logo
FA 7-8/2024 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie wakacje

Akademickie wakacje 1

Rys. Sławomir Makal

Od drugiej połowy sierpnia do końca września ma miejsce swoisty wysyp kongresów i konferencji naukowych. Rzecz jasna, nie brakuje chętnych do brania w nich udziału. Sam fakt, że przy okazji zwiedzi się atrakcyjne turystycznie miejsce, nie jest jeszcze wystarczającym uzasadnieniem dla twierdzenia, że pod szyldem udziału w naukowych konferencjach uprawiana jest w gruncie rzeczy turystyka. Jeśli jednak taka turystyka odbywa się na własny koszt, to również nie widzę w niej niczego nagannego. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy finansowana jest ona z funduszy publicznych.

Dla wielu osób wakacje są okresem pożądanym. Wielu oczekuje go ze zniecierpliwieniem. Nie inaczej jest w społeczności akademickiej. Rzecz jednak w tym, że różne osoby mają na ten czas rozmaite plany i to, co dla jednych oznacza uwolnienie od wykonywania zawodowych obowiązków lub po prostu próżnowanie, dla innych oznacza wypełnianie go zajęciami, które odkładane były na czas wakacji. Próżnować można zresztą również na różne sposoby.

Wakacyjne próżnowanie

Jeśli powiedziałbym, że próżnowanie może być sztuką trudną do opanowania, to zapewne spotkałbym się z niedowierzaniem tych, którzy je sami praktykują albo przynajmniej spotykają się z nim w swoim otoczeniu. Sądzę jednak, że nawet oni skłonni będą się zgodzić, że jakoś trzeba swój czas wypełnić. Rzecz jasna najlepiej tym, czego wykonywanie przychodzi nam stosunkowo łatwo, a nawet może dawać jakąś satysfakcję. Stąd już nieduży krok do próby wskazania zarówno tego, co łączy akademickie próżnowanie z wieloma innymi jego formami, jak i tego, co je od nich odróżnia. Rzecz jasna, środowisko akademickie nie funkcjonuje w społecznej próżni, a to oznacza, że podlega ono m.in. tym samym zasadom funkcjonowania, którym podlegają inne grupy zawodowe. Jedną z nich jest łączenie przerw w pracy z okresem lata, w szczególności stosunkowo najbardziej ciepłymi miesiącami w naszej strefie klimatycznej, tj. lipcem i sierpniem. W całym szkolnictwie – począwszy od podstawowego, a na wyższym skończywszy – wakacje mają wówczas nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele. Natomiast w innych zawodach są to miesiące szczególnie wzmożonych urlopów pracowniczych. Rodzice dzieci w wieku szkolnym mają wówczas więcej czasu na wspólne spędzenie z nimi wakacji, jeśli nawet nie w formie urlopowego wyjazdu, to przynajmniej w domowych warunkach. Dotyczy to również stosunkowo licznej grupy pracowników uczelni, którzy nie są wprawdzie akademickimi nauczycielami i uczonymi, ale są niezbędni do zapewnienia im codziennego funkcjonowania (nazywani są pracownikami obsługi). Jak znaczącą jest ich rola w funkcjonowaniu uczelni, widać wyraźnie szczególnie w okresie wakacyjnym, chociażby w tym, że sekretariaty funkcjonują w skróconych godzinach, a na załatwienie nawet tak prozaicznej sprawy jak np. zakup niezbędnego do badań sprzętu trzeba czekać czasami aż uprawniona osoba wróci z urlopu.

