logo
FA 8/2026 życie akademickie

Michał Mackiewicz

Algorytm niemocy

Algorytm niemocy 1

Przyszły takie czasy, że już prawie wszyscy znają się na finansowaniu szkolnictwa wyższego. Nawet taki niszowy temat, jak algorytm podziału subwencji, stał się tematem popularnym, który pojawia się nawet w głównych mediach. Jednak zanim zacznie się zajmować twarde i zdecydowane stanowisko, warto zrozumieć, czym algorytm w ogóle jest – i jak oddziałuje na uczelnie.

Algorytm podziału subwencji między uczelnie akademickie, choć niewidoczny i niewdzięczny, rozpala ostatnio emocje. Nawet w takim medium jak „Polityka” ukazał się szyderczy artykuł Gra w semestry. Czy warto dziś studiować? Dużo tu potężnych wątpliwości (E. Wilk, 7 lipca 2026). Autorka widzi w algorytmie jedno ze źródeł rzekomego kryzysu toczącego szkolnictwo wyższe, opisując przy okazji działanie tego mechanizmu jako „zadanie dla tęgich umysłów”. Tymczasem do jego zrozumienia wystarczy matematyka ze szkoły podstawowej: cztery podstawowe działania i rachunek proporcji.

I warto od razu zaznaczyć, że faktycznie ten sposób podziału pieniędzy nastręcza władzom uczelni tęgiego bólu głowy. Jednak przyczyna jest zupełnie inna, niż przedstawiają to popularne artykuły prasowe.

Do czego nam algorytm?

Zamiast jednak epatować skomplikowanymi wzorami, przedstawmy problem na przysłowiowych „jabłkach”. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że zarządzasz gminą, w której jest 10 szkół podstawowych – i na ich sfinansowanie dysponujesz sumą 50 milionów złotych. Jak taką kwotę podzielić? Najprościej dać po równo na każdą szkołę, jednak niektóre szkoły są małe, inne duże, więc przy takim scenariuszu dużym szkołom zabraknie na pensje dla nauczycieli. Można więc inaczej: podzielić pieniądze proporcjonalnie do kosztów z zeszłego roku. W ten sposób rozwiążesz problem zapewnienia elementarnego finansowania szkół, ale stworzysz inny. Dyrektorzy szkół zorientują się, jak działa system i zaczną „pompować” koszty, żeby w kolejnym roku dostać więcej pieniędzy.

Algorytm niemocy 2

Na tym etapie już widać podstawowe zjawisko, znane wszystkim ekonomistom: każdy tego rodzaju mechanizm nie tylko dzieli środki ex post, ale stwarza też przy okazji ex ante motywację do pewnych działań. Każdy uczestnik systemu najdalej po roku lub dwóch uczy się, jak postępować, żeby dostać jak najwięcej pieniędzy – niekoniecznie w sposób, który będzie zgodny z pierwotnymi celami.

Wróćmy do naszego przykładu ze szkołami. Widać wyraźnie, że podział trzeba oprzeć na jakiejś mierze wielkości i kosztów szkoły. Jednak trzeba wybrać miarę, która będzie zgodna z celami, takimi jak na przykład zapewnienie edukacji wszystkim dzieciom w gminie. Taką oczywistą miarą jest liczba nauczycieli. Szybko zorientujesz się jednak, że tym razem dyrektorzy szkół zaczną grać inaczej: zatrudniać więcej pracowników, a jednocześnie bronić się przed przyjmowaniem dodatkowych uczniów, żeby ograniczać koszty.

Jeszcze innym rozwiązaniem może być podzielenie pieniędzy między szkoły proporcjonalnie do liczby uczniów. Jednak pewnie wkrótce okaże się, że racjonalni dyrektorzy szkół rozpoczną z kolei wyścig po przyjmowanie większej liczby uczniów. Ba, zobaczysz, że w budżetach szkół pojawią się pozycje w rodzaju „tablet dla każdego nowego ucznia” i inne tego rodzaju zachęty, które z kształceniem mają niewiele wspólnego. W dodatku będą utrzymywać zaledwie minimalną obsadę nauczycielską, a za kilka lat okaże się, że w gminie standardem są klasy liczące po 40 dzieci.

