logo
FA 7-8/2025 życie naukowe

Krzysztof Pabis

Popularyzacja, głupcze!

Popularyzacja, głupcze! 1

Gabinet prorektora zajmującego się popularyzacją może również stać się miejscem przyjaznym i otwartym. Fot. Dagmara Zalewska

Bez zaufania do nauki i zrozumienia jej roli oraz metod na pewno nie przekonamy społeczeństwa (a co za tym idzie polityków), że warto przeznaczyć na nią nieco więcej niż rozczarowujący 1 proc. PKB.

Poezja rzeczywistości

Znany brytyjski biolog ewolucyjny Richard Dawkins powiedział kiedyś, że „nauka jest poezją rzeczywistości”. To krótkie i eleganckie zdanie doskonale oddaje ideę popularyzacji. Jest nią przecież w dużej mierze poszukiwanie języka pozwalającego na otworzenie trudnych treści naukowych i uczynienie ich dostępnymi dla każdego, a także przyciągnięcie uwagi odbiorcy. Gdyby Dawkins powiedział, że nauka jest fundamentem współczesnego świata, nikt pewnie nie zwróciłby uwagi na jego wypowiedź, pomimo faktu, że nadal byłoby w niej bardzo wiele prawdy. Język staje się w rękach (a raczej w ustach i umyśle) popularyzatora niezwykle skutecznym narzędziem potrafiącym rozbroić nawet najbardziej skomplikowany mechanizm, tylko po to, aby ukazać nam jego ukryte piękno. Wiem, wiem, zrobiło się trochę górnolotnie, a język niebezpiecznie zbliżył się do definicji grafomanii. Zazwyczaj staram się unikać podobnych tonów pisząc o nauce dla innych badaczy, ponieważ zdaję sobie sprawę, że wolimy naukową precyzję od nieostrej i podatnej na rozmaite interpretacje poezji. Twarde badania z ostatnich lat pokazują jednak, że precyzja coraz częściej wymyka się naukowcom z rąk. Przestajemy być skuteczni nawet podczas porozumiewania się z naszymi kolegami po fachu, którzy powinni przecież mówić tym samym językiem, ponieważ – przynajmniej w teorii – znaleźli się na tym samym piętrze komunikacyjnej Wieży Babel współczesnego świata. Złośliwi powiedzieliby pewnie, że trafili do tej samej bańki informacyjnej, sugerując jednocześnie zamknięcie na inne obszary otaczającej nas rzeczywistości, co jak się za chwilę okaże nie jest wcale bardzo dalekie od prawdy.

Diagnoza, czyli kilka słów o komunikacji naukowej

Popularyzacja, głupcze! 2

Uczestnicy Ideathonu chwilę po rozdaniu nagród. Fot. Paweł Śpiechowicz

Zacznijmy jednak od początku. Już w roku 1992 na łamach „Nature” ukazał się artykuł zatytułowany The growing inaccessibility of science. Był on pierwszą jaskółką zapowiadającą rzeczywistość mającą dopiero nadejść. Problemy tych nowych czasów świetnie oddaje analiza zaprezentowana w opublikowanym w roku 2017 artykule noszącym znamienny tytuł The readability of scientific texts is decreasing over time. W tekście tym (cytowanym już niemal 200 razy) grupa szwedzkich badaczy zwraca uwagę, że hermetyzm żargonu stosowanego w publikacjach naukowych zwiększa się stopniowo na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Problem dotyczy głównie nauk ścisłych (ang. science), choć z własnego doświadczenia czytelniczego wnioskuję, że przedstawiciele humanistyki również potrafią zgrzeszyć naprawdę ciężkim piórem. Zdaniem autorów przytoczonej powyżej publikacji efektem jest nie tylko realna trudność w zrozumieniu treści, ale także brak możliwości powtórzenia przynajmniej niektórych badań. Język zaburza więc postęp naukowy oraz proces weryfikacji eksperymentów przez innych naukowców. To bardzo niepokojąca konkluzja, która staje jeszcze bardziej znamienna, gdy pokażemy ją na tle rosnącej liczby trudnych do zreplikowania badań oraz rosnącej liczby publikacji wycofywanych z czasopism naukowych (w tym nawet tych najlepszych) ze względu na błędy lub celowe manipulacje. Osoby zainteresowane szczegółami tego problemu odsyłam do wydanej niedawno przez PWN książki popularnonaukowej (a jakże!) Stewarta Ritchie’ego zatytułowanej Science fictions. Oszustwa, uprzedzenia, zaniedbania i szum informacyjny w nauce, choć nie zapominajmy, że istnieje szereg ściśle naukowych publikacji analizujących ten temat. Jak zgubny może okazać się nadmiernie hermetyczny język, po części pokazała również słynna prowokacja Alana Sokala, fizyka z New York University, który wysłał do czasopisma naukowego „SocialText” artykuł napisany pozornie fachowym językiem i zatytułowany Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej. Tekst został przyjęty i opublikowany, mimo że był jedynie wymysłem i pseudonaukowym bełkotem. Szczegóły całej sprawy, znacznie poszerzające zakres dyskusji, Sokal opisał później wraz z Jeanem Bricmontem w książce Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów.

