logo
FA 7-8/2023 badania terenowe w Afryce

Kinga Lendzion

„Przecież mam brudne ręce!”

Garść doświadczeń z badań terenowych na Madagaskarze

„Przecież mam brudne ręce!” 1

Miandrivazo 2016

„Przecież mam brudne ręce!” 2

Miandrivazo 2016

Wizyty w wioskach, wspólne podróżowanie, goszczenie w malgaskich domach, uczestniczenie w lokalnych uroczystościach, również w trakcie znacznie krótszych badań terenowych w 2016 i w 2018 roku, pozwoliły mi na partycypowanie w codzienności mieszkańców Miandrivazo, na bezpośrednią konfrontację z badaną rzeczywistością, a w szczególności zaś na wchodzenie w naturalne relacje osobowe (a nie tylko w relacje badani – badacz).

Badania etnograficzne nierozerwalnie wiążą się z byciem w terenie, wchodzeniem badacza w świat społeczności, ludzi, którzy są przedmiotem jego badań. Istotą badań terenowych, odwołując się do słów klasyka badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego, jest próba „uchwycenia tubylczego punktu widzenia, stosunku krajowca do życia, zrozumienie jego poglądu na otaczający go świat” (B. Malinowski, Argonauci zachodniego Pacyfiku, Warszawa 1967, s. 48). Wymaga to od badacza wtopienia się w życie codzienne badanych ludzi, zyskania ich przychylności i zaufania. Oczywiście nigdy nie jest możliwe całkowite zanurzenie się w nowej dla badacza rzeczywistości, raczej możemy mówić o procesie „stawania się”, który oznacza, „że człowiek ustępuje przed obcą rzeczywistością i pozwala, by ona go zmieniła. Nie zostaje zupełnie wchłonięty przez ten inny świat, lecz nie jest już także taki sam jak przedtem” (K. Hastrup, Droga do antropologii. Między doświadczeniem a teorią, Kraków 2008, s. 31).

Moje badania etnograficzne na Madagaskarze, w okręgu Miandrivazo położonym w środkowo-zachodniej części wyspy, rozpoczęły się jeszcze podczas studiów magisterskich a później doktorskich. Problematyka pierwszych badań, choć prowadzonych w dość egzotycznym jak na polskie warunki terenie, nie nawiązywała do klasycznych badań antropologicznych i podejmowała kwestię społeczno-religijnej roli kapłana misjonarza na Madagaskarze. Spędziłam wówczas łącznie pół roku na wyspie, towarzysząc misjonarzowi w jego codziennych obowiązkach. Szczególnie interesujące dla mnie jako socjologa badacza były kilkudniowe wizytacje kościołów-wspólnot położonych w odległych zakątkach parafii. Niekiedy docierałam z misjonarzem do miejsc, w których oprócz niego nigdy wcześniej nie było białego człowieka. Na wyprawy nie zabieraliśmy ze sobą nic oprócz wody do picia, zdani więc byliśmy całkowicie na gościnność mieszkańców wiosek. W każdej wiosce kulminacyjnym punktem wizyty misjonarza był wspólny posiłek bezpośrednio po mszy św., w którym uczestniczyli przedstawiciele rady wioski, zarówno chrześcijanie, jak i animiści. Po nim wspólnie z misjonarzem odwiedzałam mieszkańców w domach.

„Przecież mam brudne ręce!” 3

Szkoła państwowa Miandrivazo – uczniowie z tabletami 2016

Wizyty w wioskach były dla mnie trudnym doświadczeniem, zderzeniem z całkowicie odmiennym światem. Mieszkańcy wiosek żyli własnym życiem skoncentrowanym wokół problemów dnia codziennego. W rozmowach z misjonarzem przewijały się trudności: nieurodzaj, korupcja urzędników, choroby, brak środków na edukację dzieci, lęk o bezpieczeństwo ze względu na dahalo (lokalne grupy przestępcze napadające w celach rabunkowych na wioski), jak i radości: narodziny dziecka, uroczystości rodzinne famadihana (przewijanie zmarłych), udana sprzedaż ryżu. Mogło się wydawać, że mieszkańcy żyją w nieświadomości, że obok jest inny świat. Jednak czy tak było/jest naprawdę? W 2000 r. w trakcie odwiedzin mieszkańców wioski Manandaza, położonej 40 km od drogi, spotkaliśmy starszego człowieka. Stał przy swojej chacie i z daleka do nas zawołał. Podeszliśmy, przywitaliśmy się i po chwili rozmowy kapłan chciał, żebyśmy weszli do chaty, jednak ten delikatnie odmówił. Pytająco spojrzałam na misjonarza, odpowiedział mi: „Ten starszy człowiek wstydzi się, że zobaczysz jego ubóstwo”.