Już ten prosty przykład pokazuje, jak trudne jest odpowiednie skonstruowanie sposobu podziału – czyli właśnie niesławnego „algorytmu”. Byłoby jakimś rozwiązaniem podzielenie całej kwoty i rozdzielenie jednej części proporcjonalnie do liczby nauczycieli a drugiej – adekwatnie do liczby uczniów. Choć wtedy zapewne jakiś dziennikarz napisze w lokalnej gazecie, że zrozumienie tego mechanizmu to „zadanie dla tęgich umysłów”.

Kompromis, który nikogo nie uszczęśliwia

W przypadku wyższych uczelni zbudowanie algorytmu okazuje się zadaniem jeszcze bardziej karkołomnym, ponieważ uczelnie pełnią równocześnie wiele funkcji. Pracownicy uniwersytetów i politechnik uczą studentów, ale też prowadzą badania naukowe, popularyzują naukę, realizują projekty i przyczyniają się do umiędzynarodowienia młodego pokolenia. W efekcie w algorytmie trzeba uwzględnić nie tylko liczbę studentów, lecz również liczbę naukowców, jakość badań, liczbę studentów przyjeżdżających i wyjeżdżających, a także (w części uczelni) liczbę realizowanych projektów. Tych parametrów jest sporo, a w dodatku we wzorze pojawiają się tajemnicze „współczynniki kosztochłonności”. W największym skrócie, te ostatnie powodują, że na studenta medycyny czy chemii uczelnia dostanie więcej pieniędzy niż na przyszłego filozofa bądź socjologa.

Takie komplikacje potęgują wrażenie, że cały ten algorytm to czarna magia, a zrozumienie go wymaga co najmniej habilitacji. Jednak w rzeczywistości jego działanie nie różni się od wcześniejszego przykładu ze szkołami: ma sprawiać, by większe i lepsze uczelnie dostały więcej pieniędzy niż mniejsze i słabsze. Dlaczego więc jego stosowanie wywołuje tyle kontrowersji i problemów?

Bierze się to z faktu, że podział subwencji musi połączyć kilka sprzecznych celów – i to niekoniecznie tych deklarowanych oficjalnie przez władze. Najważniejszy z nich może być zaskakujący i nie jest wcale ekonomiczny, lecz polityczny. Chodzi o utrzymanie uczelni na powierzchni: żaden rząd nie chce być zapamiętany jako ten, który doprowadził do zamknięcia z powodu braku pieniędzy Uniwersytetu Łódzkiego czy Wrocławskiego (nie mówiąc już o Warszawskim czy Jagiellońskim). Dlatego najważniejszym pragmatycznym aspektem algorytmu, o którym rzadko mówi się w dyskusji, jest zapewnienie środków na przeżycie przynajmniej tym większym uczelniom, które są „zbyt duże, żeby upaść”. Z tego powodu przy każdej zmianie algorytmu tak długo kalibruje się wagi i współczynniki, żeby żadna z dużych uczelni nie stanęła przed widmem bankructwa. Nie trzeba dodawać, że szczególnie uważnie sprawdza się wpływ zmian algorytmu na te uczelnie, z których wywodzą się kolejni ministrowie czy premierzy.

Algorytm niemocy 3

Korytarz wahań subwencji dla uczelni publicznych (2019–2026)

Jednocześnie algorytm powinien spełniać rolę motywacyjną. Przy odrobinie analityki można bowiem dokonać „inżynierii wstecznej” i wyliczyć, jakie w przybliżeniu kwoty uczelnie otrzymują w przeliczeniu na studenta czy pracownika. Na przykład w tym roku na każdego studenta historii czy prawa uniwersytety otrzymały 7,9 tys. zł, podczas gdy studenci na kierunkach o wysokiej kosztochłonności, takich jak fizyka czy biologia, przynosili szkołom wyższym kwoty około dwukrotnie wyższe (16,6 tys. zł).

