logo
FA 7-8/2024 informacje i komentarze

Mariusz Karwowski

Co z akademicką demokracją?

Szkoły wyższe wybrały rektorów na kadencję 2024–2028. Aż w 2/3 przypadków doszło do reelekcji. Debiutanci stanowią większość tylko w uczelniach medycznych i ekonomicznych.

Różne oblicza miała tegoroczna kampania wyborcza. Z jednej strony, do czego już zdążyliśmy się w polskiej akademii przyzwyczaić, brakowało śmiałych wizji uczelni XXI wieku, programy kandydatów, w których aż roiło się od sloganów (dążenie do doskonałości badawczej, tworzenie przyjaznego środowiska pracy, nowoczesne kształcenie, inwestycje w infrastrukturę), wyglądały jakby odbite od jednej sztancy, a nazwiska zwycięzców w większości znano już na długo przed oddaniem głosu. Z drugiej strony nie przebierano w środkach: tworzono układy i zawierano sojusze, częstokroć popełniając przy tym wiarołomstwo i zdradę (co w niektórych przypadkach ma podobno znaleźć swój epilog na sali sądowej). W wybory angażowały się lokalne media, wspierając jednego z kandydatów, a szkalując drugiego. Bywało, że działy administracji uczelnianej wspierały jednego z kandydatów, nie zawsze urzędującego rektora. Na jednej z uczelni podejrzewano, że ktoś z działu informatycznego przekazywał korespondencję mailową kandydata jego oponentowi. Dochodziło też do łamania ustalonych zasad, np. plakaty wywieszano za wcześnie lub nie w tych miejscach, które uzgodniono. Cóż, nie tylko robienia kiełbasy i polityki nie powinno się oglądać z bliska.

– Dla wielu w środowisku uczelnie nadal są przestrzenią gry o władzę, prestiż, wpływy i ograniczone zasoby finansowe, ale pewnie dla większości to tak naprawdę miejsca, gdzie uczymy studentów tego, co udaje się ustalić w badaniach naukowych. Oczywiście, świetnie, że znajdują się osoby chcące kierować uczelniami, ale okołowyborcze zawirowania w tej codziennej pracy nie pomagają. Dlatego dobrze, że mamy to już za sobą – przyznaje dr hab. Dominik Antonowicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, zajmujący się badaniem globalnych trendów szkolnictwa wyższego, ustrojem, a także zarządzaniem instytucjami akademickimi.

Niefortunne rady

Chętnych do fotela rektora nie było wcale aż tak wielu. Już od jakiegoś czasu dostrzegalnym symbolem wyborów rektorskich jest… brak kandydatów. Cztery lata temu w 72 uczelniach do boju, który bardziej przypominał referendum, stawała zaledwie jedna osoba. W tej kampanii było pod tym względem jeszcze gorzej: aż w 86 uczelniach startowali „soliści”. Ponad połowę takich sytuacji odnotowano w uczelniach akademickich (58). Na drugim biegunie znalazły się Akademia Wychowania Fizycznego im. Polskich Olimpijczyków we Wrocławiu czy Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie o funkcję rektora ubiegało się aż pięciu kandydatów.

Co przyczyniło się do takiej mizerii pretendentów do fotela rektora? Eksperci wskazują kilka powodów.

– Ustawa 2.0 dała rektorom bardzo duże kompetencje i możliwości, ale też i narzuciła potężną odpowiedzialność. Nie każdy w tak niepewnych czasach chce nieść to brzemię. Wolą przeczekać, przypatrywać się z boku rozwojowi sytuacji. Mogła być to swego rodzaju kalkulacja: „teraz nie, za duże ryzyko, ale za cztery lata… kto wie?” – podpowiada Piotr Pokorny, prezes Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego (cała rozmowa na naszej stronie internetowej).

