Rozmowa z prof. Sławomirem Fijałkowskim kierownikiem Pracowni Designu Eksperymentalnego Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku

Sławomir Fijałkowski
Z opisu Pracowni Designu Eksperymentalnego dowiadujemy się, że „pretekstem zadań semestralnych nie jest sam produkt, ale skojarzenia, reakcje i interakcje, jakie są z nim związane na styku nadawca – odbiorca, producent – konsument”. Jak zatem wyłaniają się tematy prac studenckich i jaki jest zakres działań pracowni?
Pracownie Wydziału Wzornictwa w różny sposób konstruują swoje programy. Wybór jest szeroki, gdyż mamy w gdańskiej ASP siedem pracowni dyplomowych: od projektowania okrętów, poprzez mebel, po komunikację wizualną. Jesteśmy w trakcie zmian, w ostatnich latach wydziały projektowe prowadziły studia dwustopniowe i właśnie przegłosowaliśmy powrót do jednolitych studiów magisterskich. Zdecydowaliśmy, że ze względu na specjalistyczny charakter tych studiów, które są w takim samym stopniu artystyczne jak inżynierskie, dłuższy cykl kształcenia jest korzystniejszy.
Dosyć często uczelnie artystyczne wracają do takiej właśnie organizacji studiów.

Bartosz Jaroszek, Sztućce (prototyp)
Mieliśmy problem „magistrów dwuletnich”, którzy przychodzą z różnych obszarów, z różnych uczelni – bo przecież wydziały artystyczne są nie tylko na uczelniach artystycznych – i właściwie od podstaw trzeba ich wdrażać. Przyznam, że nawet interesujący był taki mix studentów z różnymi kompetencjami, którzy znajdują motywację, aby uzupełniać braki w edukacji. Po długich dyskusjach doszliśmy jednak do wniosku, że ze względu na rozwój wydziału, ale też na pewniejszą przyszłość absolwentów, korzystniejszy będzie system jednolity. Krótszy cykl kształcenia sprawia, że studenci za szybko czują się przygotowani do samodzielnej pracy zawodowej, uciekają więc z uczelni i najczęściej z powodu braku doświadczenia lądują na stanowiskach operacyjnych. Tymczasem szybko zmieniają się technologie, wchodzi sztuczna inteligencja i nasi absolwenci muszą być lepiej przygotowani do procesu uczenia się przez całe życie.
Wrócę do pytania o Pracownię Designu Eksperymentalnego.
Eksperyment traktujemy trochę jak w nauce: żeby powstał lek, który na końcu trafi do apteki, konieczna jest cała masa badań, testów, błędnych czasami tropów. Pracownie na Wydziale Wzornictwa są na ogół sformatowane na wypełnienie jakiejś zawodowej luki. My natomiast uznaliśmy, że nie będziemy zawężać naszego programu, wręcz przeciwnie – postaramy się nie stosować sztywnych ram, aby sprowokować twórczy ferment i wspólne poszukiwania. Studenci, którzy do nas przychodzą, mają świadomość, że tu nie spotkają się z konkretnym programem zawodowym, że będziemy od nich wymagali pewnego ryzyka i podejmowania decyzji. Akurat biżuteria, która stanowi znaczącą część naszego programu, a zwłaszcza bursztyn, jest dobrym pretekstem do poszukiwań, bo sytuuje się gdzieś między sztuką, modą a wzornictwem. Oczywiście ma swoje ograniczenia materiałowe, ergonomiczne, funkcjonalne, ale w tym przypadku prototypowanie wiąże się z innym ryzykiem, budżetem i ciągiem decyzyjnym niż np. prototypowanie okrętu. Możemy sobie pozwolić na szybsze decyzje, a proces wykonywania jest dużo krótszy. Studenci, którzy przechodzą przez naszą pracownię, nie muszą później koniecznie zajmować się biżuterią, natomiast cenią sobie możliwość uczestnictwa w takim programie, który mogą wykorzystać w innych dziedzinach, tam gdzie ich los poniesie.
A przykłady?