Trzynaście lat później, gdy ponownie przyjechałam do Miandrivazo (około 6 tys. mieszkańców) kontynuować badania, mieszkańcy żyli nadal tymi samymi problemami. Istotną i zauważalną różnicą była elektryfikacja oraz dostęp do Internetu i sieci komórkowej w miasteczku oraz wszechobecne małe, przenośne baterie słoneczne. W trakcie dwóch pierwszych pobytów w Miandrivazo byłam odcięta od świata zewnętrznego, aby uzyskać połączenie, musiałam jechać do oddalonego o 200 km większego miasta. Teraz na ulicach można było spotkać dzieci i młodzież z zamożniejszych rodzin z telefonami komórkowymi w rękach, a w szkole państwowej uczniów skupionych wokół tabletów, które szkoła pozyskała od sponsora. Młodzież surfowała po mediach społecznościowych. Często prosili mnie o adres email lub o dołączenie do grupy znajomych na Facebooku. Niestety, w przeciwieństwie do zmiany na lepsze w zakresie dostępu mieszkańców gminy do komunikacji wirtualnej, stan dróg krajowych, a zwłaszcza lokalnych, znacznie się pogorszył. Niektóre wioski odwiedzane w trakcie mojego pobytu w 2000 i 2003 roku, w 2016 roku z powodu erozji dróg gruntowych stały się niedostępne, z niektórych mieszkańcy przenieśli się bliżej miasta w obawie przed napadami rabunkowymi. W konsekwencji zamknięto kilka szkół katolickich w wioskach. Tak więc postęp w zakresie dostępu do wirtualnych mediów nie szedł w parze z ogólnym rozwojem regionu i poprawą jakości życia jego mieszkańców.

„Przecież mam brudne ręce!” 4

Liceum państwowe Miandrivazo 2016

Opinie malgaskich maturzystów

Powrót po trzynastu latach od pierwszych badań był z jednej strony łatwiejszy niż pierwszy pobyt na wyspie – znałam już teren badawczy. Z drugiej jednak strony dzięki znajomości terenu miałam świadomość, jak trudno będzie zrealizować założony cel badawczy i poznać opinię malgaskich maturzystów na temat edukacji. Wymagało to ponownego wejścia w teren i pozyskania zaufania uczniów, rodziców, nauczycieli, dyrekcji szkół. Włączanie się w trakcie pierwszych badań w różnego rodzaju aktywności podejmowane na terenie parafii było możliwe dzięki autorytetowi kapłana–misjonarza, który pracuje na Madagaskarze od 1971 r. Jego osoba otwierała mi drzwi domów mieszkańców wiosek, umożliwiała przeprowadzenie wywiadów z przedstawicielami stowarzyszeń i wspólnot działających na terenie parafii, jak również wizyty w szkołach katolickich i państwowych. W 2016 i 2018 roku ponownie mieszkałam na terenie misji i ponownie byłam kojarzona z osobą misjonarza. Niemniej jednak badania miałam przeprowadzić nie tylko w szkołach katolickich, ale również w pozostałych szkołach znajdujących się na terenie miasta Miandrivazo: w państwowym zespole szkół, w dwóch zespołach szkół rywalizujących o uczniów ze szkołą katolicką prowadzonych przez luteranów i adwentystów oraz w małej szkole francuskiej.

