logo
FA 7-8/2025 fantastyka o nauce

Andrzej Juszczyk

Czy naukowcy śnią o elektrycznych owcach?

O relacjach między fantastyczną wyobraźnią i naukową inwencją


Czy naukowcy śnią o elektrycznych owcach?  1

Rys. Sławomir Makal

Rolą literatury czy filmu nie jest praktyczne rozwiązywanie realnych problemów, ale raczej prowadzenie namysłu i refleksji nad tym, co realne i tym, co możliwe. Literatura fantastycznonaukowa nigdy nie przewiduje rzeczywistości sensu stricto, ale stanowi rodzaj intelektualnego eksperymentu, w którym zadajemy sobie pytanie: co by było gdyby?

Podobnie jak tytuł, zaczerpnięty ze słynnej powieści Philipa K. Dicka, relacje między nauką a fantastyką naukową już z samego założenia wydają się paradoksalne. Obie sfery ludzkiej działalności nominalnie wydawać by się mogły bliskie (w języku angielskim science fiction to właściwie „powieść o nauce”), a zarazem w powszechnym odbiorze jawią się jako kontrastowo różne: jeśli nauka jest obiektywną wiedzą o świecie uprawianą przez poważnych specjalistów, to science fiction uchodzi za zbiór współczesnych bajek snutych dla przyjemności laików. Także w literaturoznawczym (lub kulturoznawczym) ujęciu science fiction bywa raczej postrzegana jako konwencja, która co prawda pozwala powiedzieć coś trafnego i ważnego o naszym świecie, ale jej powiązanie z „nauką” jest raczej tylko powierzchowne; można raczej mówić o fantazmacie nauki, niż o niej w istocie. Jeśli jednak zastanowić się nad fenomenem science fiction trochę głębiej, okaże się, że relacje między SF a nauką są o wiele głębsze, ciekawsze i bardziej istotne, niż to widać na pierwszy rzut oka.

Jutro nauki

Już nawet namysł nad nazwą gatunku daje do myślenia. Oto bowiem jest to opowieść, fantazja o nauce, a więc oparta na przekonaniu, że nauka i możliwy dzięki niej rozwój technologii jest – dla autorów i czytelników – czymś intrygującym i atrakcyjnym, jest niezbywalnym elementem naszej rzeczywistości, z którym w dodatku można wiązać różnorodne nadzieje (lub obawy). Bez nauki („science”), a przynajmniej bez jakiegoś wyobrażenia na jej temat, nie byłoby tego gatunku. Co prawda dzisiaj za przynależne do SF uznaje się też teksty, w których brak antycypacji odkryć naukowych czy futurystycznej technologii. Jak to definiuje Darko Suvin: za science fiction uchodzi „gatunek literacki, za którego konieczne i swoiste wykładniki uznać należałoby obecność i wzajemne powiązanie wyobcowania oraz poznania, towarzyszących wytwarzaniu alternatywnego pola odniesienia względem empirycznego środowiska autora”, jednak wydaje się oczywistym, że początki gatunku, a także jego najważniejsze egzemplifikacje, oparte są na fascynacji nauką i techniką.

Jest w gatunku SF jeszcze jeden ważny aspekt, niejako powiązany z powyższym: przyszłość. Wizje naukowego i technologicznego postępu osadzone są najczęściej w jakimś dalszym lub bliższym „jutro”, choć czasami jest to „jutro” prawie w dosłownym sensie. Próba przewidzenia przyszłości nie jest jednak niczym nieskrępowaną fantazją, to raczej jej spekulatywna wizja, oparta na aktualnym stanie wiedzy i akceptowalnym dla czytelników światopoglądzie.

Ponad Ziemię

Brak tu miejsca, by wymieniać wszystkie ważne teksty SF, w których pojawiły się inspiracje nauką lub które rzeczywistą naukę zainspirowały. Z pewnością jednak opowieść tę należy zacząć od Juliusza Verne’a (1828-1905).