Dodaje, że jesteśmy właśnie w trudnym okresie dla szkolnictwa wyższego, przede wszystkim z uwagi na finanse. W kuluarach słychać, że kiedy kurz wyborczy na dobre opadnie, zacznie się myślenie o realnych planach oszczędnościowych. Do tego dochodzi niedawna zmiana rządu i niepewność co do możliwych kierunków zmian ustawowych. Swoje dołożyły też rady uczelni. Ich wpływ na wyniki wyborów był niebagatelny. Dość powiedzieć, że nawet minister Dariusz Wieczorek dostrzegł zagrożenie płynące z tej strony. „Demokracja musi wrócić na uczelnie” – podkreślał, opowiadając się za zmniejszeniem władzy rad uczelni. Wątpliwości budzi wskazywanie kandydatów przez radę wybieraną przez senat, na którego czele stoi… rektor. Wprawdzie statut może przewidywać także inne podmioty uprawnione do tego zadania, ale nie wszystkie uczelnie korzystają z tej opcji. Gdzieniegdzie kończyło się to odebraniem kandydatowi możliwości startu.

– Gdy rada odmówi wskazania konkretnej osoby na kandydata na rektora, zaczynają się pojawiać pytania o powody takich decyzji. Zabrakło szerszych, obiektywnych kryteriów, którymi poszczególne rady się kierowały. Zamiast więc podwyższania standardów, formuła ta wprowadza chaos i niepotrzebne emocje – pisał niedawno na naszych łamach dr hab. Maciej J. Nowak z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie.

Z najgłośniejszym tego typu przypadkiem mieliśmy do czynienia na Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Początkowo wydawało się, że o fotel rektora rywalizować będą obecny sternik prof. Piotr Borek oraz prof. Piotr Trojański, przewodniczący związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Obu pozytywnie zaopiniował Senat UKEN. Z kolei rada uczelni podjęła uchwałę, w której wskazano tylko tego pierwszego. Uzyskał on większość 4:2, podczas gdy na jego konkurenta padł w głosowaniu remis 3:3. „To sytuacja daleka od standardów demokratycznych” – podsumował na swoim profilu społecznościowym wiceminister Maciej Gdula.

– Jeżeli rady mają dalej funkcjonować w strukturach uczelnianych, to powinny koncentrować się na wspieraniu i nadzorze w obszarze finansów, zarządzania. W tej chwili rada złożona z 7 czy 9 osób, wskazując jednego kandydata, a odrzucając pozostałych, dzierży bardzo dużą władzę w tym zakresie. Nie jestem przeciwnikiem rad uczelni, ale w kontekście tej konkretnej kompetencji uważam, że należałoby ją znieść albo bardziej zrównoważyć – przyznaje Piotr Pokorny.

Również Dominik Antonowicz jest zdania, że formuła udziału tych ciał w procesie wyborczym jest bardzo niefortunna. Według pierwotnych założeń Ustawy 2.0 to właśnie rady miały dokonywać wyboru rektorów. Ostatecznie skończyło się jedynie na wskazywaniu kandydatów, po uprzednim zaopiniowaniu przez senat.

– W obecnym stanie rzeczy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za własne decyzje. Rady uczelni pełnią ważną nadzorczą rolę ustrojową, ale ich udział w wyborach jest legislacyjnym nieporozumieniem – zaznacza badacz z UMK.

Skorzystali z 67+

Nie tylko rady uczelni determinowały przebieg wyborczej rozgrywki. Dużą rolę odegrała także ostatnia nowelizacja ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Według niektórych obserwatorów, to w lutym 2023 roku na dobrą sprawę zainaugurowano kampanię wyborczą. Podwyższono wtedy wiek kandydatów na rektorów z 67 na 70 lat, odwracając sytuację zmienioną przez Konstytucję dla Nauki, która ten limit obniżyła. Skutki nowelizacji stały się zarzewiem konfliktu na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym (o wyborach na tej uczelni piszemy obok), gdzie pierwotnie urzędujący rektor miał już nie startować (przekroczyłby dopuszczalny próg wieku), ale wraz z nowymi przepisami, ku zaskoczeniu swoich współpracowników, zmienił zdanie.