Kiedyś robiliśmy dużo projektów związanych z kulturą stołu i celebracją posiłków. Tematem jednego z dyplomów była „Kolekcja słodyczy”. Dwie dziewczyny, które pracowały już w branży odzieżowej, zaprojektowały tę kolekcję tak jak projektuje się kolekcję ubioru – z założeniami, aby wpisywać się w trendy i odpowiadać na określone potrzeby wizerunkowe. Gdy pokazaliśmy dyplom na wystawie, zgłosiła się do nas Natalia Hatalska, która od lat zajmuje się prognozowaniem trendów, prowadzi dużą agencję i przygotowuje raporty dla biznesu. Wcześniej nawiązała współpracę z firmą TESCO w sprawie opracowania raportu, jak będą się zmieniały trendy żywieniowe w perspektywie pięćdziesięciu lat.
50 lat?
Tak, miało to charakter dosyć futurystyczny. Zrobiliśmy kilka sesji teoretycznych. Prognozowanie nie jest łatwą sprawą, bo jak sobie człowiek uświadomi, że 50 lat temu nie było jeszcze mleka w proszku, a w międzyczasie wiele się działo – pojawiały się suplementy, różne szkoły żywienia – to jak spojrzeć w tak odległą przyszłość.

Izabela Włodarczak, Projekt spekulatywny warzywa nutrigenomicznego
A jak to się ma do wzornictwa?
Pozornie jest to sprawa zupełnie z nim nie związana, ale podjęliśmy się zrobienia interpretacji projektowej do raportu, który miał charakter teoretyczny. Przeprowadziliśmy wewnętrzny konkurs. Pierwszy z trzech zwycięskich projektów oparty był na koncepcji mieszania smaków. Podobnie, jak miesza się kolory z czterech podstawowych, tak każdy smak jest pochodną czterech: słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, słonego i – dodatkowo – umami. Powstał koncept, że każdy smak, np. pomidora, można zapisać w formie syntetycznej przez procentowe mieszanki tych bazowych składników. Autorka, która w naszym wewnętrznym konkursie dostała pierwszą nagrodę, wymyśliła generator smaków.
Nadal nie bardzo rozumiem, jaki to ma związek z wzornictwem… Chyba, że chodzi tu o formę prezentacji idei.
Związek jest taki, że trzeba tę ideę zaprojektować jako proces, czyli wyobrazić sobie coś, czego jeszcze nie ma, na bazie analizy SWOT, programowania trendów. I okazało się, że potrafimy to zrobić, czego wcześniej nie wykorzystywaliśmy w tak jednoznaczny sposób – jako praktyczny „design thinking”. Oczywiście jest to pewna futurologia i analogie z nauką, mimo nieco innej formy puenty takich analiz, są jak najbardziej uprawnione.
Na dobrą sprawę dopiero przyszłość zweryfikuje te projekty.
Tak, wiadomo, że projektujemy, a właściwie prognozujemy coś, co może się wydarzyć za 50 lat i robimy to raczej w kategoriach prawdopodobieństwa. Drugą nagrodę zdobył projekt „Nutrigenomika”. Już obecnie pojawia się taki trend, aby przygotowywać żywność podobnie jak komponuje się leki, czyli na indywidualne potrzeby. Można przewidzieć, że w perspektywie 50 lat każdy w oparciu o mieszanki genetyczne (parę lat temu to był temat kontrowersyjny, ale my patrzymy w przyszłość odważnie) będzie mógł sobie taką zindywidualizowaną dietę projektować. Naszym zadaniem było oswajanie tych konceptów w formie prototypów, czyli wizualizacji krzyżówek wybranych roślin. Konsultowaliśmy projekty z doktorantem politechniki z Delft, który studiował biotechnologię i zajmował się podobną tematyką w kategoriach naukowych. Przy pierwszych rozmowach był przerażony tym co wyprawiamy, bo w nauce nie wolno bezkarnie fantazjować, gdyż istotny jest efekt weryfikowalny. W końcu jednak przyjął nasz sposób myślenia, tym bardziej, że w niektórych laboratoriach już się rozmyśla nad podobnymi konceptami, więc w perspektywie 50 lat ich realizacja jest bardzo prawdopodobna. Tak się złożyło, że z naszym projektem zapoznali się właściciele firmy Biowil-Biotech z Władysławowa, która zajmuje się „hodowlą” bardzo specjalistycznego materiału – bionanocelulozy. Zgłosili się do nas, abyśmy we współpracy z nimi przygotowali propozycję, do czego jeszcze można wykorzystać ten materiał.

Maja Konczakowska, Okulary (prototyp)
Pierwotnie do czego był wykorzystywany?