Pracownicy naukowi i dydaktyczni uczelni mają również członków rodziny, których wakacyjne oczekiwania powinni brać pod uwagę. Czasami są to oczekiwania, jakie mają też członkowie innych rodzin. Jeśli nawet nie jest to „odrobienie” zaległości w pracach domowych, na które nie miało się czasu wcześniej, może to być np. zorganizowanie rodzinnego wyjazdu na wakacje. Teoretycznie wakacje powinny być okresem uwolnienia nie tylko od codziennych obowiązków zawodowych, ale także rodzinnego pokoju i spokoju. Tak zresztą czasami bywa. Jednak zdarza się i tak, że „pozanormatywne” przebywanie pod rodzinnym dachem wszystkich członków rodziny sprzyja mnożeniu napięć i nieporozumień. W każdym razie w okresie wakacji nie ma już możliwości zasłaniania się obowiązkami pracowniczymi w uchylaniu się od obowiązków domowych, które się miało w „normalnym” czasie, a jeśli do tego jedno ze współmałżonków wyżej stawia sprawy rodzinne niż zawodowe, to może wówczas jeszcze bardziej ujawniać się różnica życiowych preferencji. Można próbować im zapobiec zarówno poprzez podejmowanie się wykonywania domowych prac, do których nie ma się ani odpowiedniego przygotowania, ani wielkiego przekonania, albo przynajmniej „ratować” się wychodzeniem do miejsca pracy (mimo że formalnie pracownik przebywa na pracowniczym urlopie). Tyle tylko że nieudolne wykonywanie domowych obowiązków może jeszcze pogarszać sytuację, a pojawianie się w miejscu pracy w okresie wakacyjnym obciążone jest ryzykiem, że nie będzie z kim chociażby towarzysko porozmawiać. Jeśli się posiada domowe zwierzę, które daje się wyprowadzić na spacer, to ono również może być takim „kołem ratunkowym”.

Nieco dramatyzuję to próżnowanie akademickich nauczycieli i uczonych. Nie jest bowiem wielu takich, którym trudno wyobrazić sobie życie bez wykonywania akademickiej pracy i nawet krótkie przerwy świąteczne przyjmujących z niezadowoleniem. Więcej jest takich, którzy potrafią się wykazać swoistym mistrzostwem w sztuce akademickiego próżnowania, tak że nawet formalnie będąc w pracy, realnie funkcjonują tak, jakby byli na przyznanych samemu sobie akademickich wakacjach. Jeśli jeszcze zdobyli się na wysiłek, jakim było uzyskanie statusu samodzielnego pracownika naukowego (w akademickich realiach wiąże się to z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego), to potrafią tak funkcjonować aż do emerytury. Do tego jednak trzeba mieć nie tylko odpowiednią osobowość i odpowiednie umiejętności, ale także trafić na zawodowe okoliczności, które sprawiają, że długie wakacje są tolerowane przez otoczenie. W życiu akademickim takich okoliczności jednak nie brakuje. Co więcej, niektóre wręcz zachęcają do ponadnormatywnego próżnowania. Jedną z nich jest przewidziana w przepisach pracowniczych możliwość wzięcia raz na siedem lat rocznego urlopu naukowego. Z założenia powinien on być wykorzystywany na wzmożoną aktywność naukową. A co jeśli po zakończeniu takiego urlopu nie widać żadnych jej efektów? Ano nic, bo przecież nie każda aktywność naukowa może kończyć się uzyskaniem udokumentowanych efektów. To, że współpracownicy takiego urlopowicza nie mają o nim dobrej opinii, można również jakoś przeżyć, zwłaszcza jeśli nie jest się w braku efektów osamotnionym.