Z podwyższenia limitu skorzystali też inni, m.in. prof. Alojzy Z. Nowak, rektor Uniwersytetu Warszawskiego. W czterech największych polskich uczelniach mieliśmy w ogóle tym razem do czynienia ze zgoła odmiennymi sytuacjami. Najłatwiejszą sytuację miała prof. Bogumiła Kaniewska z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, której nikt nie odważył się rzucić rękawicy. Na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika urzędujący rektor, prof. Andrzej Sokala, także miał możliwość ubiegania się o reelekcję, ale zrezygnował z niej. Podwyższenie granicy wieku kandydatów sprawiło, że do gry wrócił prof. Andrzej Tretyn (ur. 1955 r.), który stał już na czele toruńskiej uczelni i to przez dwie kadencje (2012–2020). Daną mu ponownie szansę wykorzystał, wygrywając w pojedynku „jeden na jeden” z prof. Wojciechem Wysotą (142:104). Na UW kandydatów było trzech, choć jak pokazało głosowanie liczył się tak naprawdę jeden. Prof. Nowak uzyskał poparcie 281 osób, a drugi w kolejności dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanò – 143 (dr hab. Maciej Górecki zdobył symboliczne 8 głosów).

W sumie najciekawiej z „Wielkiej Czwórki” było na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie następcę prof. Jacka Popiela (nie mógł wystartować z uwagi na limit wieku) wyłaniano spośród czworga prorektorów. Na kilkanaście dni przed głosowaniem mocny w wymowie list otwarty do kandydatów wystosowali laureaci grantów ERC i liderzy Centrów Dioscuri na krakowskiej uczelni. „Chcemy uczynić Uniwersytet Jagielloński wiodącą instytucją naukową nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej. Jak wiemy, UJ potrafi wybudować nowoczesny kampus oraz wprowadzać rozwiązania projakościowe, natomiast ciągle nie potrafi przyciągnąć niezależnych naukowców i wesprzeć budowy silnych, nowych grup badawczych” – diagnozowali na wstępie, wskazując, że główną przyczyną jest przestarzała struktura naukowa i procedury obowiązujące na uczelni. Domagali się przejrzystych i niezależnych konkursów na stanowiska i awanse. Powinny one, ich zdaniem, opierać się wyłącznie na doskonałości badawczej i dydaktycznej. Apelowali także o odejście od dziedziczenia stanowisk, np. awansowanie nowych kierowników zakładów wyłącznie w obrębie członków grup.

Wymagana większość wynosiła 120 głosów i już w pierwszej turze nieznacznie zdołał ją przekroczyć prof. Piotr Jedynak (122), zostając 307 rektorem najstarszej polskiej uczelni. W pokonanym polu zostawił profesorów: Tomasza Grodzickiego (63), Armena Edigariana (49) i Dorotę Malec (4). Blisko 40% zwycięskiego wyniku stanowiły głosy studentów, którzy (nie pierwszy raz i nie tylko na UJ) przyjęli strategię głosowania blokowego. „Naszym celem jest przede wszystkim pokazanie siły społeczności studenckiej jako jedności” – tłumaczyli członkowie Samorządu Studentów UJ tuż po tym, jak dzień przed wyborczą debatą kandydatów ogłosili, na kogo oddadzą swoje głosy. Na UJ w 238-osobowym kolegium elektorskim grupa studencko-doktorancka liczy 45 członków (19%).

Komu głos, komu…

Sytuacja, w której wybory rektorskie wygrywają… studenci, dobitnie pokazała niedoskonałość kolegiów elektorskich. Przypomnijmy, że to ciała złożone z przedstawicieli różnych grup uczelnianej wspólnoty. Ich skład określają statuty poszczególnych szkół wyższych, przy czym – jak wskazuje ustawa – nie mniej niż 20% składu mają stanowić studenci i doktoranci. Sporo zastrzeżeń budzi już sam sposób ich wyboru. Na kilku uczelniach pojawiały się zarzuty, że odbywało się to w tajemnicy, bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Na jednym z uniwersytetów wejścia na salę, w której wybierano Kurię Studencką, pilnował specjalista od spraw bezpieczeństwa w wojskowym uniformie (emerytowany żołnierz).