Do dwóch celów: materiał jest idealnie aseptyczny i nadaje się jako opatrunek w leczeniu oparzeń, a poza tym jako maseczka kosmetyczna. Na podstawie rzetelnej analizy właściwości materiału zaproponowaliśmy, aby hodować z niego miękkie i idealnie przezroczyste soczewki. Podobnych projektów było sporo. Staramy się szukać źródeł inspiracji i partnerów, którzy nam pomogą w pewnych założeniach i uzupełnią naszą wiedzę. Specjalistycznymi wdrożeniami mogą zajmować się laboratoria badawcze.
Zostawiając już futurystyczne projekty, co pan powie o „artystycznej prozie” działań pracownianych?
Mogę opowiedzieć o ostatnich dyplomach. Na licencjacie mieliśmy ciekawy projekt obuwia korygującego do biegania trailowego po lesie, który wziął się z praktycznej potrzeby, czyli z braku takiego produktu na rynku. Trzeba było wziąć pod uwagę różne aspekty: w jaki sposób zaprojektować produkt, aby nie stracił specjalistycznego charakteru – sportowego, ale także modowego – i żeby jednocześnie miał ukrytą warstwę, która wspomaga biegaczy z wadami postawy, aby uchronić ich przed kontuzjami. Praca konsultowana była z ortopedą i firmami produkcyjnymi. To jest produkt prawie wdrożeniowy. Zobaczymy jakie będą jego losy. Myślę, że mogą zainteresować się nim firmy produkujące obuwie do biegania. Zawsze namawiam studentów, żeby próbowali opatentować swoje projekty i to nie tylko w Polsce. Trzymam kciuki, bo bardzo fajnie nam to wyszło, a przecież punktem wyjścia był eksperyment.
Projekt miał charakter interdyscyplinarny – wspomniał pan o konsultacjach z ortopedą, z firmami produkcyjnymi. Pracownia wychodzi więc w swoich działaniach na zewnątrz.
Tak, zresztą pogłębianie wiedzy poprzez konsultacje zewnętrze jest jednym z kryteriów oceny dyplomów. Kolejny dyplom, tym razem magisterski, to „Kolekcjoner zapachów”. Ludzie kolekcjonują zdjęcia, mają ich tysiące w swoich smartfonach, tymczasem my zastanawialiśmy się, jak można zapisać wspomnienia, aby przywołać je nie tylko za pomocą wzroku. Taką formą zapisu jest zapach. Powstała więc bransoleta wyposażona w kapsułki ze srebra, które jest neutralne zapachowo (np. wszystkie filtry w lodówkach zawierają jony srebra). Projekt był konsultowany z wykonawcą perfum, który wie jak zapisać i utrwalić nuty zapachowe, oraz z jednostką Komendy Głównej Policji, która zajmuje się zbieraniem śladów osmologicznych. Staraliśmy się znaleźć możliwość zamykania w kapsułkach nawet nietrwałych zapachów, aby w kontakcie ze skórą powoli się uwalniały.

Martyna Golińska, Projekt cyfrowy biżuterii zaprojektowanej w technologii Virtual Scetching
To był osobisty projekt? Student dedykował zapachy sobie samemu?
Biżuteria może mieć charakter takiego osobistego talizmanu. Mieliśmy cały stół próbek. Staraliśmy się zapisać np. zapach starej książki albo bryzy morskiej o wschodzie słońca czy lasu po deszczu. Niektóre zapachy są bardziej intensywne, inne bardziej ulotne, czy wręcz umowne – tu bardziej chodzi o ideę i oczywiście o dobry, zgodny z trendami projekt bransolety. Podam jeszcze inny przykład: gwóźdź rozporowy, który powstał jako efekt badawczego eksperymentu. Rzecz niepozorna a interesująca. Dzięki ciekawej konstrukcji złożonej z osobnych trzpieni fizyka tego przedmiotu jest taka, że podczas wbijania wchodzi w materiał jak kołek rozporowy. Testów było wiele: spawanie, wbijanie, prześwietlanie rentgenem, aby zobaczyć jak się rozkładają siły. Ostatecznie powstał gwóźdź, który działa bez zarzutu. Choć w czasie obrony dyplomantowi trzęsły się ręce, gdy go wbijał…
Udało się opatentować ten produkt?
