu myśleniu – przecież nawet maszynom, gdy złośliwość rzeczy martwych utrudnia życie, potrafimy zarzucać, że robią nam to specjalnie. Jeśli jednak postawię się w sytuacji autora, zwłaszcza z odległego kraju (na tyle, na ile potrafię ją sobie wyobrazić), zdam sobie sprawę, że większość zakłóceń komunikacji i irytujących postaw wynika z nieporozumień lub odmiennych przyzwyczajeń, a czasem także z presji niezależnych od autora okoliczności – o naglącym terminie mógł się dowiedzieć dopiero na kilka miesięcy przed jego upływem, gdyż czynniki oficjalne na jego uczelni lub w jego kraju podjęły nagłą decyzję o zmianie reguł gry (i jest równie zaskoczony, jak my jesteśmy zdziwieni jego oczekiwaniami szybkiej publikacji). Sformułowanie „po drugiej stronie też jest człowiek” brzmi jak wzniosły komunał, ale nie ma z niego wynikać, że nagle zacznę wypytywać autorów o ich sprawy osobiste, tylko że będę konsekwentnie zakładał dobrą wolę i nie zniechęcał się tym, że od czasu do czasu faktycznie trafi się ktoś roszczeniowy lub wręcz arogancki. Last but not least – autorzy też są najczęściej wyrozumiali wobec moich błędów.

Wróć