Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Są takie momenty w życiu, kiedy można sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Pojawia się ono również w życiu akademickim, jednak stosunkowo rzadko i musi być starannie dawkowane, aby nie zaszkodzić sobie i innym. Można oczywiście zapytać, czy wtedy szaleństwo jest jeszcze szaleństwem. Natomiast to, czy dawkowanie jest już akademicką odpowiedzialnością, zależy od konkretnych sytuacji.
Słuchając polityków można niejednokrotnie odnieść wrażenie, że złożenie jakiejś deklaracji przychodzi im dużo łatwiej niż zrobienie czegoś pożytecznego dla tych, którzy powierzyli im swój los. W końcu jednak nawet osoby niezbyt zorientowane w politycznych „gierkach” zaczynają rozumieć, że deklaracje to słowa, w których mogło być sporo odwagi, a czasami również tzw. dobrych chęci, jednak niewiele odpowiedzialności. Często od ich wygłoszenia minie tak dużo czasu, że polityk zdąży znaleźć dla swojego pustosłowia jakieś usprawiedliwienie. Czy tak to również może wyglądać w życiu akademickim? Niewykluczone. Jednak nie w sytuacji, gdy uczony staje przed audytorium składającym się ze specjalistów i wypowiada się o czymś, na czym się nie zna lub o kimś, kogo zna jedynie ze słyszenia. Taki występ może szybko zakończyć się daniem mu „żółtej kartki” (ostrzeżeniem, aby powstrzymywał się przed wypowiadaniem niemądrych słów) lub nawet „czerwonej” (oznaczającej zakaz takich występów przed audytorium). Skłonność do mało odpowiedzialnego wygłaszania poglądów i opinii raczej nie jest wrodzona. Jednak zdaje się przybierać na sile wraz z wiekiem, a w wieku sędziwym bywa tak kusząca, że trudno się jej oprzeć nawet uczonym dużego formatu. Co więcej, oczekują oni wówczas większej tolerancji dla „rzucania słów na wiatr”. Dotyczy to jednak głównie występowania na żywo lub w mediach. Kusząca „lekkość” wypowiadanego słowa napotyka na istotne bariery w słowie pisanym, zwłaszcza w czasopismach, które publikują recenzowane artykuły i korzystają z kompetentnych oraz odpowiedzialnych za słowo recenzentów. W innych owa „lekkość” może się pojawić w recenzjach, które u jednych wywołują zdziwienie, u innych zaś nawet rozpacz. Do tych ostatnich należą autorzy artykułów ocenianych nie tylko surowo, ale też skrajnie nierzetelnie.
Inaczej to wygląda w sytuacji, gdy taki uczony i akademicki nauczyciel staje przed audytorium składającym się ze studentów. Jeśli nawet słuchają oni wygłaszanych przez niego bzdur, to mało kiedy mają okazję do ich kontestowania. Mogą oczywiście swój sprzeciw wyrazić pojawiając się na jego wykładach tak rzadko jak to możliwe. Do tego jednak potrzeba albo intelektualnej dojrzałości, albo przynajmniej niefrasobliwości w podejściu do zajęć. Pokusa wysłuchania na żywo wykładowcy, który nie liczy się z tym, co mają do powiedzenia naukowe autorytety, bywa jednak na tyle duża, że na jego wykładach może pojawiać się spora liczba ciekawskich. Na studia przyszli przecież nie tylko po to, aby zdobywać umiejętności i kwalifikacje, ale także po to, aby zobaczyć i wysłuchać jakiegoś odbiegającego od normy „oryginała”. Mają jednak prawo oczekiwać, że ich akademiccy nauczyciele będą naukowymi autorytetami, a nie tylko pretendentami do tego miana. Po ukończeniu studiów mogą już nie mieć okazji do przekonania się, że zetknęli się z mało odpowiedzialną gadaniną. Co gorsza, mogą z głębokim przekonaniem powielać i upowszechniać zasłyszane pseudonaukowe teorie i oceny. W końcu różnego rodzaju ruchy „płaskoziemców” mają również jakieś akademickie zaplecze.