Tak, w Alicante. Mamy więc patent europejski, w którego uzyskaniu uczelnia pomogła autorowi. Wiem, że teraz podjął wysiłki sprzedania patentu firmom produkcyjnym. Jego praca zdobyła I Nagrodę na Gdynia Design Days, była także prezentowana za granicą. Ten przykład pokazuje, że zapraszamy studentów nie tylko do prostych wdrożeniowych odpowiedzi, czasami zastawiamy na nich pułapki, a przy okazji na samych siebie. W tym przypadku zadanie polegało na współczesnej interpretacji losowo przydzielonych przedmiotów jak pinezka, spinacz czy właśnie gwóźdź. I tak oto los zadecydował o sukcesie studenta.
Zaczyna się więc od intelektualnej zabawy, a może skończyć się patentem i wdrożeniem.
Tak. Staramy się szukać różnych inspiracji. Projekt, który właśnie konsultuję, to „Biżuteria jako doświadczenie taktylne”: 22 elementy biżuterii zostały zaprojektowane pod kątem interakcji z anatomią, ze szczególnym uwzględnieniem wrażeń dotykowych. Zastawiamy przy tym różne pułapki. To co wydaje się ciężkie, jest lekkie, to co ciepłe, jest zimne, można więc wyłączyć wzrok i nastawić się na inny sposób kontaktu z biżuterią. Mamy w Gdańsku firmę, która specjalizuje się w cyfrowym prototypowaniu, gdzie pracuje kilkoro naszych absolwentów. Tworzymy więc sobie przyjazny ekosystem: gdy potrzebujemy wsparcia, zapraszamy ich do nas na warsztaty. Jak widać, nie kształcimy bezrobotnych – studentów i absolwentów kojarzymy z firmami i wręcz zmuszamy ich do udziału w różnych wystawach, aby mogli nawiązać ciekawe kontakty zawodowe. Robiliśmy niedawno wystawę podczas Europejskiej Nocy Muzeów, chcieliśmy pokazać prace naszych absolwentów i uwiarygodnić, że wzornictwo nadal jest świetną ścieżką zawodową. Dobrym przykładem jest Mikołaj Kościński, który przyszedł do nas na drugi stopień i stał się mistrzem projektowania cyfrowego, a następnie został wiodącym projektantem w start-upie, w którym znaleźli pracę kolejni absolwenci. Mikołaj zaczął od projektowania biżuterii z tytanu, potem zajął się drukiem 3D i rozsyłając portfolio do różnych firm trafił do Szanghaju. Tam współpracował z firmą Xuberance specjalizującą się w druku 3D na ogromną skalę – drukującą z metalu elementy architektury czy wyposażenia wnętrz. Realizował m.in. elementy insygniów królewskich dla królowej Elżbiety.
Na zamówienie pałacu Buckingham?
To był prezent dyplomatyczny rządu chińskiego. Potem nasz absolwent nawiązał współpracę ze słynną holenderską projektantką mody Iris van Herpen i uczestniczył w przygotowywaniu elementów jej futurystycznych kolekcji. Wykorzystał więc dobrze umiejętności i kompetencje, które rozwinął w naszej pracowni.
Jak kształtuje się relacja pomiędzy środowiskiem fizycznym a cyfrowym w procesie projektowania? Wydaje się, że niektóre projekty można wykonać bez dotknięcia materii.

Nicholas Koscinski, Kolekcja unikatowej biżuterii dla Iris Van Herpen
Kiedyś prototyp robiło się ręcznie z różnych materiałów, a pracę końcową cyfrowo, metodami druku 3D. Ostatnio dostaliśmy np. kilka kawałków bursztynu z kopalni z okolic Lublina, która jest jedynym miejscem legalnego pozyskiwania tego surowca w Polsce (to tylko pozorny paradoks, gdyż 40 milionów lat temu w miejscu Lublina była laguna i panował tropikalny klimat). Mieliśmy zaprojektować produkt, który będzie wykonany metodami nowoczesnymi, a nie rzemieślniczymi. Takie projektowanie odbywa się w komputerze, oczywiście konieczna jest znajomość cech materiału i obsługi frezarki CNC. Projekt najpierw jest sprawdzany w materiale syntetycznym, a potem wykonujemy go w bursztynie. Kiedyś pracowaliśmy metodami rzemieślniczymi – rzeźbiarskimi, teraz okazuje się, że łatwiej jest rzeźbić metodami cyfrowymi, które są tańsze, dostępne i bardziej zrozumiałe dla studentów. Istotne jest tylko, aby na ostatnim etapie produkt był dotknięty ręką, bo w ten sposób nabiera cech unikatowego przedmiotu. Dlatego zatrudniamy w pracowni mistrza jubilerstwa, który wprowadza studentów w tajniki starego dobrego warsztatu.