„Przecież mam brudne ręce!” 5

Wioska Andimaka 2016

Kilka czynników, obok autorytetu misjonarza, złożyło się na to, że mogłam wejść do szkół oraz pozyskałam zaufanie dyrekcji i pracowników, a przede wszystkim sympatię uczniów. Przede wszystkim przyjechałam, tak jak za pierwszym razem, jako osoba niezupełnie obca. Mieszkańcy Miandrivazo i okolicznych wiosek, ku mojemu zaskoczeniu, pamiętali mnie z poprzednich pobytów. Nauczyciele i rodzice przychodzili się ze mną przywitać i wspominali moje wcześniejsze pobyty. Ciekawym doświadczeniem było dla mnie to, że nie pamiętali mnie jako badaczki, lecz jako osobę, która z nimi podróżowała, odwiedzała ich w domach, jadła z nimi wspólne posiłki, malowała szkołę, robiła zakupy na targu. Niektórzy maturzyści, którzy obecnie uczyli się w liceach w Miandrivazo, pamiętali moje odwiedziny w małych wiejskich szkołach. Nawiązane w trakcie pierwszych badań relacje oraz obraz mojej osoby, który przetrwał w pamięci mieszkańców, pozwolił mi płynniej wejść po raz drugi do badanej społeczności. Nie bez znaczenia był również fakt, że mój osobisty autorytet wśród mieszkańców Miandrivazo był już wyższy niż w czasie pierwszych pobytów, ponieważ nie byłam już młodą białą dziewczyną, lecz mężatką i matką. Pytania rozmówców o mój stan cywilny i liczbę dzieci były jednymi z pierwszych. Dla Malgaszy dzieci stanowią podstawowe dobro, istotne więc było zwłaszcza to, że jestem matką trójki dzieci. To kim byłam, jak się zachowywałam, a w efekcie jak byłam postrzegana przez badanych, wpłynęło na wzajemne relacje, zaufanie, a tym samym na możliwość przeprowadzenia badań.

Istotną rolę w badaniach odegrała również moja lokalna informatorka Marie Victoire Ravaoholy, rozpoznawana w środowisku edukacyjnym Miandrivazo. Po studiach, w latach 1970–1975 pracowała jako dziennikarka w gazecie „Madagascar Matin”. Następnie rozpoczęła pracę w administracji państwowej w Service en Développement Rural et Éducation. Obecnie emerytka, pełni funcję jako Chef des Ressource Humaines w l’Etat Service de l’Elevage de Miandrivazo. To ona umówiła mnie na spotkania z dyrektorami poszczególnych szkół. Poza tym dzięki biegłej znajomości języka francuskiego i malgaskiego pełniła funkcję nie tylko przewodnika po lokalnych szkołach, ale również tłumacza w przypadku słabej znajomości przez uczniów języka francuskiego, który jest językiem urzędowym i wykładowym w szkołach od poziomu gimnazjum. Niestety moja znajomość malgaskiego ograniczała się do podstawowych zwrotów i na co dzień posługiwałam się językiem francuskim. Jednak w trakcie kolejnych pobytów, słuchając rozmów Malgaszy, mogłam z łatwością wychwycić ogólny kontekst rozmowy, tym bardziej że często wtrącają słownictwo francuskie, zwłaszcza uczniowie. Maria Victoire miała również bardzo dobry kontakt z młodzieżą. A dzięki temu, że darzona była zaufaniem lokalnej szkolnej społeczności, dyrekcja i nauczyciele po krótkiej prezentacji opuszczali sale i zostawiali nas sam na sam z uczniami.

„Przecież mam brudne ręce!” 6

Posiłek na święto szkoły – wioska Andimaka 2016

W celu zachęcenia uczniów do wzięcia udziału w badaniach oraz wynagrodzenia ich za wypełnienie ankiety, a w przypadku maturzystów napisania także eseju, przygotowałam dla każdego uczestnika upominek w postaci zeszytu i długopisu. W Polsce taka nagroda za udział w badaniach pewnie nie wywarłaby większego wrażenia, ale na Madagaskarze wywoływała szczery entuzjazm i gotowość uczniów do wzięcia udziału w badaniach. Ponadto dystrybucją zeszytów zyskałam przychylność do swoich badań dyrekcji oraz nauczycieli kolejnych placówek oświatowych. „Wieść” o białej badaczce rozdającej przybory szkolne szybko rozeszła się we wszystkich placówkach oświatowych. Byłam wręcz wyczekiwana przez uczniów.

Zna się na rzeczy

Niezależnym ode mnie czynnikiem przełamującym w pierwszych kontaktach z dziećmi i młodzieżą tzw. pierwsze lody, pozwalającym „oswoić” mnie jako badacza, a tym samym wprowadzić swobodniejszą atmosferę we wzajemne relacje, było moje imię „Kinga”. W języku malgaskim słowo „kinga” jest przymiotnikiem i tłumaczy się jako: „zna się na rzeczy”, „jest sprytny, inteligentny” (W zależności od kontekstu użycia słowo „kinga” może oznaczać: np. w grze w piłkę – gra dobrze i sprytnie wygrywa; w dyskusji – dobrze sobie radzi odpowiadając inteligentnie; czasem dla wzmocnienia dodaje się jeszcze raz kinga – kingakinga). Uczniowie, ale również nauczyciele, często z niedowierzaniem dopytywali się o moje imię, musiałam je zapisywać na tablicy. Zawsze z uśmiechem i z rozbawieniem w oczach tłumaczyli mi znaczenie mojego imienia. A po wyjściu ze szkoły uczniowie wołali do mnie po imieniu. Tak więc przypadek był czynnikiem, który ułatwił mi nawiązywanie bliższych relacji z uczniami.