Już podjęcie poważnego problemu badawczego może świadczyć o odpowiedzialnym podejściu uczonego do badań. Takiego stosunku do pracy oczekuje się od każdego uczonego, jednak w pierwszej kolejności od tych z doświadczeniem. Na zdobycie doświadczenia potrzeba jednak sporo czasu i niemałego nakładu pracy. Młodym uczonym mogą w tym pomóc bardziej doświadczeni przełożeni. To, czy chcą i potrafią pomóc, może być również miarą ich akademickiej odpowiedzialności. Nie postawiałbym w tym przypadku wielkich pieniędzy na altruizm. Raczej na wyrachowany, rozumny egoizm, kiedy wychodzi się z założenia, że jeśli ja dzisiaj komuś pomagam, to mogę oczekiwać również od niego pomocy, nawet jeśli sprowadza się ona prostych czynności laboratoryjnych lub statystycznych zestawień z uzyskanych wyników. Bez takiego egoistycznego podejścia nie mogłyby powstać nie tylko wielkie międzynarodowe zespoły badawcze, ale także stosunkowo niewielkie pracownie specjalistyczne, które funkcjonują w uczelniach i jednostkach badawczo-rozwojowych. Zdają się go dobrze rozumieć ci, którzy od doświadczonych uczonych wymagają zatrudnienia w doktorantów w realizowanych projektach.
Do historii przeszły badania nad wykorzystaniem zjawiska rozszczepienia jąder ciężkich pierwiastków do skonstruowania bomby o wielkiej sile niszczenia. Tylko niewielu z uczonych pracujących w amerykańskim projekcie Manhattan zgłaszało zastrzeżenia do wykorzystywania takiej bomby jako „argumentu siły” w wojnie z Japonią. Wątpliwości pojawiły się jednak nawet u kierownika projektu Roberta Oppenheimera, jednak dopiero po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki oraz przystąpieniu do konstruowania broni o jeszcze większej sile zniszczenia, tj. bomby termojądrowej. Głos decydujący należał już jednak nie do uczonych, lecz do polityków, którzy postawili na wyścig zbrojeń i tzw. zimną wojnę. Takie badania były prowadzone również w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy. W 1938 roku niemieccy chemicy Otto Hahn i Fritz Strassmann dokonali rozszczepienia jądra atomu. Zachęciło to władze III Rzeszy do powołania zespołu badawczego, któremu powierzono zadanie skonstruowania bomby jądrowej. Kierował nim Werner Heisenberg (laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 1932 roku). Wprawdzie projekt o nazwie Uranveren nie doprowadził do skonstruowania bomby przed upadkiem III Rzeszy, jednak pytanie: co by było, gdyby się udało, jest wciąż aktualne. Aktualne pozostają również pytania o odpowiedzialność niemieckich uczonych, którzy prowadzili eksperymenty medyczne m.in. na więźniach obozów koncentracyjnych. Po zakończeniu wojny jedynie niewielu z nich poniosło odpowiedzialność karną. Natomiast Werner Heisenberg, po krótkim pobycie w brytyjskiej niewoli, powrócił do Niemiec i zajął się odtwarzaniem jednostki badawczej o nazwie Kaiser-Wilhelm-Institut für Physik (obecnie występuje ona pod nazwą Max-Planck-Institut für Physik). W autobiograficznej książce pt. Ponad granicami próbował się nawet usprawiedliwiać ze swoich prac dla III Rzeszy, a nawet twierdził, że świadomie przyczyniły się do porażki projektu Uranveren; przyjmowane jest to jednak z niedowierzeniem. Można oczywiście również pytać o odpowiedzialność rosyjskich uczonych, jak Igor Kurczatow, którzy uchodzą za „ojców założycieli” radzieckich badań nad bronią jądrową. Rzecz jasna oni również mogą się tłumaczyć tzw. wyższą koniecznością oraz powoływać na działania pod presją i kontrolą komunistycznych władz.
Obecnie w wielu krajach na świecie funkcjonują zespoły badawcze, które pracują nie tylko nad udoskonaleniem środków masowej zakłady, ale także systemów obronny przed nimi. Czynione w tym zakresie postępy skłaniają do twierdzenia, że zatrudnieni są w nich uczeni o bardzo wysokich kwalifikacjach badawczych. Czy jednak angażują się w nie z poczucia odpowiedzialności (za świat lub przynajmniej za bezpieczeństwo swojego kraju), czy też z chęci uzyskania godziwych wynagrodzeń i zapewnienia sobie i swoim najbliższym dobrych warunków życia. Skład takich zespołów jest bowiem z reguły objęty klauzulą tajności, a jeśli już jakieś informacje przedostaną się do mediów, to dotyczą osób, które albo już odegrały swoje role, albo przeszły na stronę politycznych przeciwników. Na szczęście świat nie dzieli się na militarystów i ich naukowych pomocników oraz antymilitarystów i zwolenników pokojowego współżycia narodów. Istnieją również zespoły badawcze, które pracują nad udoskonaleniem środków ochrony zdrowia. Przykładem mogą być chociażby badania nad szczepionką na wirusa SARS-CoV-2, sposobami zwiększenia wydajności produkcyjnej czy komunikowania się ponad narodowymi podziałami. Szczególnie szerokie zainteresowanie i dyskusje wywołują dzisiaj badania nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Za jej prekursora uznaje się angielskiego matematyka i informatyka Alana Turinga (w okresie II wojny światowej kierował zespołem pracującym nad rozszyfrowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej Enigmy). Natomiast za autora nazwy uznawany jest amerykański informatyk John McCarthy (użył jej po raz pierwszy w 1956 roku). Mało kogo jednak interesują historyczne wspominki. Wielu natomiast pyta, czy mamy jeszcze do czynienia z żywą osobą, czy też już ze sztuczną inteligencją w takich chociażby prozaicznych sytuacjach jak prowadzenie rozmów telefonicznych, ocenianie naszych zdolności kredytowych czy nękanie reklamami. W życiu akademickim takim problemem jest korzystanie przez studentów z AI w przygotowaniu esejów na zaliczenia.