A czy zdarza się całkowicie cyfrowy proces projektowania i obróbki bursztynu, bez dotknięcia dłoni?
Moja asystentka Zuzanna Franczak broniła dyplom, na który składała się kolekcja wykonana w całości w postaci cyfrowej. Obecnie istnieją sklepy internetowe, które sprzedają taką biżuterię i to w cenach zbliżonych do wykonanej w sposób tradycyjny. Biżuterię projektuje się cyfrowo, na siatce CAD, a potem nakłada się ją jako filtr rozszerzonej rzeczywistości (augmented reality). Gdy w pracowni wywiązała się dyskusja na ten temat, stwierdziłem, że jeżeli mam za taki certyfikat NFC zapłacić kilka tysięcy złotych, to wolę kupić np. złoto, które ma dla mnie bardziej realną wartość. Okazuje się jednak, że dla młodego pokolenia wychowanego w świecie bitcoinów nie ma tu większych kontrowersji. Wartość tego projektu odkryłem dopiero po czasie. Przemówił do mnie argument, że jeżeli robi się kolię tylko po to, żeby raz została sfotografowana i zaistniała na Instagramie jako nośnik wizerunkowy marki, to właściwie nie ma powodu, żeby zrobić kosztowny przedmiot np. z diamentów. Podjęliśmy więc ten temat. Pierwsze propozycje były takie, żeby tworzyć imitacje rzeczywistej biżuterii, ale uznaliśmy, że to nie ma sensu. Powstał więc zupełnie futurystyczny filtr, który porusza się razem z postacią.
Głównie na potrzeby prezentacji w mediach społecznościowych?
Tak, ale ludzie naprawdę kupują takie rzeczy. I żeby mieć prawo w nich wystąpić, trzeba zapłacić autorowi.
Wróćmy jeszcze do tradycji prowadzonej przez pana pracowni, która początkowo funkcjonowała jako Pracownia Biżuterii. Czy bursztyn nadal jest chętnie wykorzystywany przez studentów, także w kontekście designu eksperymentalnego?
Istnieje pewien czynnik kulturowy. Gdziekolwiek nie pojedziemy w świat, to Gdańsk jest bezbłędnie kojarzony z bursztynem. Czujemy się więc zobowiązani, żeby tę kilkusetletnią tradycję podtrzymywać i orientować w kierunku nowego rzemiosła. Druga rzecz to pewien lokalny system ekonomiczny. W przypadku Gdańska uchwalono strategię, aby prezentować miasto jako „Światową Stolicę Bursztynu”. Na zlecenie Miasta Gdańska przygotowaliśmy (corocznie) 12 bardzo rozbudowanych publikacji na ten temat, a na Targach AMBERIF dostaliśmy zadanie, aby producentów bursztynu nauczyć współpracy z projektantami. Bardzo dobrze robią to Włosi. Kiedyś do uczelni przyjechała włoska firma z branży trend huntingu, która prognozowała, co będzie modne za 2, 3 lata, co należy obserwować i na jakie targi jeździć. Zostałem zaproszony na spotkanie z nimi. W spotkaniu wzięli też udział nasi producenci bursztynu – przyszli pokiwali głowami i stwierdzili, że jednak przydałby się ktoś, kto by naprawdę rozumiał specyfikę polskiego bursztynu. W ten sposób gdańska ASP stała się centrum prognozowania bursztynniczych trendów.

Sławomir Fijałkowski, Kolekcja ALL GRAY – piescionki unikatowe, tytan (druk3D), bursztyn
Włoski przykład ilustruje napięcie pomiędzy teorią a konkretnym doświadczeniem.
Tak, chociaż na poziomie ogólnym ciekawe są spostrzeżenia, co kupuje generacja x albo z, na co się orientują i jakie są zapowiedzi trendów w różnych dziedzinach.
Czy szukanie odpowiedzi na takie pytania to także istotny wątek działań pracownianych?
