Marcelina Smużewska

Tadeusz Krwawicz Źródło: Wikipedia
Studentom medycyny mówi się, że za 20 lat połowa z tego, czego się nauczyli, okaże się błędna lub przestarzała. Niestety nie są w stanie przewidzieć, której połowy to dotyczy. Istotnie, metody leczenia zmieniają się bardzo szybko. Bohaterowi tego tekstu wydawało się, że kriochirurgia znalazła się w tej lepszej połowie. I istotnie długo tak było. Operacja zaćmy, od której zaczęła się rewolucja, to jeden z najczęściej wykonywanych zabiegów na świecie. Tu swoje zasługi miał polski okulista Tadeusz Jan Krwawicz, który wymyślił i opracował metodę krioekstrakcji.
Urodził się 15 stycznia 1910 roku we Lwowie. Jego ojciec był zawodowym żołnierzem. Po zakończeniu służby rodzina Krwawiczów przeniosła się na Podole do Niżniowa. Ojciec pracował tam jako drogomistrz. Kierował także eksploatacją lokalnego kamieniołomu. Tadeusz miał brata Aleksandra starszego o 2 lata. Z czasem pojawiło się młodsze rodzeństwo. Mieszkali w murowanym domku w pobliżu lewego brzegu Dniestru. Tam mały Tadzio nauczył się czytać i jeździć konno i to miejsce utożsamiał z „ojczyzną”. Później rodzina przeniosła się do Kałuszu (teren obecnej Ukrainy), miasteczka górniczego, gdzie w kopalni soli potasowej całe życie pracował dziadek Krwawicza. Rodzina oczekiwała, że Tadzio będzie kontynuował zawodowe tradycje. Dlatego po ukończeniu gimnazjum neoklasycznego podjął wysiłek dokształcenia się na własną rękę z fizyki i matematyki oraz rozpoczął pracę w kopalni, słusznie przewidując, że będzie to przydatne. Dzięki temu dostał się do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.
Na studiach młody Krwawicz był prefektem w bursie Rzemieślniczo-Rękodzielniczej, co było zajęciem zarobkowym. Chciał odciążyć rodzinę. Tam poznał kilku studentów medycyny. Zainteresowało go, czego się uczą. Fascynację pogłębiły wykłady z higieny prof. Tomasza Janiszewskiego (1867–1939). Młody Tadeusz uświadomił sobie, że popełnił błąd co do wyboru studiów. Postanowił zdawać na medycynę we Lwowie. W tym zamierzeniu wsparł go ojciec, którego zresztą dr Krwawicz wspomina bardzo dobrze. W okresie letnim, podczas Światowego Zjazdu Drużyn Sokolich w Poznaniu (był członkiem drużyny sokolej z Kałusza), ciężko zachorował na zapalenie płuc. Kompetentna opieka lekarzy z tego okresu stała się dla młodego Tadeusza przykładem, jak wykonywać przyszły zawód.
We Lwowie mieszkał początkowo u swoich dalszych krewnych. Była to jednak gościna dolegliwa dla młodego studenta, ponieważ gospodarze chcieli spędzać z nim całe wieczory. On natomiast wolał przebywać w samotności. Jeszcze w tym samym roku zamieszkał z kolegą przy ul. Piekarskiej. Po jakimś czasie został wybrany na zebraniu Bratniej Pomocy gospodarzem Domu Akademickiego przy ul. Pijarów. Było to znowu zajęcie płatne i dawało także kwaterunek. Do końca studiów młody Krwawicz pełnił funkcję takiego gospodarza. Był też dyżurnym w opiece zdrowotnej dla braci uczącej się. Studia ukończył z opóźnieniem w 1938 roku.
Bezpośrednio po zakończeniu nauk znalazł się w trudnej sytuacji. Potrzebował pracy, jednocześnie marzył o doskonaleniu się w dziedzinie chirurgii. W tamtych czasach nie było to możliwe, więc rozpoczął pracę nad doktoratem z dziedziny histologii u prof. Bolesława Jałowego (1906-1943). Z czasem wystarał się o stanowisko asystenta w Klinice Okulistyki. Bynajmniej nie z fascynacji dyscypliną, ale z faktu, że było tam wolne miejsce. Młody lekarz sam przyznawał, że o okulistyce wiedział mało. Jego doktorat wprawdzie dotyczył oka, ale bardziej jego tkanek niż zagadnień związanych z chorobami narządu wzroku. Kilka miesięcy wystarczyło jednak, żeby Krwawicz zmienił zdanie o swojej asystenturze. Praca w klinice bardzo mu się podobała i zaczął podziwiać swojego bezpośredniego przełożonego, docenta Jerzego Grzędzielskiego (1901-1941).