Wracając do codziennego języka współczesnej nauki warto przypomnieć, że osiągnęliśmy etap, na którym biolog zajmujący się ekologią, może mieć poważny problem ze zrozumieniem choćby tytułu publikacji swojego kolegi ze studiów prowadzącego badania z zakresu biochemii. Nie wspominam nawet o treści takiego artykułu. Jest to efekt uboczny narastającej w świecie naukowym specjalizacji. Z jednej strony stała się ona nieodzownym elementem pejzażu akademickiego. Wszyscy już wiemy, że czasy Alexandra von Humboldta – nazywanego niejednokrotnie ostatnim człowiekiem, który opanował niemal całą dostępną wówczas wiedzę – minęły bezpowrotnie. Z drugiej strony, specjalizacja spowodowała powstanie milionów małych baniek informacyjnych, których nie potrafi już przebić nawet ostrze interdyscyplinarności. Skoro mamy więc trudności z wzajemną komunikacją, jak powinniśmy rozmawiać o nauce z osobami (w tym także dziennikarzami naukowymi), które nigdy nie miały okazji nauczyć się analizy tekstów naukowych? Równie ważne jest pytanie, dlaczego w ogóle musimy szukać takiego języka? Napisano już setki artykułów i zaprezentowano dziesiątki poważnych analiz pokazujących, że brak wiary (celowo używam tego słowa) w treści naukowe wynika w dużej mierze z dwóch bardzo prostych faktów. Po pierwsze, nauka jest trudna, po drugie – my, naukowcy najczęściej nie robimy nic, aby stała się bardziej przystępna. W tym miejscu od razu przychodzi mi na myśl opinia, która była wypowiadana w mojej obecności wiele razy: „Ale przecież my, naukowcy nie jesteśmy od tego”. Powinniśmy myśleć raczej o znalezieniu osoby, która jest specjalistą od komunikacji i wykona tę pracę za nas.

Problem polega na tym, że ten mechanizm wcale nie działa w opisany przed chwilą sposób. Nie przez przypadek najlepsze (z nielicznymi wyjątkami) książki popularnonaukowe zostały napisane przez naukowców (lub osoby wywodzące się wprost ze świata nauki), a nie przez dziennikarzy naukowych lub speców od kreowania wizerunku. To przecież nie kto inny jak naukowcy najlepiej rozumieją meandry specjalistycznej terminologii, potrafią umieścić wyniki konkretnych badań w szerszym kontekście i mają umiejętność rozszyfrowywania wyników złożonych analiz statystycznych. Brak wiary w sens popularyzacji nie jest oczywiście wyłącznie przypadłością polskich badaczy, ale zaryzykuję tezę, że popełniliśmy w tym obszarze znacznie więcej grzechów niż nasi koledzy z Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych. Akademicy niejednokrotnie oburzają się, kiedy ktoś próbuje mówić o nauce polskiej i nauce światowej, przypominając, że przecież wiedza nie zna granic państwowych. Jest to oczywiście prawda, znacząco różnią się jednak systemy, w jakich funkcjonują naukowcy pracujący w różnych krajach, oraz historia społeczno-polityczna, w jakiej te systemy się kształtowały. Różnice te wpływają także na podejście do tematu popularyzacji. W wielu krajach jest ona normalnym elementem kultury akademickiej. Nie przez przypadek Oxford University uhonorował Richarda Dawkinsa stanowiskiem The Simonyi Professorship for the Public Understanding of Science, z kolei Princeton University Press od lat z powodzeniem wydaje rozmaite serie książek popularnonaukowych. Znamienne jest także, że najwięksi naukowcy na świecie, między innymi nobliści: Svante Pääbo (Instytut Maxa Plancka w Lipsku) i Daniel Kahneman (Uniwersytet w Princeton), czy jeden z najlepiej cytowanych ekologów i biologów ewolucyjnych, laureat nagrody Pulitzera Edward Osborne Wilson (Uniwersytet Harvarda), mogą pochwalić się autorstwem książek popularnonaukowych. Z kolei The British Association for the Advancement of Science rozszerzyło swoją nazwę o frazę and Public Attitudes to Science już ponad 100 lat temu. Natomiast naukowcy z wielu krajów próbują patrzeć na popularyzację przez pryzmat badań dotyczących ludzkiej psychologii, procesów poznawczych oraz relacji społecznych i politycznych. Dobrym przykładem, przynoszącym wiele inspirujących przemyśleń, jest rozdział Attitudes Towards Science, będący częścią książki wydanej w serii Advances in Experimental Social Psychology. Możliwe bowiem, że mózg, cudowny organ tworzący naukę, jest jednocześnie odporny na naukowe myślenie. Bardzo się przed nim broni, jeśli nie zaproponujemy mu odpowiedniego treningu. Popularyzacja może być więc siłownią dla naszego mózgu, w której rolę hantli, bieżni lub grupowej sesji aerobiku, pełnią odpowiednio: książki, podcasty i wykłady.