Wakacyjne prace

Wakacyjne prace są różne w różnych grupach akademickiej społeczności. Najliczniejszą z nich stanowią studenci. W okresie wakacji spora ich część podejmuje prace, które pozwalają uzupełnić zasoby portfela i niekiedy również opanować dodatkowe umiejętności lub chociażby sprawdzić się w roli wakacyjnego pracownika. W każdym razie w tym czasie pojawia się zapotrzebowanie na dodatkowych pracowników, od których nie wymaga się wysokich kwalifikacji. Natomiast oczekuje się przynajmniej tyle, że w miarę szybko przyuczą się do powierzonych im obowiązków i będą je wykonywali w miarę bezproblemowo. Szczególnie duże zapotrzebowanie na takich pracowników jest w miejscach cieszących się turystyczną popularnością. Bez studentów nie mógłby zapewne funkcjonować niejeden z punktów gastronomicznych. Jeśli zaś któryś z nich potrafi wykazać się inwencją i sporym zaangażowaniem, to nie musi pracować na przysłowiowym zmywaku czy godzinami chodzić po plaży i zachęcać plażowiczów do kupna lodów i naleśników. Do odniesienia sukcesu w tej „branży” trzeba jednak mieć również odpowiedni dar wymowy i czasami także nieco poczucia humoru. „Arystokrację” w gronie okazjonalnych pracowników stanowią studenci, którzy mają uprawnienia ratownicze oraz uprawnienia przewodników wycieczek. W moich czasach studenckich deficyt osób z tymi drugimi uprawnieniami był tak dotkliwy, że prowadzenie wycieczek powierzano osobom, których kwalifikacje sprowadzały się do umiejętności opowiadania tego, co można było przeczytać w pierwszym lepszym przewodniku. Występowałem zresztą wówczas również w roli takiego przewodnika „z braku laku”. Od czasu do czasu któryś z uczestników wycieczki zadawał mi pytania, na które niestety nie potrafiłem udzielić zadowalającej odpowiedzi. Rzecz jasna podważało to mój autorytet.

Na drugim biegunie wakacyjnych prac sytuują się uczeni tak mocno intelektualnie i emocjonalnie zaangażowani w rozwiązywanie problemów badawczych, że żadne wakacyjne próżnowanie nie wchodzi w rachubę. Wiele wskazuje na to, że takim uczonym był m.in. Albert Einstein. Po ukończeniu studiów w 1900 roku było mu trudno znaleźć stałą pracę. W końcu jednak otrzymał zatrudnienie w Szwajcarskim Urzędzie Patentowym w Bernie. Dawała ona jego rodzinie wprawdzie źródło utrzymania, ale nie dawała mu zawodowej satysfakcji. W tym czasie jednak sformułował szczególną teorię względności, która otworzyła mu drogę do wielkiej międzynarodowej kariery naukowej. W późniejszych latach chętnie był zatrudniany na różnych znaczących naukowo uniwersytetach. Ostatnim z nich był amerykański Uniwersytet w Princeton, na którym funkcjonował nie tylko jako wielkiego formatu uczony, ale także autorytet „od wszystkiego”. Jego biografowie – Roger Highfield i Paul Carter – piszą, że „uchodził za wyrocznię w dziedzinach tak odległych jak sztuka, astrologia, a nawet nauka o starych kościach”. Natomiast jego wielbiciele „polowali na niego osobiście, przyjeżdżając do instytutu autobusami, pociągami, samochodami i samolotami. Jeśli dano im ułamek szansy, węszyli po korytarzach niczym psy gończe, próbując znaleźć jego gabinet, który w rzeczywistości był ukryty za podwójnymi, nieoznakowanymi dębowymi drzwiami na parterze”. Z tego okresu pochodzi zdjęcie Einsteina ukazujące go siedzącego w tym gabinecie w fotelu w głębokim zamyśleniu. Z towarzyszącego jego prezentacji w telewizji komentarza można było się dowiedzieć, że potrafił on w taki sposób spędzać wiele godzin. Czy to oznacza, że myślami był „na wakacjach”? Tak mogą sądzić jedynie ci, którzy nie poznali osobowości tego uczonego. Ci, którzy ją poznali, twierdzą, że każdą możliwą chwilę wykorzystywał wówczas do próby znalezienia jednolitej teorii pola. To, że jej nie znalazł, to już zupełnie inna sprawa.