Klimat na ówczesnym uniwersytecie wspomina bardzo dobrze. Pracowało tam wielu wybitnych profesorów medycyny, takich jak: neurofizjolog Adolf A. Beck, ginekolog Kazimierz Bocheński, internista i patolog Marian Franke, pediatra Franciszek Groër, farmakolog Włodzimierz Koskowski, mikrobiolog Rudolf Weigl, lekarz sądowy Bolesław Popielski, by wspomnieć tylko kilku. Krwawicz pisząc swoje wspomnienia z perspektywy zakończonej kariery zawodowej, nadal potrafił wymienić nazwiska lwowskich mistrzów. Co więcej, uważał ich za wielkich uczonych i lekarzy. Studia medyczne były trudne. Selekcja odbywała się już na wejściu i w trakcie. Zaledwie połowa adeptów kończyła nauki. Zatem „ukształtowani” lekarze „musieli coś sobą reprezentować”, jak się wyraził przyszły okulista (Tadeusz Krwawicz, 1986, Fragmenty biografii, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 31/2). Podczas ostatniej promocji doktorskiej przed wojną stopnie otrzymali: bohater artykułu, Mieczysław Kędra (1914-1976) i Kazimierz Wątorski (1909-1990). Wszyscy zostali po wojnie profesorami.
Mistrz i szef kliniki okulistycznej prof. Adam Bednarski (1869-1941) był człowiekiem niezwykłym. Wśród uczniów budził podziw i szacunek. Nigdy nie przychodził do pracy w soboty, bo w tym czasie pracował w archiwach i bibliotekach. Realizował inną swoją pasję – badania nad historią okulistyki i medycyny polskiej w ogóle. Gdy jednak wyjątkowo pojawił się w weekend w klinice, przemykał się korytarzami, nie mówił i nie patrzył na nikogo. Potrzebne mu były zazwyczaj jakieś materiały z gabinetu, a swoją obecnością nie chciał okazywać braku zaufania osobom na dyżurach.
Do pierwszej operacji młody Krwawicz został wezwany z zaskoczenia. Było przyjęte, że żaden asystent nie operuje przed ukończeniem drugiego roku stażu w klinice, ponieważ do otwierania oka potrzebna jest pewność siebie, stanowczość i absolutna suwerenność. Często taki kandydat na głównego operatora nie spał w nocy przed swoją pierwszą operacją. Krwawiczowi było to jednak oszczędzone, gdyż do swojego pierwszego zabiegu (było to usunięcie katarakty) przystąpił w efekcie spontanicznej decyzji uczestników operacji. Swój pierwszy zabieg młody okulista wykonał poprawnie, choć nie był szczególnie z siebie zadowolony. Za jego plecami stał napięty prof. Bednarski, gotowy w każdej chwili przestrzec przed fałszywym ruchem.

Budynek Kliniki Okulistycznej przy ul. Chmielnej w Lublinie Źródło: klinikaokulistyki.umlub.pl
Tą praktykę dr Krwawicz stosował także w swojej dalszej karierze. Jako kierownik kliniki był obecny przy operacjach wykonywanych przez uczniów, ponieważ czuł się odpowiedzialny za chorych. Jak wspominał: „sala operacyjna – to nie salon, często są tam twarde rozmowy, czy też monologi, którymi niektórzy czuli się czasem dotknięci. Tam nie ma miejsca na wyszukane konwenanse. Sala operacyjna jest bowiem niekiedy polem walki. (…) Są to bowiem nierzadko zbyt wielkie napięcia, by można było dbać o nienaganność. Przetaczały się fronty, byliśmy zalewani wypadkami urazów i zranień, często beznadziejnymi, szczególnie u dzieci, a niekiedy trudno było pomóc” (Tamże). Dlatego nawet najspokojniejsi i najbardziej kulturalni ludzie na sali operacyjnej uciekają się czasem do surowości. Prof. Bednarski nie doczekał końca wojny. Zmarł w klinice w 1941 roku na rękach ucznia, dr Krwawicza właśnie.
