logo
FA 7-8/2023 studenckie koła naukowe

Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska

Palmyra ’90

Cz. 2

Palmyra ’90 1

Niezwykły przewodnik po Palmyrze

Wita nas pustka i cisza. Przy wejściu opuszczona bramka strażnika starożytności. Wchodzimy bez pytań, biletów i dokumentów. Przerażające, że miejsce o takiej wadze cywilizacyjnej może być penetrowane przez każdego. W ciszy depczemy suchorośla i kamienie, patrząc uważnie pod nogi w obawie przed wężami i skorpionami, zaglądamy w najciemniejsze zakątki tego olbrzymiego obszaru. Nie ma przewodnika, opisów, datowań stanowiska.

Wschód słońca nad Palmyrą jest olśniewający. Odziani w dresy, opatuleni śpiworami (o godz. 5.00 rano jest tylko kilka stopni), patrzymy na złoto-czerwony dysk oświetlający zwolna Wielką Kolumnadę. Tego nie ma nawet w opisach stanowiska skrupulatnie przestudiowanych przez nas „Studiów Palmyreńskich” (pismo założone przez Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW w 1966 r., relacjonujące odkrycia i badania misji archeologicznej kierowanej przez prof. Kazimierza Michałowskiego, odkrywcy Palmyry). Po szybkim śniadaniu ruszamy. W przeciwieństwie do Efezu, gdzie tłumy turystów przemieszczają się od wczesnych godzin rannych, Palmyra jest cicha, przepyszna i zdaje się mówić tylko do nas. Przez imponujący Tetrapylon kroczymy wolno ku palmyreńskiej nekropoli, przystając prawie przy każdej kolumnie. Rozważamy dalekosiężne wpływy rzymskiej cywilizacji, kiedy obok nas pojawia się sympatyczny człowiek w galabii, ale z odkrytą głową, zadając klasyczne pytanie: „Where are you from? From Poland? Students?” I rzuca się nam w ramiona, ściska dłonie, uradowany. Mówi, że jako chłopak pomagał w wykopaliskach Michałowskiego, oprowadza nas po zakątkach antycznego miasta, wiedzie pełen ekspresji wykład, wtrącając czasem polskie słowa. Słońce stoi wysoko, a my, oczarowani magią miejsca i pasją naszego przewodnika, nawet nie czujemy prawie 50-stopniowego skwaru.

Po pięciu godzinach wędrówki przez Drogę Pretoriańską, Świątynię Sztandarów, Dolinę Grobów po tzw. Obóz Dioklecjana aż ku twierdzy arabskiej zaczynamy jednak odczuwać zmęczenie. Nasz wspaniały gospodarz nie chce pieniędzy, z radością za to przyjmuje… butlę gazową z palnikiem. U nich nie ma albo bardzo drogie. Oddala się w zakurzonych sandałach, a my szukamy cienia i chłodnych napojów w wioseczce Tadmur. O jedno i drugie niełatwo. Mały sklepik, przed nim dwa stoły zbite z drewna. Siadamy, wykończeni upałem. Sprzedawca wita nas z uśmiechem i coś mówi, ale nic z tego nie rozumiemy, choć czujemy spojrzenia ludzi przyglądających się nam z oddali. W końcu zbliża się chłopiec (8-9 lat), łapie za rękę naszego lekarza (największy w ekipie, chłop na metr dziewięćdziesiąt) i ciągnie go za sobą. Naturalnie idziemy za nimi. Arabowie zaprosili nas do swojej oazy! Odgrodzona od pustyni kamiennym murem, pełna drzew palmowych, cienista, z wielką studnią pośrodku. Tu możliwy już tylko język ciała i polsko-angielsko-syryjsko-francuskie wykrzyknienia. O dziwo, niczym wielojęzyczna dzieciarnia na placu zabaw, rozumiemy się doskonale. Kilkunastu młodych mężczyzn przygląda się z pewnym zdumieniem i zainteresowaniem, jak (niestety bardzo nierozsądnie) wskakujemy do kamiennego zbiornika na wodę, rozkoszując się chwilową ochłodą. Woda w nim ma jakieś 12-15 stopni, temperatura powietrza ok. 45.

Porażeni rozmachem stolicy

Palmyra ’90 2

W palmyreńskiej oazie

Oczywiście jesteśmy zachwyceni, ale już w drodze do Damaszku prawie każdy uczestnik wyprawy czuje skutki szoku termicznego. Dobra nauczka na przyszłość. Lekarz ekspedycji wyciąga swoją walizkę z lekami. Każdemu według przydziału – przeciwgorączkowe, przeciwzapalne, leżeć i wypocić. Na szczęście kierowcy odsypiający drogę podczas naszego zwiedzania Palmyry i oazy są w dobrej formie. 30 sierpnia 1990 r. jesteśmy w Damaszku. Wola poznania i zalecenia medyka zrobiły swoje. W porównaniu ze znaną nam częścią Syrii Damaszek jest… diamentem w koronie? Błyszczącym w mrokach kwiatem paproci? Wjeżdżamy w miasto ludne, wielomilionowe, rozległe, ruchliwe i piękne. Wyniosłe szczyty minaretów na zmianę ze szklanymi wieżycami nowoczesnych budowli, szerokie aleje krzyżują się z podporządkowanymi ulicami, wszędzie wzdłuż dróg palmy daktylowca, zielone skwery, place, ronda. Napisy, rzecz jasna, po arabsku, ale są i ikonki zrozumiałe dla każdego. Parkujemy nieopodal Muzeum Narodowego w Damaszku z jego imponującą fasadą – oryginalną bramą do pustynnego pałacu (obozu wojskowego), przeniesioną z Kasr al-Hajr al-Gharbi niedaleko Palmyry, datowaną na VII w. n.e. Porażeni rozmachem syryjskiej stolicy i mądrzejsi o doświadczenia z Aleppo szukamy, teraz już zawodowego, przewodnika po tym ogromnym mieście. Z pomocą informacji turystycznej w muzeum umawiamy się na oprowadzanie z przewodnikiem anglojęzycznym. Śniadanie jak komu pasuje, ale większość onieśmielona rozległością miasta wybiera „stołówkę autokarową”.