Jego powieści jeszcze za życia autora stały się niezwykle popularne, pisał on zresztą dla swoich współczesnych czytelników, starając się przykuć ich uwagę czasem najbardziej nieprawdopodobni pomysłami. Jednak, co ważne, najczęściej opierał je na aktualnym stanie wiedzy, na tyle jednak nieoczywistej, że budzącej powątpiewanie lub niedowierzanie odbiorców. Świetnym tego przykładem jest choćby słynna powieść W 80 dni dookoła świata (1872), w której nieustraszony Phileas Fogg okrąża Ziemię w niesłychanie krótkim czasie, dla ówczesnego czytelnika wręcz niemożliwie krótkim. Jednak bohater korzysta w powieści tylko z naprawdę istniejących rozwiązań technicznych, nie ma tam żadnego magicznego przedmiotu ani fantastycznych odkryć – jest tylko wykorzystanie w pełni możliwości, jakie dawała wtedy technika transportowa.

Inna słynna powieść Verne’a 20 000 mil podmorskiej żeglugi (1870) wykorzystuje pomysł okrętu podwodnego napędzanego niezależnym silnikiem (elektrycznym) i choć powieściowy Nautilus w katach 70. XIX wieku jeszcze nie istniał, to intensywne prace nad pierwszymi silnikowymi statkami podwodnymi prowadzone były właśnie w tym czasie w Niemczech, Stanach Zjednoczonych i Francji. Pierwszy stalowy okręt podwodny, napędzany silnikiem spalinowym, skonstruowany przez Johna Hollanda, zwodowany został ledwie 8 lat po publikacji powieści o przygodach tajemniczego kapitana Nemo.

Na Księżyc

Oczywiście wiele powieści Verne’a zdezaktualizowało się właśnie z powodu postępu w nauce, ale trzeba przyznać francuskiemu pisarzowi, że w momencie tworzenia jego fikcje bliskie były prawdopodobieństwa, a akcja jego powieści najczęściej działa się „teraz”. I nawet powieść o podróży na Księżyc (Z Ziemi na Księżyc 1865), choć oparta była raczej na nadziei i wyobraźni niż na dostępnej wiedzy naukowej, to prezentowała takie rozwiązanie technologicznego problemu (oderwanie się pojazdu od Ziemi), które wynikało z dobrej znajomości techniki wojskowej, jaka umożliwiała wystrzeliwanie coraz większych ładunków z coraz bardziej potężnych armat. To właśnie w XIX wieku miał miejsce intensywny rozwój techniki artyleryjskiej, polegający m.in. na rezygnacji z armat ładowanych od przodu na rzecz armat odtylcowych, wynalezieniu gwintowanej lufy czy wprowadzeniu amunicji zespolonej – i wiedza o tych nowinkach stanęła u podstaw pomysłu wielkiego działa Kolumbiady, skonstruowanego przez Klub Puszkary z Baltimore, które miało posiadać moc zdolną wyrzucić pojazd z podróżnikami w Kosmos. Pomysł nie był wcale tak absurdalny, bo to właśnie on zainspirował potem takich pionierów kosmonautyki jak Hermann Oberth (1894-1989) do pionierskich prac nad silnikami rakietowymi i metodami eksploracji kosmosu. Oberth bez wstydu sam przyznawał, że pomysł podróży na Księżyc wziął właśnie z czytanej w dzieciństwie powieści Juliusza Verne’a.

Warto wspomnieć także o Konstantym Ciołkowskim, rosyjskim uczonym (polskiego pochodzenia), który stał się jednym z pionierów radzieckiej i światowej kosmonautyki, a zwłaszcza teorii ruchu i budowy planowanej rakiety kosmicznej. Co prawda jego koncepcje pierwotnie brano za bajki i nie traktowano ich poważnie, jednak z czasem okazało się, że jego rozważania na temat teorii ruchu rakiet wielostopniowych, wykorzystania w nich paliwa ciekłego czy zależności między masą i prędkością rakiety a prędkością gazów wylotowych stały się kluczowe dla późniejszej techniki rakietowej i kosmicznej. A przecież jego podstawowe dzieło, czyli Badanie kosmosu przyrządami odrzutowymi (1903), ukazało się tylko 6 lat po publikacji powieści fantastyczno-naukowej tegoż Ciołkowskiego, zatytułowanej Na Księżycu. Razem z powieścią Poza Ziemią jest ona zaskakującą wizją możliwych podróży kosmicznych, eksploracji kosmosu widzianej w jej praktycznym wymiarze (np. skądinąd trafne wyobrażenia na temat stanu nieważkości). Nie będzie dla nas zaskoczeniem, że Ciołkowski zaczął pisać swoje powieści właśnie pod wpływem lektury utworów Juliusza Verne’a.