Obok etosu pracy młody okulista przejął od swojego mistrza także zamiłowanie do sztuki. Prof. Bednarski był historykiem, humanistą i wielkim estetą. Kolekcjonował okulary i dzieła sztuki. Krok dalej poszedł inny profesor z tej samej kliniki prof. Wiktor Reis (1875-1943) – zbierał obrazy i rzeźby, które skupiały się na narządach wzroku. Jego zdaniem w malarstwie klasycznym oczy służyły do ukazania stanu psychicznego przedstawianej postaci. To go fascynowało. Krwawicz także kolekcjonował malarstwo, głównie polskie. Zbierane prace wykraczały jednak tematyką poza zainteresowania zawodowe.
W 1944 roku młody okulista został powołany do służby wojskowej w II Armii Wojska Polskiego do Lublina. Po jej zakończeniu pozostał w mieście i objął kierownictwo oddziału ocznego dzieci w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Od 1948 roku kierował kliniką uniwersytecką. Początkowo była ona ulokowana w domu mieszkalnym. Warunki były trudne: chorych trzeba było znosić do zaimprowizowanej sali operacyjnej po wąskich schodach. W 1951 roku Tadeusz Krwawicz został profesorem nadzwyczajnym, a w 1957 roku zwyczajnym. Dopiero 1954 rok przyniósł poprawę warunków lokalowych. Klinika otrzymała do użytku XIX-wieczny pałacyk przy ul. Chmielnej. W tym czasie badania naukowe prowadzono w wyodrębnionych pracowniach. Dotyczyły: immunologii histologii, histochemii, biochemii tkanek i chirurgii doświadczalnej.
Badania nad immunologią oka wykazały, że zarówno przednia część oka, jak i ciało szkliste biorą udział w procesach odpornościowych ustroju. Eksperymenty przyczyniły się do lepszego poznania mechanizmów obrony oka. Komórki stałe warstwy właściwej rogówki stanowią ogniwo układu czynnej mezenchymy (tkanki łącznej zarodkowej) i mogą być uważane za histiocyty (komórki układu odpornościowego) w stanie spoczynku. W badaniach histochemicznych skupiano się na rogówce, a konkretnie jej zdolności do gojenia. Obserwacje te miały kluczowe znaczenie dla operacji keratoplastyki, czyli przeszczepu rogówki. Zabieg ten wykonywano przy wykorzystaniu liofilizacji, czyli suszenia zamrożonego przeszczepu. Przeprowadzano także operacje na rogówce, które miały wyrównywać krótkowzroczność. Za tę ostatnią oraz kriochirurgię zaćmy prof. Tadeusz Krwawicz otrzymał nagrodę państwową I stopnia w 1964 roku. W klinice prowadzono także badania nad zakażeniami, zranieniami i owrzodzeniami rogówki i sposobami ich leczenia. Testowano zastosowanie enzymów proteolitycznych. Eksperymentowano z elektrochemicznym usuwaniem odłamków miedzi z oka. Testowano też sposoby zapobiegania miedzicy w sytuacji, gdy takich ciał obcych bezpiecznie usunąć się nie da. W ramach tych kierunków badawczych przygotowano 20 prac doktorskich i przeprowadzono 8 przewodów habilitacyjnych. Za kadencji Krwawicza doszło także do powstania drugiego budynku kliniki, który ze starym pałacykiem połączony był podziemnym korytarzem.
Prywatnie prof. Krwawicz miał rodzinę. Jego syn Lesław poszedł w jego ślady i został lekarzem tej samej specjalności. Oprócz pracy okulista miał jeszcze jedną pasję – myślistwo. Tak o niej pisał: „gdy świt zastaje myśliwego na stanowisku w kniei czy nad stawem wśród porannej świeżości, to właściwie już jest tak jak po polowaniu. Już cały trud myśliwego został sowicie wynagrodzony. I gdyby nawet tylko na tym miało się skończyć, to i tak wyjazd na polowanie byłby udany. Tragiczne piękno myśliwskiego łupu, więzy szczerej przyjaźni i serdeczny kontakt z kolegami myśliwymi oraz spotkanie z prostymi, ale jakże szlachetnymi i wrażliwymi ludźmi, wszystko to stwarza pociągający urok, największy urok myślistwa” (Krwawicz 1986). W tym hobby towarzyszyły mu dwa psy: wyżeł Hektor i wilczur Jazon.