W Polsce popularyzacja jest zwykle traktowana jak piąte koło u wozu. Czasem lubimy chować to brzydkie słowo za określeniem „społeczne rozumienie nauki” albo „komunikacja nauki”, jakby nam się wydawało, że wtedy stanie się poważniejsze i bardziej godne naukowca. Kiedy pytałem polskich wydawców książek popularnonaukowych, dlaczego ich zdaniem olbrzymią większość oferty wydawniczej stanowią tytuły napisane przez zagranicznych autorów, słyszałem zestaw bardzo podobnie brzmiących odpowiedzi, które oni usłyszeli wcześniej od potencjalnych polskich autorów. Co więcej, niejednokrotnie pojawiały się one także w moich rozmowach na ten temat, jakie przeprowadziłem z kolegami z różnych uczelni. Niektóre były bardziej zrozumiałe, np. „badania pochłaniają tak wielką część mojej pracy, że nie mam już czasu na popularyzację”. Częściej jednak słyszałem, że „tematu moich badań nie da się spopularyzować”, albo że „popularyzacja jest niepoważna, a ja nie mogę narazić się na utratę pozycji w środowisku” (o uniwersalności takiego myślenia przypomina tytuł książki Randy’ego Olsona Don’t Be Such a Scientist, polecam ją wszystkim pragnącym rozpocząć przygodę z popularyzacją). Dość często w ustach polskich badaczy pojawiało się także zdanie mówiące, że „jako specjalista zajmujący się nietoperzami (można tu wstawić dowolny obiekt badań) nie mogę napisać książki o polskich ssakach, taką mógłby stworzyć jedynie zespół specjalistów”. Pokazuje to, jak przenosimy myślenie o publikacji naukowej na nasze wyobrażenie o tym, czym powinna być publikacja o charakterze popularyzatorskim.

Popularyzator vs. naukowiec: pojedynek bez zwycięzcy

Umberto Eco pisał kiedyś o szaleństwie katalogowania, które jest nieodzownym elementem ludzkiej natury. Pewnie dlatego wygodnie jest nam dzielić świat na naukowców i popularyzatorów, choć to rozróżnienie ma niewiele wspólnego z prawdą. Osobom przekonanym, że wszystkie problemy rozwiąże zewnętrzny ekspert od popularyzacji zatrudniony na wydziale lub w rektoracie, proponuję przyjrzenie się realiom takiej kooperacji. Stanowi ona swoisty paradoks, ponieważ naukowcy mówiący o konieczności oddania popularyzacji w ręce specjalistów, jednocześnie w praktyce bronią się przed efektami ich pracy. Przyjmijmy, że wspomniany przed chwilą specjalista najpierw zbierze od naukowca niezbędne informacje, a potem przygotuje na ich podstawie filmik edukacyjny lub krótki artykuł. Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, jak trudno jest takiej osobie pracować z naukowcem, zwykle przekonanym, że z każdym najmniejszym uproszczeniem jakiś ignorant wyrywa z serca jego ciężkiej pracy kolejne włókna mięśniowe, stopniowo prowadząc do uśmiercenia pacjenta. Zbudowanie zaufania do zewnętrznego konsultanta niejednokrotnie wymagałoby więc przynajmniej wykształcenia przekonania o sensowności jego pracy oraz uznania jego kompetencji, podobnie jak on uznaje naszą wiedzę i doświadczanie. Takie zrozumienie można uzyskać chociażby poprzez samodzielne liźnięcie wiedzy na temat technik popularyzatorskich (a co ważniejsze, skuteczności ich działania). Dlatego tak bardzo promuję zachęcanie naukowców do samodzielnej popularyzacji. Nikt inny nie znajdzie za nich najbardziej trafnych metafor i nie zaproponuje najlepiej pasujących uproszczeń. Mówiąc wprost: aby popularyzować wiedzę, trzeba ją mieć. Nawet najlepszy dziennikarz nie zrobi dobrego wywiadu z naukowcem, jeśli jego gość nie otworzy swojego języka komunikacji, w ten sposób stając się popularyzatorem.

Praktyka pokazuje także, że rekrutacja nowych pracowników administracji uczelni mających kompetencje stricte popularyzatorskie potyka się o bardzo krótką ławkę dostępnych na rynku specjalistów. Ponadto, jeśli nawet udaje się wypracować taki symbiotyczny układ w ramach struktur uczelni, zazwyczaj realizuje on niemal wyłącznie krótkie zlecenia naukowców pragnących spopularyzować wyniki swojego własnego projektu lub konkretnego artykułu. Kolejni naukowcy wchodziliby wówczas do biura konsultanta niczym klienci agencji reklamowej. W dodatku, biorąc pod uwagę skalę potrzeb wielkiej instytucji, podobny zespół nigdy nie będzie wystarczająco duży, aby je zaspokoić. Nie twierdzę, że takie podejście jest zupełnie pozbawione sensu (niejednokrotnie jest w pełni uzasadnione, a uczelnie powinny zatrudniać zespoły podobnych specjalistów). Niemniej jednak popularyzacja z zasady opiera się na szerokiej, wielowątkowej opowieści o zdobyczach nauki, opartej na publikacjach tysięcy badaczy z rozmaitych ośrodków akademickich. Nie można przygotować dobrego wykładu, ciekawej książki czy porywającego filmu bazując wyłącznie na badaniach jednego zespołu, a wtedy to naukowiec musi przejąć inicjatywę. Wiedzą to wszyscy popularyzatorzy będący aktywnymi badaczami.