„Przecież mam brudne ręce!” 7

Wioska Ankiranomena 2016

Warto zaznaczyć, że w badaniach, w których podmiotem są dzieci, brak równowagi w relacjach badacz – badany jest znacznie większy niż ma to miejsce w przypadku badań prowadzonych wśród dorosłych. W przypadku moich badań prowadzonych na Madagaskarze ten brak równowagi we wzajemnych relacjach był szczególnie zauważalny. W mentalności Malgaszy, niezależnie od ich wieku, mocno zakorzenione jest posłuszeństwo wobec starszych, tzw. ray aman–dreny, które wyrasta z kluczowej w kulturze malgaskiej idei solidarności grupowej fihavanana. Jednostka w imię dobra wspólnego jest zobowiązana do posłuszeństwa zarówno osobom starszym wiekiem, które są z nią spokrewnione, jak i przedstawicielom władz państwowych, samorządowych czy kościelnych na każdym szczeblu. Zakorzenione posłuszeństwo wobec starszych wykluczające możliwość podjęcia z nimi dyskusji oraz przeważający w malgaskich szkołach frontalny typ nauczania od najmłodszych klas, cechujący się m.in. dominującą pozycją nauczyciela w klasie, były dodatkowymi kulturowymi czynnikami, które nie sprzyjały swobodnym wypowiedziom uczniów. W trakcie badań można było zauważyć u maturzystów, których prosiłam o napisanie eseju, a w kolejnych badaniach przeprowadzałam z nimi wywiady fokusowe, z jednej strony podekscytowanie, że ktoś, tzn. biała badaczka, chce ich wysłuchać, poznać ich zdanie, co nie jest częstą sytuacją w ich życiu. Z drugiej strony u większości z nich widoczna była trudność w wypowiadaniu się, zarówno w formie ustnej, jak i pisemnej. Niewątpliwie barierę stanowił język francuski, w którym prowadzona była rozmowa. Niemniej, nawet gdy przechodziliśmy na język malgaski (zawsze obecna była ze mną informatorka Marie Victoire, która chętnie tłumaczyła), często ich odpowiedzi nadal były krótkie i ograniczały się do sformułowań tak lub nie. Dopiero seria dodatkowych pytań, wtrąceń pobudzała ich do szczerych i szerszych wypowiedzi. Nie bez znaczenia był też mały słodki poczęstunek, który zawsze miałam przygotowany na wywiady fokusowe.

Mimo pojawiających się na początku każdego wywiadu trudności w nawiązaniu partnerskich relacji badacz-badani, w każdej z ośmiu grup fokusowych po kilku minutach „początkowej blokady” znajdowały się co najmniej dwie-trzy osoby (na pięć biorących udział), które swobodnie i szczerze zaczynały mówić o swoich doświadczeniach i dzieliły się przemyśleniami. Wywiady fokusowe były dla mnie, jako badacza próbującego wejść w świat badanych, szczególnym doświadczeniem. Przełamanie przez uczniów wewnętrznego oporu do wypowiedzenia się spowodowało, że ich wypowiedzi stały się bardzo ekspresyjne, wypełnione emocjami, zawierały wiele przykładów z codziennego życia. Gdy mówili o problemach wewnętrznych w kraju, widać w nich było chęć wprowadzania zmian: „nadal się uczę, aby zmienić codzienne życie na Madagaskarze, polepszyć je, ponieważ my cały czas mamy problemy w naszym kraju”. Z entuzjazmem opowiadali o możliwości wykorzystania w życiu codziennym wiedzy zdobytej w szkole: „w szkole uczymy się o zasadach życia, klimacie, hodowli bydła i gdy przyjeżdżam do siebie na wieś, stosuję zdobytą wiedzę i przekazuję ją mojej rodzinie”. Możliwość uczęszczania do szkoły napawała ich dumą i dawała poczucie bycia lepszymi od nieuczącej się młodzieży: „Nieustannie stwierdzam, że istnieje różnica między mną, który się uczę, a moimi przyjaciółmi, którzy się nie uczą. Czuję się lepszy, wyżej niż inni, na przykład w uprzejmości i savoir vivre”. W trakcie wywiadów pojawiał się też smutek, gdy opowiadali o trudnościach związanych z edukacją: „Moja nauka w szkole podstawowej była bardzo trudna, ponieważ moi rodzice będąc analfabetami nie mogli mi pomóc w nauce czytania i pisania. Dodatkowo moi rodzice się rozwiedli i to mój wujek (brat mojej mamy) wziął mnie do siebie i zadbał o moje wykształcenie, ale niestety został zamordowany. Zdecydowałem zatem, że przerwę naukę, ale jedna z ciotek mnie wzięła i na nowo mogłem kontynuować naukę”.