W przypadku zatrudniania nauczycieli akademickich rachunek staje się bardziej złożony. Tu bowiem wysokość kwot zależy nie tylko od dyscypliny naukowej, ale też od stanowiska (wbrew pozorom, wcale nie od stopnia naukowego), a także od charakteru zatrudnienia. Na przykład adiunkt prowadzący badania w naukach biologicznych (pod warunkiem, że są one ewaluowane w danej uczelni) przynosi swojej alma mater prawie 260 tys. zł. rocznie. Jeżeli jednak nie prowadzi on badań i jest wyłącznie pracownikiem dydaktycznym, kwota ta spada do marnych 67 tys. zł. Nawiasem mówiąc, stąd właśnie bierze się niechęć uczelni do utrzymywania pracowników dydaktycznych, a nie z jakiejś mitycznej niechęci do dydaktyki, o której pisał niedawno w FA Łukasz Wolański. Po prostu, o ile etat o charakterze badawczo-dydaktyczny w przybliżeniu samofinansuje się z subwencji, o tyle do zatrudnienia pracownika na etacie dydaktycznym uczelnia musi sporo dokładać.

Zabezpieczenia, zabezpieczenia

Co jednak zrobić, kiedy nie da się pogodzić dwóch tych celów, czyli zapewnienia elementarnego finansowania uczelni oraz odpowiedniego ich motywowania? Wtedy stosuje się różne mechanizmy zabezpieczające. W obecnym rozporządzeniu zaszyte są dwa. Pierwszy z nich to tak zwana „stała przeniesienia”, której zadaniem jest zmniejszenie wahań finansowania z roku na rok. Działa ona tak, że 75% kwoty dzieli się zgodnie z bieżącymi parametrami, a pozostałe 25% podlega podziałowi między uczelnie w takiej samej proporcji, jak w roku poprzednim.

Ponieważ jednak ten mechanizm ma w gruncie rzeczy bardzo słaby efekt łagodzący, dołożono jeszcze drugi – tzw. „korytarz wahań”. Samo działanie korytarza jest proste: po wyliczeniu kwoty subwencji dla każdej z uczelni sprawdza się, czy nie jest ona przypadkiem niższa od zeszłorocznej o więcej niż 2%, ani wyższa o więcej niż 6%. Następnie dodaje się lub odejmuje pieniądze tak, by ostatecznie subwencja dla każdej uczelni mieściła się w takim właśnie „korytarzu” (stąd nazwa) między 98% a 106% kwoty zeszłorocznej.

Praktyka kolejnych lat pokazała jednak, że korytarz ten był niemal co roku modyfikowany w zależności od odstępności środków. Co roku wiosną Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłaszało, jaka kwota zostanie ostatecznie przeznaczona dla uczelni – i odpowiednio do tego modyfikowało dolną i górną granicę. W efekcie reguły gry były ustalane niemal w połowie roku budżetowego.

2026 rokiem demontażu systemu

Ten mechanizm – sam w sobie fatalny – utrzymał się aż do zeszłego roku. Jednak w tym roku zabrakło w budżecie pieniędzy na zwiększenie subwencji nawet o złotówkę, z wyjątkiem osobnej sumy przeznaczonej celowo na podwyżki dla pracowników. Co więc postanowiło Ministerstwo? Z zaskoczenia (choć plotki pojawiały się już od wczesnej wiosny) postanowiło dać każdej uczelni dokładnie taką samą kwotę, jak w roku wcześniejszym, unieważniając tym samym całkowicie działanie całego algorytmu.

W efekcie wszystkie działania rozwojowe uczelni podjęte w latach 2024-25, takie jak zwiększenie naborów na studia, przygotowanie nowych atrakcyjnych kierunków, czy wreszcie zatrudnianie naukowców, mają w tym roku dokładnie zerowy skutek, jeśli chodzi o wysokość subwencji. Okazało się poniewczasie, że w tej grze wygrały uczelnie, które zmniejszyły nabory, zwolniły pracowników i ogólnie postanowiły się „zwijać” zamiast rozwijać. Koszty im spadły, a subwencja pozostała taka sama, jak rok wcześniej.