Recepta to nie wszystko

Jaka jest więc recepta na rozwiązanie problemów hermetycznego języka nauki oraz zwiększenie społecznego zaufania do efektów pracy badawczej? Chciałbym powiedzieć, że umieszczona w tytule tego artykułu parafraza słynnego sloganu kampanijnego Billa Clintona z roku 1992 daje nam prostą i jednoznaczną odpowiedź. Uległem pokusie zastosowania tego okrzyku, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że tak mocny komunikat, w dodatku bazujący na kontrowersji, bardziej pasuje do realiów kampanii wyborczej niż do akademickiej dyskusji (choć doskonale wpisuje się w narzędzia typowe dla popularyzatora). Odpowiedź nie jest jednak wcale taka prosta, ponieważ końcowy efekt zależy od praktycznej realizacji takiego ogólnego zalecenia. Mam jednak wewnętrzne przekonanie, że bez stworzenia klimatu dla popularyzacji nie otworzymy szerzej drzwi wieży z kości słoniowej, jak bywa czasem nazywany świat akademicki. Zwróćcie państwo uwagę, że nie napisałem o tworzeniu systemowych ram dla popularyzacji, ponieważ boję się, aby silnie doświadczony „punktozą” polski system nauki nie skaził tego obszaru kolejnymi wskaźnikami, algorytmami i parametrami, które szybko staną się celem samym w sobie, ważniejszym od przyjemności dzielenia się wiedzą. Innymi słowy, mam głębokie przekonanie, że popularyzacji nie można zadekretować i zmierzyć, trzeba ją po prostu wcielać w życie, zachęcać do niej i pokazywać jak dobre może przynosić efekty.

Popularyzacja, głupcze! 3

Warsztaty w laboratorium są okazją dla uczestników programu Instytut Kreatywnej Biologii do posmakowania praktyki pracy naukowca. Fot. zasoby Uniwersytetu Łódzkiego

Pozostaje jeszcze pytanie o cele oraz sposoby realizacji tego zadania. Aby lepiej zilustrować te problemy, chciałbym w tym miejscu przytoczyć historię początków mojej przygody z popularyzacją. Kiedy kończyłem liceum i zaczynałem studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Łódzkiego, książki popularnonaukowe stały się dla mnie pierwszą możliwością kontaktu z najnowszymi osiągnięciami nauki. Zdarzyło się tak głównie za sprawą zainaugurowanej w roku 1995 (miałem wówczas 15 lat) serii Na Ścieżkach Nauki wydawnictwa Prószyński i S-ka, równie interesującej serii Biblioteka Myśli Współczesnej (znanej jako Plus Minus Nieskończoność) stworzonej przez PIW, a także książek wydawnictwa CiS. To dzięki nim poznałem biologię ewolucyjną, ponieważ mając kilkanaście lat nigdy nie porwałbym się na przeczytanie publikacji naukowej na temat doboru naturalnego, rozszerzonego fenotypu czy różnorodności biologicznej. Zresztą nawet nie wiedziałem, gdzie miałbym ich szukać. Czytanie książek Richarda Dawkinsa, George’a Williamsa, Daniela Denneta, Jareda Diamonda i Jane Goodal (wszyscy wymienieni są naukowcami i popularyzatorami jednocześnie) było jednak drugim etapem mojej przygody z nauką. Byłem już wówczas zafascynowany biologią. Pasja ta nie zrodziła się jednak sama. Jej początków należy szukać w książkach, których współczesny naukowiec najczęściej nie zauważa, a nawet je lekceważy. Były to gawędy i opowieści o zwierzętach napisane przez Henryka Sandnera, Władysława Strojnego czy Włodzimierza Puchalskiego oraz programy telewizyjne, takie jak „Sonda” czy „Z kamerą wśród zwierząt”. W jakimś sensie mogę powiedzieć, że popularyzacja zrobiła ze mnie naukowca. To dzięki niej mogę też obecnie odwiedzać kolejne bańki informacyjne, czytając książki o muzyce, językoznawstwie, fizyce lub ekonomii, aby pozostać w miarę na bieżąco z najnowszymi odkryciami spoza mojej specjalizacji naukowej.

Oczywiście obecnie istnieje znacznie więcej narzędzi oraz ścieżek popularyzatorskich niż 20-30 lat temu. Inaczej wygląda popularyzacja skierowana do dzieci, inaczej ta, której odbiorcami są studenci, inni naukowcy lub pasjonaci nauki. Popularyzacja może być angażująca albo opierać się jedynie na prostym przyswajaniu treści. Odmienny jest język popularyzacji w formie zajęć warsztatowych, inny jest język wykładu, książki, posta w mediach społecznościowych, podcastu czy kanału na YouTube. Popularyzatorzy stają więc przed dylematami dotyczącymi formy oraz zasięgu swoich działań. Jeśli stworzylibyśmy skalę bazującą na dogłębności przekazywanych informacji, najpłytszy będzie zapewne post w mediach społecznościowych, a najbardziej kompleksowa i złożona (a także najtrudniejsza w realizacji) pozostanie książka. Jeśli jednak patrzymy na liczbę odbiorców, sytuacja często wygląda odwrotnie. Zarówno jedna, jak i druga forma jest więc potrzebna i uzasadniona.