Przywołuję ten przykład po to, aby udokumentować tezę, iż są uczeni, dla których wakacje oznaczają dobrą okazję do jeszcze intensywniejszych prób rozwiązania problemów naukowych. Rzecz jasna, nie każdy z nich osiąga sukcesy, jakie były udziałem Einsteina. Ale też nie każdego z nich spotyka po wielu latach pracy sytuacja, w jakiej znalazł się ten uczony. On sam napisał, że współcześni mu fizycy uważają go za „starego durnia”. Natomiast jego biografowie piszą, że w okresie przebywania w Princeton „pozostawał na uboczu głównego nurtu fizyki” i „jego poszukiwania były wyraźnie źle ukierunkowane”.

W jakieś mierze znalezieniu się na „bocznym torze” nauki może zapobiegać udział w różnego rodzaju kongresach i konferencjach naukowych. W okresie wakacyjnym takich spotkań jest szczególnie wiele. Można nawet powiedzieć, że od drugiej połowy sierpnia do końca września ma miejsce ich swoisty wysyp. Rzecz jasna, nie brakuje chętnych do brania w nich udziału, jeśli nawet nie po to, aby podzielić się przemyśleniami o jakimś naukowym problemie, to przynajmniej po to, aby posłuchać na żywo tego, co mają do powiedzenia na ten temat inni. Sam fakt, że przy okazji zwiedzi się atrakcyjne turystycznie miejsce, nie jest jeszcze wystarczającym uzasadnieniem dla twierdzenia, że pod szyldem udziału w naukowych konferencjach uprawiana jest w gruncie rzeczy turystyka. Inaczej to wygląda w sytuacji, gdy wędrujący z konferencji na konferencji uczony niewiele istotnego ma do powiedzenia, a nawet nie jest specjalnie zainteresowany tym, co mają do powiedzenia inni. Jeśli jednak taka turystyka odbywa się na własny koszt, to również nie widzę w niej niczego nagannego. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy finansowana jest z funduszy publicznych.

Można niejednokrotnie usłyszeć, że w okresie wakacji znajdzie się w końcu czas na przeczytanie tego, co zostało odłożone „na półkę” w okresie roku akademickiego. Być może czasami tak jest. Wiele jednak zależy od tego, co zostało odłożone na później. Nie sądzę jednak, aby mocno zaangażowany w pracę badawczą uczony odkładał „na później” zapoznanie się z tym, co wiąże się z jego badaniami. Rzecz jasna, nawet taki uczony miewa zainteresowania pozanaukowe, w tym również literackie. Przyznam, że w okresie młodzieńczym nie tylko miałem takie zainteresowania, ale także przeczytałem wówczas niejedno znaczące dzieło światowej literatury. Mogę nawet powiedzieć, że byłem zafascynowany powieściami takich pisarzy amerykańskich jak Ernest Hemingway i William Faulkner. Wszystko to, co było wówczas dostępne w Polsce, przeczytałem w tamtym czasie. Natomiast później już nie sięgałem do ich powieści, bowiem miałem inne fascynacje, a te sytuowały się w obszarze filozofii. Wprawdzie przeczytałem stosunkowo niedużą część z tego, co wyszło spod pióra filozofów, jednak były to rozprawy filozoficzne, które mnie szczególnie interesowały i inspirowały do własnych przemyśleń. Nie jest to jednak lektura wakacyjna. Wręcz przeciwnie, w niejednym przypadku są to dzieła, których analiza wymaga skupienia uwagi, a refleksje, które się nasuwają po ich pierwszej lekturze, są często korygowane po kolejnych. Nie oznacza to jednak, że przez wiele lat zawodowej pracy lista moich lektur problemowo niewiele się zmieniła. Oznacza natomiast, że była i jest wzbogacana głównie o pozycje, które mniej lub bardziej bezpośrednio wiążą się z przedmiotem mojego zainteresowania we wcześniejszym okresie intelektualnego rozwoju. Rzecz jasna, mam również coś odłożonego „na półkę”. Nie tylko zresztą do przeczytania, ale także do napisania.

Wróć