Myśl stosowania niskiej temperatury do operowania zaćmy powstała wtedy, gdy zauważono, że jest ona pomocna przy usuwaniu rogówek i soczewek zwierzęcych. Żeby preparat miał wartość eksperymentalną, trzeba było pobrać organ w formie nieuszkodzonej. Podczas wydobywania soczewki często dochodziło do jej pęknięcia. Pomysł z zamrożeniem miał temu zapobiec. W tym celu użyto zwykłego miedzianego drutu, przylutowanego na metalowej kolbie. Całość oziębiono w suchym lodzie i alkoholu metylowym i przyłożono do soczewki. Torebka i masy podtorebkowe przylgnęły do narzędzia. Potem prowadzono pracę nad udoskonaleniem sprzętu. Powstało wiele wersji krioekstraktora. Choć sam okulista żartował, że równie dobrze zdałaby egzamin ochłodzona łyżeczka do kawy (Tamże 1986).
Operacje na ludziach dały bardzo dobre wyniki. Zabieg nazwano krioekstrakcją zaćmy. O wynikach testów powiadomiono środowisko medyczne podczas obrad XXVII Zjazdu Polskiego Towarzystwa Okulistycznego w Poznaniu w 1960 roku. Później przyszedł czas na zakomunikowanie odkrycia światu na konferencjach w Oxfordzie, Chicago, Bogocie, Tbilisi, Kijowie, Nowym Jorku i Monachium. Środowisko oftalmologów w różny sposób podchodziło do innowacji. O ile w Związku Radzieckim krioekstrakcja zaćmy dosyć szybko się upowszechniła, w Anglii po upływie 5 lat nadal jej nie stosowano. W Stanach Zjednoczonych także nie śpieszono się z wprowadzaniem innowacji. Wprawieni chirurdzy mieli opanowaną starą metodę i nie narzekali na brak pacjentów. Zmiany wymusili młodzi lekarze, którzy nie byli tak skuteczni, a także chcieli wykonywać ten zabieg.
Krioekstrakcja pozwoliła na wyeliminowanie powikłań torebkowych. Dzięki zastosowaniu właściwości adhezji oziębionego przyrządu operacja tego rodzaju stała się zabiegiem rutynowym, niezależnym od umiejętności operatora. Miało to kolosalne znaczenie, bo na zabieg tego rodzaju na początku lat 60. XX wieku czekało 17 mln osób rocznie. Był to wyścig z czasem. Bez operacji pacjentów czekała nieodwracalna ślepota. Dzięki nowemu sposobowi usuwania zaćmy wyeliminowano też 200 tys. powikłań rocznie, które miały miejsce z tytułu błędu ludzkiego. Przeciwwskazań do stosowania metody nie wykryto, co oznaczało, że w zasadzie każdą zaćmę można było w ten sposób usunąć. W amerykańskim podręczniku z 1972 roku pt. Współczesna okulistyka (red. John G. Bellows) napisano: „rewelacyjne postępy w chirurgii zaćmy, dokonane w ostatniej dekadzie, stanowią rewolucyjny punkt zwrotny w historii okulistyki. Technika krioekstrakcji – opracowana przez Krwawicza – rywalizuje pod względem wartości z epokowym wkładem dokonanym przez Daviela, gdy wykonał on pierwszą ekstrakcję zaćmy w roku 1747. Krioekstrakcja zastąpiła szczypczyki i erizyfak, tak jak postępowanie Daviela zastąpiło reklinację zaćmy” (cytat za: Krwawicz 1986).
Profesor Krwawicz był członkiem wielu towarzystw naukowych: od 1967 roku członek PAN, w latach 1971-1983 prezes Polskiego Towarzystwa Okulistycznego, w latach 1966-1987 prezes Lubelskiego Towarzystwa Naukowego, a od 1966 roku był pierwszym prezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Kriooftalmologii. Potem w to miejsce powstało Society of Cryosurgery z 14 specjalistycznymi oddziałami, z których jednym była kriooftalmologia. W kolejnych latach prof. Krwawicz brał udział w zjazdach organizacji. Po raz ostatni w 1980 roku w San Remo. Dorobek okulisty to ponad 190 prac naukowych i badawczych oraz wspomniany ośrodek kliniczny w Lublinie. Profesor był też redaktorem czasopisma „Postępy Okulistyki”. Często publikował w innym polskim periodyku pt. „Klinika Oczna”.