Droga jaką pójdziemy zależy jedynie od naszej własnej kreatywności. Popularyzator czerpie garściami ze swoich zainteresowań, ale jednocześnie stara się zgłębić sposób myślenia odbiorców. Dlatego chociażby w popularyzacji skierowanej do najmłodszych bardzo dobrze sprawdzają się odniesienia do popkultury, w tym zwłaszcza postaci z bajek czy książek o przygodach Harry’ego Pottera. Lubię więc przypominać, że popularyzacja jest dla naukowców okazją do wyjścia z własnej strefy komfortu. Musimy porzucić na moment dobrze znany świat laboratorium oraz utarty schemat profesjonalnego języka, aby zastanowić się nad samym sposobem przekazu.

Całkowicie odmiennym kierunkiem, coraz bardziej popularnym na świecie, jest wykorzystywanie popularyzacji do angażowania społeczeństwa w badania naukowe. Tak zwana nauka obywatelska owocuje coraz ciekawszymi projektami, pozwalając na zbieranie danych w skali nieosiągalnej nawet dla najlepszego i najlepiej dofinansowanego zespołu naukowego. Badania bazujące na nauce obywatelskiej nie byłyby możliwe bez otwartości komunikacyjnej, a dzięki nim każdy uczestnik projektu staje się na pewien czas naukowcem. Podobnym obszarem są także badania medyczne, dla których popularyzacja jest sposobem na pozyskanie materiału badawczego. Żaden człowiek nie odda kawałka siebie dla dobra nauki, jeśli nie będzie czuł, że uczestniczy w czymś naprawdę ważnym. W tym miejscu przychodzą mi do głowy działania zainicjowane przez Biobank Łódź, realizowane we współpracy z pracownikami łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych oraz samorządem Aleksandrowa Łódzkiego, które nie tylko realnie zwiększają świadomość społeczną oraz wiedzę o idei biobankowania, ale także zachęcają ludzi do udziału w projektach badawczych. Zaryzykuję twierdzenie, że część podobnych badań nigdy nie zakończyłaby się sukcesem, gdyby zapomniano o popularyzacji. Z kolei popularyzacja na poziomie „małych ojczyzn” podnosi rolę uczelni w budowaniu świadomości oraz dobrostanu mieszkańców, którzy tylko dzięki uniwersytetowi lub instytutowi badawczemu mogą dowiedzieć się o bioróżnorodności miejskiego parku, płynącej przez miasto rzeki lub przydomowego trawnika. Bardzo często takie działania popularyzatorskie realizowane we współpracy z władzami samorządowymi przynoszą wymierne efekty, chociażby w postaci świadomych inwestycji realizowanych w ramach budżetu obywatelskiego. Popularyzacja może stać się także skutecznym pomostem prowadzącym do stworzenia interdyscyplinarnych projektów o charakterze stricte naukowym lub nawet konsorcjów badawczych. Dzieje się tak, kiedy zaprezentowane w przystępny sposób informacje trafią na podatny grunt – otwartego naukowca reprezentującego inną specjalność. Dlatego warto myśleć o sposobach i celach popularyzacji wyników badań już na etapie pisania projektów naukowych.

Popularyzacja może być także drogą dotarcia do partnerów biznesowych i przemysłu, dając tym samym ważne narzędzie dla uniwersyteckich centrów transferu technologii. Pamiętajmy, że jest to obszar działalności uczelni, który nadal boryka się z rozmaitymi problemami, często także tymi natury komunikacyjnej. Mówiąc kolokwialnie: wynalazki muszą zostać zauważone przez inwestora, a efekty projektów biznesowych muszą się dobrze sprzedać. Popularyzacja może okazać się pomocna na obu tych etapach. Uczenie popularyzowania kształtuje także ważne umiejętności u naszych studentów. Pamiętajmy, że olbrzymia większość absolwentów uczelni wyższych nie wiąże swojej przyszłości z karierą naukową. Popularyzacja rozwija zdolności komunikacyjne i kształtuje bardzo uniwersalne umiejętności, które stają się coraz bardziej przydatne na rynku pracy. Należą do nich chociażby: zdolność syntetycznego myślenia, wszechstronność, umiejętność zbierania i weryfikowania danych, biegłość w klarownej prezentacji złożonych treści, a przy tym kształtowanie i rozwijanie kreatywności, która jest przydatna niemal w każdym zawodzie.

Popularyzacja realizowana na uczelni wyższej pozwala również doskonalić warsztat dydaktyczny. Narzędzia, techniki i sztuczki stosowane przez dobrego popularyzatora są przecież także narzędziami świetnego dydaktyka. Nie przez przypadek popularyzacja smakuje lepiej doprawiona systemem kształcenia opartym na tutoringu akademickim, debatach oxfordzkich, angażujących metodach nauczania, aktywnym uczeniu się oraz technikach autoprezentacji (wszystkie nadal stosowane nieczęsto na polskich uczelniach). Nawet stary dobry wykład akademicki to przecież nic innego jak opowiadanie historii, które jest z jednej strony podstawą popularyzacji, a z drugiej umiejętnością, którą można wykształcić jedynie dzięki systematycznej pracy, opartej jednak na realnej wiedzy na temat technik prezentacji. Tymczasem na polskich uczelniach z pewnych, do dzisiaj niezrozumiałych dla mnie powodów wszyscy zakładają, że każdy świeżo upieczony doktor zatrudniany na stanowisku adiunkta będzie potrafił przyciągnąć uwagę osób studiujących opowieścią o nauce, choć nigdy nie uczył się budowania takiej narracji. Przekonanie to maluje także obraz bardziej doświadczonych pracowników uczelni, choć każdy absolwent studiów uczestniczył nie raz w naprawdę nudnym wykładzie i doskonale wie, że podobne przekonanie ma niewiele wspólnego z prawdą. Tymczasem nadal bardzo często patrzymy na popularyzację w oderwaniu od dydaktyki akademickiej, choć istnieją świetne przykłady spójności między tymi obszarami. Od razu przychodzi mi do głowy wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego książka Koszałki-opałki, czyli prawo karne w bajkach. Repetytorium dla studiujących, sądowników i podsądnych, w której Witold i Jan Kuleszowie proponują studentkom i studentom zupełnie nowe podejście do nauki prawa karnego.