W tej chwili władze uczelni i wydziałów zastanawiają się, czy w ogóle stać je na działania prorozwojowe – i czy działania takie mają jakikolwiek sens finansowy. Rozwój bowiem kosztuje, i to niemało: większy nabór studentów oznacza wypłaty nadgodzin, a czasem konieczność zatrudnienia dodatkowych dydaktyków. Lepsze badania naukowe również kosztują duże pieniądze – a obecnie wynik ewaluacji nie przekładają się już w ogóle na wysokość subwencji (jak zresztą wyjaśnił w doskonałym artykule Zbigniew Bukowski, przewodniczący UKF KRUP).

Być może zamrożenie wysokości subwencji jest wyłącznie jednorazowym wypadkiem przy pracy, a w przyszłym roku algorytm znowu zacznie działać. Problem w tym, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wcale tego nie komunikuje. Tak naprawdę będzie zapewne tak jak dotychczas – że o wysokości i sposobie podziału subwencji uczelnie dowiedzą się dopiero w maju lub w czerwcu przyszłego roku. Całkiem realna jest jednak możliwość, że wobec napiętego budżetu, wojny w Ukrainie i zbliżających się wyborów powtórzony zostanie scenariusz tegoroczny, czyli zamrożenie „algorytmicznej” części subwencji i przeznaczenie co najwyżej jakichś drobnych kwot na kilkuprocentowe podwyżki.

Co dalej?

Skutkiem takiego scenariusza jest odebranie szkołom wyższym zachęty płynącej z algorytmu, która polegała na tym, że działania rozwojowe wpływały na ich sytuację finansową. Oczywiście uniwersytety i politechniki nie przestaną przyjmować studentów, jednak w sytuacji ogólnej mizerii finansowej wiele z nich będzie musiało pomyśleć, co robić dalej. Mało kto podejmie się teraz otworzenia nowego, atrakcyjnego, a przez to drogiego kierunku studiów. Koszty takiego ruchu są bowiem odczuwalne od razu, a może się on w ogóle nie przełożyć na wysokość subwencji. Podobnie, zatrudnienie młodego naukowca może stanąć pod znakiem zapytania, bo koszt jest duży i odczuwalny, a zamrożona subwencja i tak pozostanie na stałym poziomie.

W rzeczywistości dla wielu szkół wyższych mechanizm zamrożenia subwencji stworzy prostą motywację nie do rozwoju, lecz raczej do zwijania działalności. Skoro bowiem koszty rosną, a subwencja jest stała, jedyną możliwą polityką stanie się dla części uczelni ograniczanie dydaktyki, ostrożne podejście do finansowania badań i nie zatrudnianie nowych pracowników w miejsce odchodzących. Z pewnością żaden rektor takiej polityki nie będzie chciał prowadzić, jednak w trudnej sytuacji finansowej może się okazać, że innego wyjścia po prostu nie będzie.

Pora więc, by odpowiedzieć na pewne pytania zasadnicze. Czy chcemy mieć system, który będzie w przyszłości stabilny, przewidywalny i będzie motywował uczelnie do długofalowych działań rozwojowych? Czy może pod wpływem bieżącej presji finansowej będzie kontynuowana polityka łatania co roku algorytmu i tworzenia tym samym zachęt do „zwijania się” zamiast do rozwoju? Niestety, tej decyzji nie podejmie żaden rektor, senat czy rada uczelni. To jest pytanie, na które odpowiedzieć może tylko państwo i jego polityka naukowa. Obyśmy poznali tę odpowiedź wkrótce.

Dr hab. Michał Mackiewicz, prof. UŁ, kwestor Uniwersytetu Łódzkiego michal.mackiewicz@uni.lodz.pl

Wróć