Pytani przez nas eksperci są podzieleni w tej kwestii. Piotr Pokorny przypomina, że odsetek elektorów studenckich jest kompromisem wypracowywanym przez lata, bo na początku studenci w ogóle nie mieli formalnego prawa głosu. Najpierw dano im 10% głosów, z czasem podwyższono ten odsetek do 20%.

– Naturalną sytuacją jest to, że jako liczbowo największa część wspólnoty akademickiej, walcząc o swoje interesy, chcą blokowo głosować po to, żeby zwiększyć szanse na uzyskanie korzystnych zmian. Może to budzić kontrowersje, bo z taką pulą głosów są języczkiem u wagi, to o nich się zazwyczaj szczególnie zabiega, ale nie chcę mówić, że należałoby im przez to odjąć głosów. Są przede wszystkim bardzo ważnym partnerem do uczciwych rozmów i do rzeczywistego działania, a nie „grupą młodych do przekabacenia”, jak niektórzy głoszą – uważa prezes IRSW.

Z kolei dr hab. Katarzyna Górak-Sosnowska, prezes Forum Administracji Akademickiej, przekonuje, że większą rolę w wyborze rektora powinni odgrywać pracownicy określani jako „niebędący nauczycielami akademickimi”. Jak wylicza, ich średni udział w kolegiach elektorskich wynosi zaledwie 7% (niewiele lepiej niż w senatach – 6%).

– Udział pracowników NNA w gremiach decyzyjnych jest niewątpliwie niski w porównaniu do innych grup interesariuszy. O ile w senatach można to argumentować przepisami ustawowymi i koniecznością zapewnienia odpowiedniej reprezentacji młodszym stopniem nauczycielom akademickim, o tyle wśród wybierających rektora trudniej o uzasadnienie takiego stanu rzeczy. W kolegium elektorskim powiela się ten sam schemat, co w senacie, tymczasem rektor jest osobą, która kieruje całą uczelnią, a nie wyłącznie nauczycielami akademickimi, zaś kryterium naukowości nie jest jedynym właściwym do jego wyboru. Co więcej, pracownicy NNA stanowią porównywalnie liczną grupę pracowników co nauczyciele akademiccy i często czują się bardzo silnie związani ze swoją uczelnią – tłumaczy Górak-Sosnowska.

Podaje też pozytywne przykłady. W Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach grupa NNA posiada reprezentację równą studentom i doktorantom (po 10 osób). W ASP w Krakowie nauczyciele akademiccy i NNA stanowią 75% składu kolegium (pozostałe 25% to studenci i doktoranci), a liczebność w nim obu kategorii ustala się na podstawie stanu zatrudnienia. Pozwala to zachować równość i proporcjonalność różnych grup w wyborze rektora.

– Chciałbym poznać wyniki badań, w jaki sposób studenci uczestniczą w pracy organów kolegialnych. Dane dotyczące zaangażowania studentów na pewno pokazałyby, jak korzystają oni ze swoich praw. Byłby to dobry wstęp do dyskusji o przeszacowaniu lub niedoszacowaniu ich udziału w organach i ciałach kolegialnych w uczelniach – mówi Antonowicz.

Podczas niedawnego Zgromadzenia Ogólnego KRASP dr hab. Jarosław Burczyk, który przegrał elekcję na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, zaproponował, aby zasady wyboru elektorów studenckich doprecyzować w ustawie. Inne pomysły szły w kierunku zmniejszenia siły głosu żaków. Dominik Antonowicz spodziewa się w najbliższej kadencji zmian w tym zakresie.

– Koncepcja uczelni jako wspólnoty profesorów jest anachroniczna w kontekście zróżnicowanego składu wspólnoty akademickiej. Przede wszystkim uczelnie – częściej niż w przeszłości – spoczywają na barkach całej masy specjalistów: prawników, finansistów, HR-owców czy administratorów. Pod tym kątem warto przyglądać się rozpoczętej właśnie dyskusji wokół reprezentacji wspólnoty w kolegium elektorskim. Obok samorządu studenckiego pojawiły się grupy mające inne opinie, inną polityczną agendę, które odważnie manifestowały swoje problemy. Gdy tendencja ta się pogłębi, być może ministerstwo będzie zmuszone do przemyślenia także formuły uczestnictwa studentów w demokracji uczelnianej – mówi Antonowicz.