W tym miejscu należy także podkreślić, że popularyzacja prowadzona przez naukowców i uczelnie jako instytucje musi opierać się na szczególnej odpowiedzialności za jakość przekazywanych treści. Popularyzacja jest przede wszystkim dzieleniem się wiedzą. Uproszczenie, będące niezbędnym elementem tego procesu, nie może więc zgubić istoty przekazu. Zapominamy też czasem, że popularyzacja nie jest promocją uczelni, choć po części może się do niej przyczyniać poprzez budowanie marki, a szerzej także budowanie zaufania do nauki. Karmi się odzewem czytelników i obserwatorów, ale jednocześnie nie może być jedynie pogonią za kliknięciami i zasięgami. Popularyzatorzy niejednokrotnie ulegają pokusie opowiadania o tak zwanych modnych tematach: sztucznej inteligencji, biobezpieczeństwie, poszukiwaniu lekarstw na choroby nowotworowe czy podboju kosmosu. Instytucje naukowe mogą, a nawet powinny podążać w nieco inną stronę. Ich ścieżka popularyzacyjna może skręcać również w kierunku zagadnień trudnych, tematów społecznie nieakceptowanych, budzących kontrowersje, polaryzujących społeczeństwo, niezrozumiałych, niejednokrotnie bardzo niszowych i poruszających uwagę znacznie mniejszego grona odbiorców. Dobra popularyzacja zagląda także do naukowej kuchni, zachęca do poszukiwań, podpowiada gdzie szukać dalszej wiedzy i nie daje ostatecznych odpowiedzi. Może budzić kontrowersje, zasiewać wątpliwości i mobilizować do dalszej dyskusji lub polemiki. Często daje także do ręki argumenty, którymi odbiorcy będą posługiwać się w czasie dalszych rozmów, niosąc wiedzę jeszcze dalej.

Garść przykładów

Popularyzacja, głupcze! 4

Wykład popularnonaukowy może przyciągnąć na uczelnię młodych pasjonatów nauki. Fot. zasoby Uniwersytetu Łódzkiego

Na Uniwersytecie Łódzkim staramy się korzystać z rozmaitych rozwiązań. Bardzo ważnym krokiem w budowaniu klimatu otwartości naukowej były jednak działania angażujące społeczność uczelni na zasadzie pełnej dobrowolności. Rozpoczęliśmy od inicjatyw mobilizujących energię studentek i studentów oraz doktorantek i doktorantów. Wszystko zgodnie z przekonaniem, że popularyzacja to budowanie wspólnoty wewnątrz uczelni, w taki sposób, aby tworzyła się także wspólnota w jej otoczeniu. Przykładowo, bardzo dobrze sprawdziła się idea konkursu na najlepszy artykuł popularnonaukowy, w ramach którego młodzi naukowcy mogli zyskać pierwsze szlify na drodze popularyzatora, posmakować, czy jest to ścieżka, którą chcą dalej podążać, czy też obszar, który mniej pasuje do ich temperamentu, zainteresowań i umiejętności. Kolejnym, podobnym, będzie konkurs na najlepszy film zrealizowany przez koło naukowe, a więc inicjatywa stawiająca na budowanie współpracy. Obecnie inaugurujemy działalność Międzywydziałowego Koła Popularyzatorów Nauki, pierwszego na Uniwersytecie Łódzkim koła naukowego łączącego osoby studiujące związane z tak odmiennymi dziedzinami jak: biologia, kulturoznawstwo, fizyka, ekonomia, historia czy filologia. Pozwala to humanistom zajrzeć do świata nauk ścisłych, a biologów, matematyków lub fizyków zachęca do przyjęcia perspektywy humanistycznej lub typowej dla nauk społecznych, jednocześnie tworząc w niewymuszony sposób rozmaite platformy porozumienia. Podobne możliwości dają także inicjatywy na styku sztuki i nauki, wpisujące się w światowy nurt Art & Science, które realizujemy w należącej do Uniwersytetu Łódzkiego Galerii Wozownia. Od zeszłego roku są one doceniane także w postaci nagrody dla najlepszych prac dyplomowych łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, wpisujących się w takie właśnie podejście. Bardzo dobrze sprawdza się od lat formuła programu „Zdolny uczeń – świetny student”, który pozwala ambitnym uczniom liceów realizować miniprojekty badawcze pod okiem doświadczonych opiekunów. Jeszcze innym przykładem jest realizowany na naszej uczelni Ideathon, w ramach którego zespoły złożone z nieznających się wcześniej studentek i studentów reprezentujących różne wydziały, realizują pod okiem mentorów projekty zaproponowane przez duże korporacje oraz lokalny samorząd. Dobrze sprawdzają się także aktywności prowadzone w ramach konkretnych specjalności naukowych, takie jak chociażby konkurs Matematyka Moja Pasja oraz Instytut Kreatywnej Biologii, przez który w ciągu 10 lat przewinęło się już kilkanaście tysięcy uczniów ze szkół województwa łódzkiego.