„Przecież mam brudne ręce!” 8

Wioska Ankiranomena 2016

Duma z bycia wykształconym

Wysłuchanie uczniów, przeczytanie ich esejów czy odpowiedzi na pytania otwarte zamieszczone w ankiecie to dopiero połowa procesu badawczego. Kolejnym etapem jest nadanie sensu zebranym wypowiedziom, próba spojrzenia na nie oczami badanych. Prowadzona nieustannie w trakcie pobytów na wyspie obserwacja, uczestniczenie, chociaż często tylko jako bierny obserwator, widz „dziejących się” wokół mnie sytuacji społecznych, były istotne w procesie interpretacji zgromadzonego materiału. Wizyty w wioskach, wspólne podróżowanie, goszczenie w malgaskich domach, uczestniczenie w lokalnych uroczystościach, również w trakcie znacznie krótszych badań terenowych w 2016 i w 2018 roku, pozwoliły mi na partycypowanie w codzienności mieszkańców Miandrivazo, na bezpośrednią konfrontację z badaną rzeczywistością, a w szczególności zaś na wchodzenie w naturalne relacje osobowe (a nie tylko w relacje badani – badacz). Innego znaczenia nabierają wypowiedzi maturzystek: „edukacja to spuścizna, ponieważ jest to dziedzictwo, które należy tylko do mnie, i dahalo nie mogą mi go ukraść” w sytuacji, gdy w nocy słyszy się w oddali strzały z broni palnej, a w rozmowach z uczniami i nauczycielami nieustannie pada słowo „dahalo”. Nauka postrzegana przez najstarszych uczniów jako jedyne dziedzictwo, które mogą przekazać im rodzice dopiero w obliczu wcześniejszych wizyt w ubogich domach rodzin uczniów, wspólnych z nimi posiłków uzmysławia nam „doniosłość” tej spuścizny: „Nauka to dobre dziedzictwo, ponieważ moi rodzice nie są bogaci, a wiedza, którą otrzymałem w szkole, zawsze pozostanie ze mną, nawet jak nie będę miał zatrudnienia”. Oglądanie obrazów ubóstwa w przekazach medialnych jest odmiennym doświadczeniem niż osobiste doświadczenie „bycia” na miejscu, „bycia” w terenie.