Reelekcja pewna jak w banku

Jak to więc jest z uczelnianą demokracją? Ma się dobrze czy przeżywa kryzys? W sumie w tegorocznej kampanii wybrano 122 rektorów uczelni publicznych (poza „mundurówkami”, gdzie rektorów mianuje odpowiedni minister). W tym gronie są 22 kobiety (o jedną więcej niż cztery lata temu), z których 6 to debiutantki. Jedną z nich jest dr Beata Rejman, żona prof. Krzysztofa Rejmana, dotychczasowego rektora Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Jarosławiu. Taka rodzinna zamiana to niespotykana wcześniej sytuacja. Inne historyczne wydarzenie dokonało się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Tam po raz pierwszy w prawie stuletniej historii uczelnią pokieruje kobieta – prof. Barbara Jankowska.

Aż w 82 przypadkach doszło do reelekcji. Czy to dowód na niechęć środowiska do zmian? Jak przyznają obserwatorzy życia akademickiego, powodów może być wiele: od dobrej oceny dotychczasowej pracy rektora, po skuteczną marginalizację opozycyjnych kandydatów. Piotr Pokorny dodaje jeszcze jeden: mijająca kadencja była niezwykle trudna. Najpierw COVID, potem kłopoty finansowe, wojna tuż za granicą, a w międzyczasie jeszcze kluczowa dla wszystkich ewaluacja.

– Elektorzy mogli pomyśleć, że skoro dany rektor sprawdził się w tak trudnym czasie, nie popełnił błędów, które mocno by nadszarpnęły wizerunek uczelni, to warto dać mu kolejną szansę. Choćby po to, by mógł kontynuować rozpoczęte działania. Natomiast są uczelnie, gdzie obecna kadencja była na tyle turbulentna, że doprowadziło to do zaskakujących werdyktów wyborczych. Demokracja chyba więc jednak zadziałała – mówi Pokorny.

Również zdaniem D. Antonowicza reelekcja w polskich warunkach ustroju instytucji szkolnictwa wyższego jest wysoce prawdopodobna. Tym bardziej ciekawe są odstępstwa od tej reguły. Śmiałkowie rzucali rękawicę obecnemu sternikowi w 15 uczelniach (w pięciu był nawet więcej niż jeden odważny) i tylko trzykrotnie z powodzeniem. W Akademii Muzycznej w Krakowie urzędujący rektor prof. Wojciech Widłak oddał stery prof. Mariuszowi Sielskiemu, dziekanowi Wydziału Instrumentalnego. Na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu prof. Jarosław Bosy przegrał z prof. Krzysztofem Kubiakiem z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej. Na Uniwersytecie Łódzkim prof. Elżbieta Żądzińska musiała uznać wyższość prof. Rafała Matery, dziekana Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego.

Grupami uczelni, gdzie debiutujący rektorzy stanowią przewagę, są medyczne (5:3) i ekonomiczne (3:2). Remis zanotowano w AWF-ach (3:3). Zmiany nastąpiły w czterech z dziesięciu uczelni badawczych: oprócz UJ i UMK to Gdański Uniwersytet Medyczny (prof. Michał Markuszewski) i Politechnika Śląska (prof. Marek Pawełczyk).

Najdłużej non stop urzędującym rektorem będzie w nowej kadencji prof. Elżbieta Skorupska-Raczyńska, zawiadująca Akademią im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim. W fotelu zasiada od 2011 roku. Jak to możliwe? Wskutek zmiany prawa kadencja 2017–2021 uległa skróceniu do 31 sierpnia 2020 roku i w związku z tym ówcześni rektorzy mogli ponownie ubiegać się o stanowisko, rozpoczynając niejako do początku cykl kadencji rektorskich.