Nie bez znaczenia okazało się także zielone światło dla popularyzacji, zapalone przed administracją uczelni, której doświadczenie pozwala aktywnie współtworzyć przekaz popularyzatorski i pozyskiwać odpowiednie fundusze. Dobrym przykładem jest kanał Nauka Inspiruje. Równie ważne okazało się stopniowe łączenie dobrej energii zespołów pracujących w różnych jednostkach uczelni, np. bibliotece, rektoracie, Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego oraz na poszczególnych wydziałach. To świadome budowanie efektu synergii nie zawsze jest proste ze względu na strukturę organizacyjną uczelni (oraz związane z nią przyzwyczajenia lub schematy postępowania), jednak przynosi coraz lepsze efekty poprzez tworzenie mieszanych zespołów współrealizujących rozmaite inicjatywy, bazując niekoniecznie na formalnej strukturze zatrudnienia w danej jednostce, ale na kompetencjach pracowników z różnych jednostek. Dopełnieniem tych działań po stronie pracowników naukowych będzie wprowadzenie zachęty do popularyzowania w ocenie pracowniczej, bazującej na sugestiach jednego z paneli dyskusyjnych z ostatniej konferencji European University Association (EUA), która odbyła się wiosną tego roku w Rydze. Popularyzacja może stać się tkanką spajającą różne obszary działania akademii, dlatego warto uwzględniać ją w strategii funkcjonowania uniwersytetu, choć podobne podejście czasem stawia wyzwania przed osobami zarządzającymi uczelnią.

Na szerokich wodach

Wykraczając na moment poza skalę indywidualnego popularyzatora, zespołu popularyzatorów czy nawet jednej uczelni, nie można pominąć faktu, że pożądanym elementem systemu finasowania nauki w Polsce powinny być fundusze nakierowane na popularyzację, takie, które można pozyskiwać w otwartych konkursach (mówię tutaj o wsparciu wykraczającym poza już dostępne mechanizmy). W pierwszej kolejności mogłyby one wspierać naukowców i studentów chcących pogłębić wiedzę o technikach popularyzatorskich, pragnących zbudować w tym obszarze niezbędne know-how. To absolwenci podobnych kursów stają się dobrym wzorem i mają szansę przekazać dalej niezbędną wiedzę i umiejętności. Ważnym elementem byłoby także systemowe wsparcie (również w postaci sfinansowania etatów) dla jednostek uczelni mających wspomagać naukowców w tworzeniu treści popularnonaukowych, w tym zwłaszcza opartych na nowoczesnych kanałach komunikacyjnych. Współczesna popularyzacja to przecież także cały proces produkcji, obróbka graficzna, edycja tekstów czy montaż filmów. Z kolei duże programy popularyzatorskie, stawiające na bezpośrednią interakcję (warsztaty lub serie wykładów), wymagają wielomiesięcznej organizacji i czasochłonnej logistyki. Bez odpowiedniego wsparcia skala możliwych działań zawsze pozostanie daleka od potrzeb. Nie mam jednak złudzeń, że przy obecnych nakładach na badania, fundusze wspierające ich popularyzację nie mogą osiągnąć zadowalającego poziomu. Co więcej, ich zwiększenie może wywołać sprzeciw części środowiska mającego świadomość niedostatków w obszarze badawczym, w efekcie zmniejszając i tak niepewne poparcie dla inicjatyw popularyzatorskich.

Kolejnym elementem systemowym powinien stać się mechanizm realnego doceniania działań popularyzatorskich na poziomie regulacji stworzonych przez ministerstwo. Obciążony pracą badawczą i dydaktyczną naukowiec powinien mieć świadomość, że jeśli zdecyduje się na popularyzację, będzie mógł liczyć na coś więcej niż satysfakcja, choć dla większości popularyzatorów, zwykle bywa ona najważniejszą nagrodą.