Zupełnie inaczej do kwestii podróży na Księżyc podszedł Jerzy Żuławski (1874-1915). Ten dobrze wykształcony filozof, fizyk i astronom, pracownik obserwatorium astronomicznego w Krakowie, swoją zaawansowaną wiedzę na temat Księżyca wykorzystał podczas pisania słynnej „trylogii księżycowej” (Na srebrnym globie 1903, Zwycięzca 1910, Stara Ziemia 1911), a zwłaszcza jej pierwszej części, opisującej przybycie ekspedycji na powierzchnię ziemskiego satelity. Treść Na srebrnym globie jest niezwykle frapująca: jak na powieść fantastyczno-naukową jest to tekst właściwie nieatrakcyjny, żeby nie powiedzieć – nudny. W księżycowej codzienności nie bark tragedii i dramatycznych sytuacji, ale w narracji dominuje nad nimi sugestywny opis monotonnej, powolnej i długiej podróży po powierzchni Księżyca, jaką selenonauci odbywają w specjalnym księżycowym pojeździe. Co ciekawe, ów pojazd, podobnie jak wygląd powierzchni satelity, czy drobne przeciwności codziennego bytowania na Księżycu są przedstawione niezwykle przekonująco i trafnie, a wręcz zgodnie z naszą dzisiejszą wiedzą. Kontrastują z tym jednak dalsze partie powieści, w których okazuje się, że po drugiej stronie Księżyca znaleźć można wodę, rośliny, życie i nawet obcą cywilizację. W tym momencie powieść Żuławskiego staje się filozoficzno-antropologiczną przypowieścią o (nowych) początkach ludzkości, a naukowa powaga astronoma zostaje zastąpiona powagą socjologa i religioznawcy. Ta fantastyczność nie zmienia jednak faktu, że to właśnie Żuławski jako pierwszy człowiek na świecie przedstawił pragmatyczną koncepcję księżycowego łazika.

W przyszłość

Juliusz Verne wykorzystywał wiedzę naukową w swych powieściach, ale też zawsze pokazywał ją w najbardziej atrakcyjny dla odbiorców sposób, tak by zaskakiwać ich śmiałością swych wizji. W porównaniu z nim Herbert George Wells (1866-1946), choć to pisarz nie stroniący od pomysłów dalekich od aktualnego stanu wiedzy (metal lżejszy od powietrza, mrówkopodobne istoty zasiedlające Księżyc, wehikuł czasu itp.), zyskał renomę prawdziwego wizjonera, poważnego futurologa, a nie fantasty. Jego utwory (powieści, opowiadania, ale też eseje i prace popularnonaukowe) oparte były bowiem nie tylko na istniejącej wiedzy naukowej i technologii, ale też prezentowały przenikliwe i przekonujące próby zrozumienia tego, jak owe techniczne nowości będą wpływać na społeczną i kulturową rzeczywistość. Jego teksty można uznać za rodzaj myślowych eksperymentów z dziedziny socjologii, politologii, psychologii społecznej czy etyki, nie brakuje w nich jednak wizji bardziej lub mniej prawdopodobnych odkryć czy globalnych przemian.

Wśród najczęściej przywoływanych przewidywań Wellsa znajdują się między innymi: wybuch II wojny światowej jako rezultat sporu polsko-niemieckiego o Gdańsk, dynamiczny rozwój transportu samochodowego, powstanie broni masowego rażenia, bezprzewodowa komunikacja, eksploracja powierzchni Księżyca oraz globalne rozpowszechnienie języka angielskiego. Chyba jednak wciąż najbardziej inspirującym dla współczesnej kultury, ale i dla nauki teoretycznej, pozostaje Wellsowski pomysł podróży w czasie.

To właśnie Wells wprowadził temat podróży w czasie do powszechnego obiegu powieścią The Time Machine (1888), choć dla porządku trzeba wspomnieć, że nieco wcześniej hiszpański pisarz Enrique Gaspar y Rimbau w powieści El anacronópete (1887) oraz Anglik Edward Page Mitchell w opowiadaniu The Clock That Went Backward (1881) napisali o przemieszczaniu się w czasie, jednak były to wyprawy w przeszłość, mające pomóc naprawić teraźniejszość. To Wells pierwszy pomyślał o podróży w przyszłość. I chociaż jego powieść uchodziła raczej za futurystyczną przypowieść o konsekwencjach ekonomicznych nierówności, to jednak obecny w niej motyw maszyny czasu i pierwsze paradoksy temporalne wpłynęły na wyobraźnię późniejszych pokoleń.