Tak. Przygotowałem prezentację, z której wynikało, że rzeczywiście badamy i orientujemy się w trendach, ale staramy się interpretować je trochę przekornie. Wówczas producenci stwierdzili, że od nas mogą dowiedzieć się więcej niż od międzynarodowych firm. Włosi działali bardzo komercyjnie: przygotowywali projekty, które było można kupić i od razu wdrożyć do produkcji. My jednak, znając nawyki miejscowych firm, zadecydowaliśmy, że naszym produktem nie będą konkretne wzory, ale wzornictwo, czyli projektanci. Nawiązaliśmy sporo kontaktów, a ponieważ w ramach współpracy wysyłaliśmy naszych studentów na staże wdrożeniowe, więc sporo z nich zaczęło pracować w firmach, otwierać własne pracownie, wystawiać się na targach. Mamy dzięki temu całą generację młodych projektantów, którzy wrośli w rynek i zasilają go usługowo jako projektanci albo uzupełniają o produkt unikatowy, którego dużym firmom produkcyjnym nie opłaca się robić. Projekt bardzo dobrze rozwijał się do czasu pandemii, a teraz trzymam kciuki, żeby i Targi Amberif i Miasto Gdańsk wróciły do takiego mecenatu.
Wspominał pan kiedyś, że kryzys, który dotknął branżę jubilerską, wpłynął na pewną ewolucję programu pracowni.
Kryzys miał miejsce w okresie pandemii. W szkolnictwie ratowały nas wówczas technologie cyfrowe, ale dla producentów ten czas był straszny, nie tylko dlatego, że wszystko zamarło – targi, wystawy, ale okazało się, że także klienci zaczynają trzymać się za kieszeń. Jubilerstwo to branża FITO („first in last out”). W czasie załamania koniunktury to branże kreatywne pierwsze wpadają w kłopoty i ostatnie z nich wychodzą. Dołek ekonomiczny był poważny, wiele firm miało kłopoty, straciło zamówienia, nie przestawiło się na handel cyfrowy, a potem nie udało im się powrócić do wcześniejszej koniunktury. Obawiam się, że konsekwencje dla tej branży mogą być trwałe.
W pewnym momencie pojawili się odbiorcy z Chin…
Szczególnie było to odczuwalne w czasie globalnego kryzysu w 2008 roku. Wtedy w Trójmieście pojawili się Chińczycy i przywieźli ze sobą wcześniej dla nas nieznaną symbolikę bursztynu, który jest związany z buddyzmem i uchodzi w Chinach za amulet. Kupcy z Chin wymagali od nas najwyższej jakości. To, że sprzedawali wówczas na świecie rzeczy tanie, wcale nie znaczyło, że sami mają podobne oczekiwania. Za najbardziej wartościowy uznawali bursztyn o mlecznym odcieniu. W Gdańsku wyrosło wówczas wiele fortun, bo popyt był niezaspokojony. Ale w ślad za tym rosła cena surowca, który przestał być dostępny dla studenckich kieszeni. Martwiło to nas, bo nie jest łatwo eksperymentować z bursztynem, gdy każdy gram trzeba uważnie przeliczać na złotówki i dolary. Zmieniły się także oczekiwania: bursztyn zaczęto traktować jako inwestycję, lokatę kapitału, więc design stał się mniej istotny. Staramy się więc uzbrajać studentów w umiejętność współpracy z firmami, rozumienia ich potrzeb, ale też oczekiwań konsumenckich. Są rzeczy „do oglądania” i po to jeździ się na targi, odwiedza wystawy, przeszukuje Instagram, i są rzeczy „do kupowania”, a tutaj skala kompromisu jest znacznie większa. Wyważamy te proporcje, aby każdy kto przechodzi przez pracownię, rozumiał i ten, i tamten świat, ale ostatecznie umiał wybrać to co jest mu bliższe. Mamy absolwentów, którzy projektują dla firm i takich, którzy tego organicznie nie znoszą, wybierają więc drogę dłuższą, trudniejszą, ale w końcu być może ciekawszą, która pozwala im zachować niezależność, prowadzić własną pracownię lub studio projektowe. W każdym razie warto studiować. Żeby się o tym przekonać, zapraszamy na trwającą do końca sierpnia wystawę pt. TOP AMBER w Muzeum Miasta Gdyni, gdzie prezentujemy właśnie wystawę ponad 200 prac studenckich we wszystkich manualnych i cyfrowych technologiach.
Rozmawiała Krystyna Matuszewska