Podczas międzynarodowych konferencji naukowych spotykał się z lekarzami z Zachodu, którym kriochirurgia w krótkim czasie przyniosła bardzo dostatnie życie. Mimo tego, że Krwawicz zoperował 5,5 tys. pacjentów (dane z 1969 roku), nie przełożyło się to na stan posiadania lekarza. Czuł jednak potrzebę spotykania się w gremiach międzynarodowych, bo to był sposób na pozostawanie w czołówce.
Krioekstrakcja przyniosła też poprawę jakości życia w trzecim świecie. W 1970 roku w stolicy Kolumbii, na pierwszym Forum Ophthalmologicum, odznaczono Krwawicza Złotym Medalem Barraquer y Barraquer. Odznaczenie wręczył prezydent republiki, a kolumbijscy lekarze dziękowali mu za ułatwienie pracy. Mieszkańcy Kolumbii, żyjący z dala od cywilizacji, niechętnie korzystali z pomocy lekarzy. Tym bardziej niechętnie godzili się na hospitalizację. Czasem trzeba było chorego przekupić jakimś prezentem, a on po operacji i tak uciekał ze szpitala, rezygnując z rekonwalescencji i ryzykując pogorszenie zdrowia. Krioekstrakcja dawała mniej powikłań i pacjent był niemal od razu w dobrej formie, co w przypadku wspomnianych ucieczek dawało większe szanse, że nic złego dalej ze wzrokiem pacjenta nie będzie się działo.
Podczas pobytu w Bolonii w 1972 roku amerykański okulista prof. J. Halberg zaproponował Krwawiczowi, żeby zmienił nazwisko na „Cryo”, ponieważ wszyscy stosują jego metodę, a nie potrafią wymówić trudnego, polskiego nazwiska. Pozytywne zaskoczenie w środowisku budził także fakt, że z czasem na zjazdach pojawiało się dwóch Krwawiczów – ojciec i syn.
Poczynając od operacji zaćmy, kriochirurgia znalazła dalsze liczne zastosowania. Krioterapia okazała się bardzo pomocna w leczeniu opryszczki rogówki. Było ono szybsze, bardziej skuteczne, dające mniej powikłań i nawrotów, co więcej – nie uszkadzało narządu. Krioterapia okazała się także przydatna w leczeniu wirusowych chorób rogówki. Pomaga też przy usuwaniu blizn. Metoda była także skuteczna w przypadku wypadnięcia tęczówki, przy krwotoku do komory przedniej i do ciała szklistego, w oparzeniu, w leczeniu jaglicy.
Odchodząc na emeryturę prof. Krwawicz czuł się zmęczony i niedoceniany. Uważał, że przez lata uczciwie pracował na rzecz pacjentów i okulistyki. Pisał o tym następująco: „przywrócić wzrok człowiekowi, nie pozwolić, by do końca swoich dni pozostał niewidomy, to nie tylko sprawa humanizmu, ale wyraz najwyższej cywilizacji społeczeństwa. Tej cywilizacji służy również kriochirurgia zaćmy, z której rozwinęła się nowoczesna krioofmatologia. Nauka polska posiada w tej dziedzinie światowy priorytet” (Krwawicz 1986).
Miejsce Krwawicza zajął następca, który krytykował i podważał jego autorytet. Okulista próbował interweniować u rektora Akademii Medycznej w Lublinie w obronie swojego dobrego imienia. Senat uchwałę przegłosował, ale nie została wykonana. Krwawicza bardzo to zabolało. Do tego stopnia, że zwrócił uczelni godność doktora honoris causa (otrzymaną w 1975). Zmarł 17 sierpnia 1988 roku. Pochowano go w Kazimierzu Dolnym.
Obecnie metoda krioekstrakcji została zastąpiona metodą fakoemulsyfikacji. Usuwa się soczewkę przy użyciu ultradźwięków. Lekarz rozbija ją, a potem odsysa, a na jej miejsce wszczepia sztuczny zamiennik z akrylu lub silikonu.
Wróć