Nie wiemy, czy słynni fizycy czytali Wehikuł, ale faktem jest, że pierwsze rozważania nad czasem na gruncie fizyki teoretycznej pojawiły się już po światowym sukcesie tej powieści. Choć wciąż nie potrafimy cofnąć się w czasie, fizycy tacy jak Albert Einstein, Kip Thorne czy David Deutsch stworzyli teorie, które dopuszczały taką możliwość w ramach ogólnej teorii względności i fizyki kwantowej. Einstein już w 1905 roku przewidział, że czas płynie wolniej dla obiektów poruszających się z dużą prędkością – i to zjawisko, znane jako dylatacja czasu, zostało później potwierdzone eksperymentalnie. W 1971 roku Joseph Hafele i Richard Keating przeprowadzili test z zegarami atomowymi na pokładach samolotów – po zakończeniu lotu wskazywały one inny czas niż zegary na Ziemi. Podobne efekty zaobserwowano też u szybko poruszających się cząstek elementarnych, takich jak miony. To dowód, że podróż w przyszłość – w sensie fizycznym – jest możliwa. Wciąż jednak nie umiemy podróżować w przeszłość, a koncepcje takie jak tunele czasoprzestrzenne wiążą się z poważnymi problemami, np. paradoksami przyczynowości. Nauka więc nie mówi „nie”, ale do prawdziwej podróży w czasie jeszcze daleka droga. Początek tej drogi wyznaczył jednak Herbert George Wells.

Ponad człowieka

Pomysłem z science fiction, który okazał się najbardziej wpływowym w dziedzinie kultury i nauki zarazem, jest chyba jednak robot, rozumiany dzisiaj jako autonomiczna maszyna, android, cyborg czy sztuczna inteligencja. Samo słowo „robot” wprowadził do powszechnego użycia Karel Čapek w swoim dramacie R.U.R. z 1920 roku. Tytuł tego utworu to skrót od nazwy fikcyjnej firmy Uniwersalne Roboty Rossuma, potężnej korporacji produkującej masowe ilości „robotów”, czyli humanoidalnych sztucznych pracowników mogących zastąpić człowieka w każdej sytuacji. Osią dramatu jest próba uwolnienia robotów przez humanitarną aktywistkę i późniejsze konsekwencje ich buntu.

Dramat Čapka miał być nie tyle tekstem o technologii przyszłości, co sarkastyczną dystopią na temat konsekwencji nierówności klasowych i ekonomicznych. Jednak wykorzystany do tej krytyki pomysł „ludzkiej” maszyny, której w dodatku nie można odróżnić od prawdziwych ludzi, stał się kluczowy dla późniejszych literackich i filmowych wizji SF, tym bardziej, że dramat Čapka bardzo szybko został przetłumaczony na wiele języków. Co ciekawe, roboty z R.U.R. nie były tworami mechanicznymi, ale produkowało się je w procesie przypominającym klonowanie, co w przyszłości okaże się również niezwykle wpływowym motywem SF.

Trzydzieści lat później Isaac Asimov opublikował zbiór opowiadań Ja, robot, w którym nie tylko rozwinął pomysł Čapka, ale podjął rozważania nad praktycznymi i teoretycznymi aspektami wykorzystanie robotów. Sformułował też słynne (choć fikcyjne) Trzy Prawa Robotyki, mające regulować zachowanie robotów wobec ludzi. Oto one:

Asimov wprowadził też później tzw. Zerowe Prawo Robotyki, stanowiące, że robot nie może skrzywdzić ludzkości ani – przez zaniechanie – dopuścić, by ludzkość doznała krzywdy. To prawo miało nadrzędne znaczenie wobec pozostałych trzech. Prawa te, często w formie dosłownie przepisanej z Asimova, czasem w postaci sparafrazowanej, występują odtąd bardzo często w literackich i filmowych przedstawienia SI.