W ustrojach totalitarnych wszystkie najistotniejsze decyzje dotyczące życia społecznego znajdują się w ręku władz politycznych, a zatem powinny one ponosić za nie odpowiedzialność. W praktyce chętniej przypisują sobie one sukcesy niż przyznają się do błędów. Przychodzą jednak chwile, kiedy społeczeństwo wystawia im „rachunek za całokształt” i odsyła na karty niechlubnych historii totalitaryzmu. Inaczej to wygląda w ustrojach demokratycznych. Wprawdzie w okresie wojen władze polityczne ograniczają obywatelskie swobody i przejmują rolę głównego „sternika” życia społecznego, jednak po ich zakończeniu sytuacja powinna wracać do normalności, tj. ponownie najważniejszy powinien stać się obywatel, który ma konstytucyjnie zagwarantowane prawa i obowiązki. Mało kiedy jednak tak to wygląda w praktyce. Do gry wchodzą bowiem instytucje i siły, bez których obywatelowi trudniej byłoby osiągać życiowe cele. W XVIII stuleciu angielski ekonomista Adam Smith za największą siłę uznał „niewidzialną rękę rynku”. Dzisiaj jest ona znacznie bardziej widzialna, bowiem tworzą ją instytucje polityczne, gospodarcze i finansowe. W krajach członkowskich Unii Europejskiej takimi instytucjami są jej organy parlamentarne, doradcze, sądowe i obrachunkowe. Trudno byłoby wskazać konkretne osoby, które ponoszą odpowiedzialność za życie akademickie w krajach członkowskich UE. Można natomiast wskazać te jej organy, które odpowiadają za badania naukowe, innowacje oraz edukację. Jakoś trudno jest mi sobie wyobrazić, aby przyszedł moment, w którym ktoś personalnie odpowie za popełniane błędy, takie chociażby jak wprowadzenie systemu ECTS (oznaczającego przeliczanie edukacyjnych efektów na niejednokrotnie wzięte „z kapelusza” punkty).
W przypadku organów rządowych, jakimi są ministerstwa zarządzające nauką i edukacją, można jednak wskazać konkretne osoby. Może być kwestią dyskusyjną, czy osoby pełniące funkcje ministerialne są bardziej akademikami, czy politykami. To, że często posiadają stopnie naukowe, a niektórzy nawet profesorskie tytuły, ma wprawdzie pewne znaczenie, jednak ważne jest, aby przekładało to się na trafność podejmowanych decyzji. Z tym w praktyce różnie bywa. Nie chciałbym jednak wchodzić w szczegóły. Powiem jedynie, że o potrzebie głębokich reform szkolnictwa wyższego i Polskiej Akademii Nauk mówi się od momentu przejęcia władzy politycznej w kraju przez siły demokratyczne i często na mówieniu się kończy. W ostatnich latach znaczącymi kartami w naszym życiu akademickim zapisały się ministerialne poczynania Jarosława Gowina i Przemysława Czarnka. Ten pierwszy uchodzi za głównego autora i promotora Ustawy 2.0, nazywanej również Konstytucją dla nauki. Na razie nie przyczyniła się ona do znaczącej poprawy kondycji nauki w kraju. Wzmocniła natomiast władzę rektorską oraz spowodowała rozmnożenie różnego rodzaju rad w uczelniach. Do poczynań drugiego z wymienionych polityków środowisko akademickie miało wiele zastrzeżeń. Przypomnę jedynie, że nadal nie uporano się ze w znacznej mierze arbitralnie ustaloną listą punktowanych czasopism naukowych.
Wróć