Koło się zamyka

Dla naukowca-popularyzatora lektura tekstów popularyzatorskich jest nie tylko okazją zajrzenia w obszary naukowe pozostające poza jego specjalizacją. Może być dużo ważniejsza, ponieważ pozwala budować szeroki kontekst, jest źródłem inspiracji do dalszych badań, a także uczy, jak tworzyć bardziej klarowny przekaz podczas pisania tekstów naukowych. Stajemy się więc bardziej komunikatywni u źródła, tam gdzie pojawiły się pierwsze problemy wspomniane na początku tego artykułu. Coraz częściej badacze czerpią bowiem z dorobku popularyzatorów pisząc i nadając tytuły pracom naukowym. Bardzo dobrym przykładem jest publikacja z czasopisma „Cytometry A”, zatytułowana Die hard: are cancer stem cells the Bruce Willises of tumor biology?, w której tytule autorzy porównują postać graną przez Bruce’a Willisa w filmie Szklana pułapka (tytuł oryginalny: Die Hard) do nowotworowych komórek macierzystych. Z kolei biolodzy opisujący nowo odkryte gatunki zwierząt nadają im nazwy łacińskie mające swoje źródła w muzyce (skorupiak Gnathia beethoveni), sporcie (ślimak Bursina borisbeckeri) lub filmach o przygodach Batmana (ryba Otocinclus batmani). To zabiegi komunikacyjne nadal trudne do zaakceptowania dla wielu naukowców, choć wcale nie oznaczają braku rzetelności. Ich efektem często może być natomiast lepsza widoczność publikacji. Jest ona bardzo ważna w czasach, gdy każdego roku ukazują się miliony artykułów, z których coraz trudniej jest wyłowić te najbardziej wyróżniające się prace, a wiele wyników przepada w szumie informacyjnym, nawet jeśli są świetnej jakości. Niejednokrotnie podobne działania pozwalają także na zdobycie dodatkowego finansowania dalszych badań i mogą zapewnić rozgłos medialny nawet niszowym tematom badawczym.

Innym ważnym przykładem przenikania się popularyzacji z wymaganiami lub oczekiwaniami czasopism stricte naukowych jest coraz częstsza możliwość dołączenia tak zwanych abstraktów graficznych, lub nawet wideoabstraktów (niekiedy obligatoryjnie!). Dostępne dane pokazują, że obie formy mogą w znaczący sposób podnieść liczbę cytowań artykułu naukowego. W skali całej instytucji obszar ten może jednak potrzebować dodatkowego wsparcia ze strony grafików lub specjalistów od tworzenia filmów (zaopatrzonych w odpowiedni sprzęt), na których zatrudnienie nie stać większości polskich jednostek naukowych i które rzadko można sfinansować ze środków grantu badawczego. Nie jest także przesadą opinia specjalistów od technik komunikacji, że nawet 80 procent prezentacji i posterów znanych z konferencji naukowych nie spełnia swojej podstawowej funkcji, jaką jest klarowność komunikatu oraz podtrzymanie uwagi odbiorcy, nie wspominając już o stronie estetycznej. Stwierdzenie, że dobre badania same się obronią, współczesny świat dawno pogrzebał pod gruzami tysięcy wystąpień konferencyjnych, których nikt nie pamiętał godzinę po opuszczeniu sali wykładowej.

W pewnym sensie koło naszej opowieści właśnie się zamknęło. Doszliśmy do wniosku, że trudny język nauki popycha badaczy w kierunku popularyzacji, a popularyzacja pomaga w znalezieniu lepszego języka nauki. Wydaje się to szczególnie istotne w dobie denializmu klimatycznego, postaw antyszczepionkowych oraz braku zrozumienia dla podstawowych procesów ekonomicznych, kulturowych i społecznych. Popularyzacja ma przecież pokazywać, że nauka jest fajna, piękna i ciekawa (a przede wszystkim wiarygodna i godna zaufania). To, jak będą myśleć o świecie nasi studenci, sąsiedzi, członkowie rodziny i przyjaciele, może zależeć od nas (choć niekoniecznie tylko od naszych publikacji naukowych). Uczelnia która popularyzuje, jednocześnie kreuje i otwiera umysły. Jeśli nawet nie zdecydujemy się na przyjęcie tych argumentów, zawsze można przypomnieć, że bez zaufania do nauki i zrozumienia jej roli oraz metod na pewno nie przekonamy społeczeństwa (a co za tym idzie polityków), że warto przeznaczyć na nią nieco więcej niż rozczarowujący 1 proc. PKB.

Na zakończenie mam także ważną informację dla osób krytycznie patrzących na dyskusję medialną toczącą się wokół popularyzacji. Nie chciałbym, aby maksymę „publikuj albo giń” uzupełniła nowa złota myśl (równie niemądra): „popularyzuj albo giń”. Zwracam się w tym miejscu do tych spośród moich kolegów, którzy pytają mnie czasem z obawą w głosie, czy teraz mamy już tylko popularyzować, a nie robić badania i czy popularyzacja naprawdę ma stać się obowiązkiem? Oczywiście, że nie! Takie rozróżnienie jest zupełnie niepotrzebne. Możemy robić jedno i drugie. W dodatku na zasadzie dobrowolności oraz przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Z wysokiej jakości nauką jako bazą do opowiadania o tym, dlaczego dla nas okazała się ona na tyle fascynująca, że postanowiliśmy poświęcić jej całe nasze życie zawodowe.

Dr hab. Krzysztof Pabis, prof. UNiwersytetu Łódzkiego, prorektor UŁ ds. popularyzacji nauki i kształcenia. Od lat jest aktywnym popularyzatorem nauki, autorem kilkunastu książek popularnonaukowych skierowanych do dzieci oraz dorosłych czytelników. Obecnie sprawuje funkcję prorektora Uniwersytetu Łódzkiego ds. popularyzacji nauki i kształcenia. Jest także członkiem Zespołu doradczego ds. Popularyzacji Nauki, powołanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Wróć