Prawa robotyki Isaaca Asimova nie były stosowane dosłownie w nauce czy inżynierii, ponieważ powstały jako motyw literacki, a nie rzeczywiste normy techniczne. Mimo to miały ogromny wpływ na rozwój etyki sztucznej inteligencji. Zainspirowały dyskusje o tym, jak projektować bezpieczne i odpowiedzialne systemy, które nie szkodzą ludziom. Choć współczesna AI nie ma świadomości ani intencji, zasady podobne do tych Asimova pojawiają się dziś w pracach nad etycznymi ramami dla nowych technologii. Dlatego jego pomysły, choć fikcyjne, odegrały ważną rolę w myśleniu o przyszłości sztucznej inteligencji. I mimo, że zbyt ogólne i niejednoznaczne – nie da się ich łatwo przełożyć na kod czy algorytm – to jednak organizacje takie jak UNESCO czy OECD tworzą obecnie ramy etyczne dla AI, które w duchu przypominają idee Asimova (np. ochrona człowieka, odpowiedzialność algorytmów).

Chyba jednak jeszcze bardziej znamienne jest to, że prawdziwe prace nad sztuczną inteligencją rozpoczęły się dopiero w latach 50. XX wieku, a więc po publikacji opowiadań Asimova. To wtedy Alan Turing i John McCarthy zaczęli zastanawiać się nad teoretycznymi podstawami robotyki, zaś latem 1956 w Dartmouth College miało miejsce na pozór niszowe wydarzenie: Dartmouth Summer Research Project on Artificial Intelligence. Uczestniczyli w nim John McCarthy (profesor matematyki w Dartmouth), Marvin Minsky (Harvard), Nathaniel Rochester (I.B.M.) i Claude Shannon (Bell Telephone Lab.). To właśnie wtedy narodziły się prawdziwe badania nad sztuczną inteligencją, których ideę tak sformułował McCarthy: „Postępować na podstawie przypuszczenia, że każdy aspekt uczenia się lub jakakolwiek inna cecha inteligencji może być zasadniczo tak precyzyjnie opisana, że da się stworzyć maszynę zdolną ją symulować”. Słowa te, w momencie ich pisania brzmiały podobnie jak założenia fikcji Asimova (czy Čapka), jednak ich wpływu na późniejszą rzeczywistość nie da się przecenić.

Supermarket idei

Czy naukowcy śnią o elektrycznych owcach?  2

Rys. Sławomir Makal

Nie ma tu miejsca, aby dokładnie omawiać wszystkie znaczące zapowiedzi faktów z przyszłości, które dałoby się odnaleźć w powieściach i filmach fantastyczno-naukowych. Ale kilka z nich na pewno warto wymienić.

Oto na przykład w 1964 roku tenże Isaac Asimov napisał esej dla „New York Timesa”, w którym mówił o autonomicznych samochodach, jeżdżących bez żywego kierowcy. Motyw ten zresztą pojawiał się potem w wielu powieściach i filmach science fiction, ale dopiero na początku lat 80. zaczął przechodzić ze sfery naukowej fantazji do dziedziny poważnych badań. Początki prac nad autonomicznymi samochodami można co prawda datować już na lata 40. XX wieku (wtedy powstają podstawy systemów ADAS – „advanced driver-assistance systems”), jednak prawdziwe samodzielne samochody zaczęły pojawiać się dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku, przeszło 60 lat po tekście Asimova. Znamienne, że wyglądają prawie dokładnie tak, jak w popularnych wizjach science fiction.

Wideo-komunikatory szeroka publiczność mogła zobaczyć już w 1927 na ekranie kinowym w futurystycznym Metropolis Fritza Langa (w którym pojawił się także sugestywny obraz zbuntowanego androida), ale też i w komedii Charliego Chaplina Modern Times (1936). Znamienne że w obu filmach są to narzędzia nie tylko komunikacji, ale i władzy, ponieważ posługują się nimi potężni przemysłowcy, stojący na czele gigantycznych korporacji. W literaturze science fiction motyw ten pojawiał się zresztą już wcześniej, choćby w powieści Le Vingtième siècle. La vie électrique Alberta Robida (1890), choć tu był raczej wynalazkiem obrazującym dążenie do coraz bardziej komfortowego życia przyszłych ludzi (którzy już nie będą musieli wychodzić z domu by móc się z kimś spotkać). Z czasem „wideofon” stał się wręcz standardowym narzędziem komunikacji w wizjach przyszłych światów, obecnych w tekstach i filmach science fiction. Jednak prawdziwe wideotelefony o szerokim zastosowaniu powstały dopiero w latach 80., gdy pojawiała się technologia ISDN, umożliwiająca cyfrową telefonię. Dziś wideokonferencje prowadzone z komputera czy z telefonu są czymś zupełnie oczywistym (choć przed pandemią nie były aż tak popularne), ale czy byłyby możliwe, gdyby nie fantastycznonaukowa idea wideo-komunikatora?