Najmłodszym polskim rektorem (podobnie jak w tej kadencji) jest dr hab. inż. Mateusz Kaczmarski (rocznik 1984) z Uczelni Państwowej im. Jana Grodka w Sanoku. I jeszcze ciekawostka z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Wybrany tam dr hab. Bernard Ziębicki zamiast we wrześniu zaczął urzędowanie już w… maju. Wszystko przez to, że pierwszym zastępcą nowego prezydenta Krakowa został dr hab. Stanisław Mazur, dotychczasowy rektor. Jego obowiązki na uczelni, zgodnie ze statutem UEK, przejął rektor-elekt.

Mariusz Karwowski

Na WUM wybiorą latem

Wybory na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym zaplanowane były na 23 kwietnia. O fotel rektora ubiegało się dwoje kandydatów: obecny sternik uczelni prof. Zbigniew Gaciong oraz prof. Agnieszka Cudnoch-Jędrzejewska, prorektorka ds. personalnych i organizacyjnych. Na kilka dni przed głosowaniem rektor podjął decyzję o ukaraniu swojej zastępczyni upomnieniem za przewinienie dyscyplinarne polegające na uchybieniu godności zawodu nauczyciela akademickiego. W jego ocenie kara ta skutkuje u osoby, na którą została nałożona, utratą prawa ubiegania się o funkcję rektora. Z taką interpretacją nie zgodziła się kontrkandydatka, której zdaniem kara dyscyplinarna mogłaby stać się podstawą utraty przez nią prawa kandydowania dopiero po uprawomocnieniu się. Sam rektor, w trosce o to, aby nie być posądzonym o nieuczciwą walkę i wyeliminowanie konkurentki, zrezygnował z ubiegania się o fotel na kadencję 2024–2028. Tym samym… zabrakło kandydatów.

Do akcji wkroczyła minister zdrowia Izabela Leszczyna, pod której nadzorem znajdują się wszystkie „stare” uniwersytety medyczne. W wyniku postępowania wyjaśniającego zwróciła się do odpowiednich organów WUM o anulowanie procesu wyborczego i wszczęcie nowej procedury, „tak aby zapewnić pełen obiektywizm tego wyboru”. Do zalecenia nie zastosowała się jednak Uczelniana Komisja Wyborcza, wyznaczając termin zebrania elektorów na 6 maja i stwierdzając, że prof. Cudnoch-Jędrzejewska spełnia wymogi stawiane kandydatowi na rektora WUM. W drugim terminie do wyborów także nie doszło, a to za sprawą… niedziałającego systemu teleinformatycznego. Jego wyłączenie polecił pracownikowi działu IT prof. Gaciong, powołując się na zalecenia ministra zdrowia. Szefowa resortu wskazała na konieczność wypowiedzenia się w tej sprawie przez Senat WUM.

Organ ten w marcu podjął uchwałę o wskazaniu prof. Agnieszki Cudnoch-Jędrzejewskiej na kandydatkę na rektora uczelni. Dwa miesiące później wynik był zgoła inny. Za uchyleniem uchwały opowiedziało się 23 senatorów, 17 było przeciwnych, a jeden wstrzymał się od głosu. Czterech senatorów nie wzięło udziału w głosowaniu. Tym samym Senat WUM nie przyjął ponownie powyższej uchwały, co oznaczało, że prorektorka nie została dopuszczona do wyborów, a tym samym – wobec braku kandydatów na rektora – procedura wyborcza powinna rozpocząć się od nowa.

Dzień po tej decyzji rektor wydał zarządzenie, na mocy którego formalnie rozwiązał Uczelnianą Komisję Wyborczą kierowaną przez prof. Alicję Wiercińską-Drapało. Powodem miało być naruszanie przez to ciało przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, Statutu WUM oraz ważnych interesów uczelni. Na czele nowej Komisji stanęła dr Paulina Mularczyk-Tomczewska z Wydziału Nauk o Zdrowiu. Do czasu zamknięcia tego numeru nie ustalono nowego terminu wyborów. Jeśli do końca sierpnia nie uda się wybrać nowego sternika uczelni, jego obowiązki przejmie prorektor ds. studenckich i kształcenia. W czerwcu rektor odwołał z tej funkcji prof. Marka Kucha i powołał w jego miejsce prof. Roberta Gałązkowskiego.

MK

Wróć