„Przecież mam brudne ręce!” 9

Malgaska kuchnia – Ankiranomena 2016

Ważnym wydarzeniem w trakcie mojego pobytu na wyspie, w którym uchwyciłam „tubylczy punkt widzenia” i inaczej spojrzałam na wypowiedzi maturzystów dotyczących m.in. poczucia dumy z bycia „wykształconym”, była przygoda z siedmioletnim chłopcem malgaskim o imieniu Musa. Chłopiec z powodu krzywicy spędził 10 miesięcy na leczeniu w ośrodku zapobiegawczo-leczniczym prowadzonym przez Siostry Karmelitanki Misjonarki Terezjanki w mieście Fianarantsoa. W tym czasie poddany był operacji i intensywnej rehabilitacji usprawniającej jego nogi. W trakcie pobytu w ośrodku, obok zajęć rehabilitacyjnych, chłopiec systematycznie uczestniczył również w zajęciach szkolnych, na których obok podstawowych przedmiotów uczył się zasad bezpieczeństwa, higieny, zdrowego odżywiania się etc. Musę po prawie rocznym pobycie w ośrodku odbieraliśmy wraz z misjonarzem, ponieważ jego rodziców nie było stać na podróż do oddalonej o ponad 500 km od ich wioski Fianarantsoa. Matka chłopca wyjechała na powitanie syna do Miandrivazo, z którego było jeszcze około 20 km do ich domu, aby już wspólnie z synem odbyć ostatnią część podróży. Gdy zjechaliśmy z drogi asfaltowej na gruntową, po około trzech kilometrach samochód utknął na błotnistej drodze i byliśmy zmuszeni liczyć na pomoc mieszkańców okolicznych wiosek. Po kilku minutach wokół nas zjawiły się najpierw dzieci, a potem zaciekawieni dorośli. Na powitanie Musy przybiegli też jego rówieśnicy z rodzinnej wioski. Chłopiec był onieśmielony, aby „wkupić się” w łaski dawno niewidzianych kolegów pokazywał im, że może teraz już biegać i grać z nimi w piłkę. Gdy opuszczał wioskę, z trudnością chodził. Chłopcy, którzy nas otoczyli, śmiali się i żuli trzcinę cukrową. W pewnym momencie jeden z nich podał Musie kawałek trzciny do żucia. Musa wzdrygnął się i nie chciał jej wziąć do ręki, więc chłopiec zaczął nalegać. Musa cofnął się, a matka zaczęła na niego krzyczeć, że nie chce jej wziąć, przecież bardzo lubił trzcinę cukrową. Zdezorientowany Musa wyciągnął trzęsące dłonie i krzyknął: „Przecież mam brudne ręce!”. Rozejrzałam się dookoła, dzieci brudnymi rękami trzymały w dłoniach trzcinę cukrową, w zasięgu wzroku nigdzie nie było czystej wody. Dorośli i dzieci pomagali wyciągnąć samochód z błotnistej brei, a po chwili wkładali brudnymi rękami trzcinę cukrową do ust. Nikt poza Musą nie zwrócił uwagi na brudne ręce.

Pobyt w ośrodku zmienił Musę. Nie był już takim samym chłopcem jak jego nieuczący się rówieśnicy z rodzinnej wioski. Pierwszym zwiastunem zmiany, która w nim zaszła, był z punktu widzenia „białego” drobiazg – chęć umycia rąk przed jedzeniem, jednak dla chłopca to nie był „drobiazg”. Odtąd takie sytuacje będą jego codziennością i będą albo źródłem, tak jak w opisanej powyżej sytuacji, zakłopotania i zagubienia, albo tak jak w przypadku badanych maturzystów źródłem dumy i poczucia „bycia lepszym” od nieuczących się rówieśników. Edukacja szkolna na trwałe wprowadza dysonans poznawczy w codzienny świat malgaskich uczniów, rozróżnienie na świat szkoły i świat domu rodzinnego, w których obowiązują odmienne normy i wartości (Więcej na temat „dwóch światów” malgaskich uczniów w książce K. Lendzion, Dwa języki – dwa światy. Język francuski i malgaski w edukacji szkolnej na Madagaskarze, Warszawa 2019).

„Przecież mam brudne ręce!” 10

Szkoła katolicka w Ankiranomena 2018

Badania terenowe, niezależnie od miejsca, w którym są prowadzone, dostarczają badaczowi niezapomnianych przeżyć. Konieczność wejścia w świat badanych wymaga od badacza przyjęcia postawy otwartej na nowe doświadczenia, które przynosi mu każda chwila przebywania w terenie. Badacz jest już nie tylko zewnętrznym obserwatorem, ale dzięki wchodzeniu w interakcje ze społecznością badaną sam zostaje włączony w proces badawczy. Podzielanie doświadczeń społecznych innych, a następnie analiza własnych doświadczeń i przeżyć pozwalają choć na moment uchwycić perspektywę badanych niejako „od wewnątrz”. Badacz musi się jednak liczyć z tym, że proces „wchodzenia w świat” badanych na trwałe pozostawi w nim ślad. Pierwsze badania terenowe młodej badaczki na Madagaskarze były dla mnie swoistym rytuałem przejścia i zmieniły mnie jako socjologa i człowieka.

„Przecież mam brudne ręce!” 11

Posiłek w malgaskim domu 2018

W tekście wykorzystano fragmenty artykułu naukowego K. Lendzion, „Wchodzenie w teren” – doświadczenia z badań etnograficznych na Madagaskarze, w: O. Kotowska-Wójcik, M. Luty-Michalak, J. Wróblewska-Skrzek, B. Olszewski (red.), Gaudium et spes. Powinność współczesnego człowieka, Poznań 2021, s. 255-274.

Dr hab. Kinga Lendzion, prof. UKSW, Instytut Nauk Socjologicznych, Wydział Społeczno-Ekonomiczny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

Wróć