W tekście o relacjach między wiedzą naukową a SF nie da się nie wspomnieć o Stanisławie Lemie, choć o jego burzliwych relacjach z nauką napisano już wiele (także na łamach FA). Zwykło się uważać, że Lem to pisarz, w którego tekstach pojawia się mnóstwo pomysłów wyprzedzających jego epokę. W swoich dziełach przewidział wiele technologii, które dziś są rzeczywistością. Już w latach 60. pisał o sztucznej inteligencji, maszynach zdolnych do samodzielnego myślenia, a nawet przewyższających człowieka intelektem, co obecnie porównuje się do koncepcji superinteligencji. W Summie technologiae opisał „fantomatykę” – coś, co dziś nazywamy wirtualną rzeczywistością, czyli sztucznie wykreowanymi światami odbieranymi wszystkimi zmysłami. Lem spekulował o możliwościach bezpośredniego połączenia mózgu z maszyną, co dziś realizuje się m.in. w projektach typu Neuralink (Elon Musk). Pisał też o manipulowaniu percepcją i świadomością.

W licznych tekstach (jak Cyberiada, Powrót z gwiazd) przewidywał modyfikacje genetyczne ludzi, projektowanie istot inteligentnych i problemy bioetyczne z tym związane – dziś to realne tematy naukowe. Zajmował się też kwestiami etyki technologii i granicami ludzkiego poznania, nie tylko przewidując rozwój technologiczny, ale też ostrzegając przed jego możliwymi konsekwencjami, dlatego do dziś jest uważany za jednego z najważniejszych futurystów XX wieku.

To tylko niektóre z pomysłów rodem z science fiction, których obecność we współczesnej nauce i technologii z radością i entuzjazmem zauważają miłośnicy gatunku. Czy jednak w istocie science fiction jest laboratorium idei oraz wylęgarnią pomysłów, które kształtować będą przyszłość? Dla równowagi warto popatrzeć na owe pomysły z nieco innej perspektywy. Peter Swirski (University of Alberta) zwraca uwagę, że obok trafnych „proroctw” teksty fantastycznonaukowe wypełnione są o wiele większą liczbą pomysłów szalonych, niemożliwych, nielogicznych, sprzecznych z naukową wiedzą a nawet zdrowym rozsądkiem. I to nawet autorzy tacy jak Wells, Lem czy Asimov nie tylko rozmijali się ze stanem wiedzy, ale często też błędnie rozumieli naukowe teorie, wyciągając z nich absurdalne wnioski. Swirski wymienia liczne przykłady naukowych pomyłek czy niezrealizowanych przewidywań, konstatując, że nawet Stanisław Lem (a co dopiero inni) nie powinien uchodzić za futurologa czy proroka czasów, które nadejdą. W tej perspektywie powieści SF są nie tyle laboratorium nowych idei, co raczej ich supermarketem, gdzie w oczy rzucają się te dobrze reklamowane i krzykliwe, niepowiązane z prawdziwą wiedzą i naukową rzetelnością.

Sięgać dalej

Akceptując ten sceptycyzm, nie należy jednak zapominać, że rolą literatury czy filmu nie jest praktyczne rozwiązywanie realnych problemów, ale raczej prowadzenie namysłu i refleksji nad tym, co realne i tym, co możliwe. Literatura fantastycznonaukowa, już od czasów pierwszych utopii, nigdy nie przewiduje rzeczywistości sensu stricto, ale stanowi rodzaj intelektualnego eksperymentu, w którym zadajemy sobie pytanie: co by było gdyby?

Twórcy części fiction nie opracowują wynalazków, ale zastanawiają się na tym, czego ludzie tak naprawdę chcą i w jaki sposób mogliby swoje marzenia i potrzeby zrealizować. Przybiera to potem formę konkretnych, choć fantastycznych wynalazków i odkryć, ale właśnie owe fikcyjne wynalazki i odkrycia mają niezwykłą moc wpływania na prawdziwych badaczy i innowatorów. Bo aby uczynić świat lepszym / bardziej nowoczesnym / bardziej komfortowym, trzeba przekroczyć ograniczenia codziennej racjonalności i sięgnąć tam, gdzie nie sięga jeszcze nasz wzrok.

Dr hab. Andrzej Juszczyk pracuje w Katedrze Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wróć