Nafi stawia się na czas. To student Uniwersytetu w Damaszku. Przeliczając funty syryjskie pozostające w naszej dyspozycji, zakładamy czterogodzinny marsz po najważniejszych zabytkach miasta. Rzecz jasna meczet Umajjadów – jeden z czterech najważniejszych meczetów muzułmanów, ale mamy też w głowie adamaszek, ceramikę i stal damasceńską, pałac Azima, muzeum Saladyna, cytadelę z XIV w. Muzeum Narodowe i tak musimy zwiedzić z przewodnikiem muzealnym. W dziesiątej godzinie zwiedzania Nafi nadal jest z nami. I odkrywa naszym oczom świat przybyszom z Zachodu wtedy nieznany: tajne przejścia w murach starego miasta prowadzące do restauracji, gdzie nawet kobiety, z dala od oczu Allaha, mogą wypić piwo w męskim towarzystwie, zaciszne uliczki damasceńskich złotników, zaułki tkaczy oszałamiających dywanów, ale też dzielnicę jatek, gdzie dopiero co zarżnięte jagnięta wiszą głową w dół, plamiąc krwią chodniki. Prowadzi nas także do chrześcijańskiej dzielnicy Damaszku – Jaramana. Przy ulicy Prostej, w kaplicy domu Ananiasza (gdzie według przekazów Nowego Testamentu nocował św. Paweł) słuchamy modlitwy w języku aramejskim, mowie Chrystusa. Samotna kobieta recytuje fragmenty Dziejów Apostolskich: „W Damaszku znajdował się pewien uczeń, imieniem Ananiasz. «Ananiaszu!» – przemówił do niego Pan w widzeniu. A on odrzekł: «Jestem, Panie!»” (Dz.9, 2-20).

W całym mieście wiele plakatów wyborczych Hafiza al-Asada, prorosyjskiego prezydenta Syrii, po którym w 2000 r. przejął władzę jego syn, Baszszar al-Asad, krwawą ręką rządzący do dziś. Wtedy, w 1990 r., restrykcyjne rządy Asadów nie docierały do nas wyraźnie, ale oczy partii Baas zdawały się być wszędzie. Zapewne także w podziemiach wspomnianej kaplicy. Nasz fantastyczny i doskonale znający historię Asyrii, Syrii, Judei, Izraela przewodnik pośród nocy prowadzi nas jeszcze do miejsca, z którego rozpościera się widok na wzgórza, gdzie według przekazów mieści się grób Ismaela, przodka wszystkich Arabów, przez krew Abrahama spokrewnionych z innymi Semitami.

Palmyra ’90 3

Członkowie I Studenckiej Wyprawy Kulturoznawczej „Palmyra’90” na dziedzińcu Krak des Chevaliers

Królestwo Jerozolimskie i wafelki z Odry

Rozstajemy się przy tradycyjnym deserze Syryjczyków, kawałku ciasta kunafa (kanafeh), dodatkowo zalanego miodem. Przed świtem ruszamy w trasę, kierując się na Hims, ku najdalej na wschód wysuniętej twierdzy krzyżowców – Krak des Chevaliers. Wiodąca wśród potężnych gór droga odsłania całą surowość syryjskiego krajobrazu, przyrody niesprzyjającej ludzkim osadom. O świcie stajemy w wiosce al-Hisn, u podnóża liczącego ponad 600 metrów wzgórza, zwieńczonego potężnym zamkiem Rajmunda z Tuluzy i Tankreda z Hauteville, który w XI w., w trakcie zwycięskiej dla Zachodu pierwszej wyprawy krzyżowej, założył Królestwo Jerozolimskie. Oczywiście jesteśmy wielką atrakcją dla jej nielicznych mieszkańców. Idą w ruch nasze zasoby słodyczy – wafelki z Odry. Dzieci pierwsze przełamują opory, stary mężczyzna w spłowiałym kaszkiecie i koszuli wyłożonej na spodnie czyni znak krzyża, kiwa głową, kiedy pytamy: „Christian, Christian?”. Rzeczywiście mieszkańcy tej wioski przynajmniej odzieniem nie przypominają spotkanych po drodze muzułmanów.

Wskazujemy rękami na twierdzę i wdzieramy się na wzgórze suchą, stromą ścieżką. Szerokie kamienne schody prowadzą do wnętrza surowych, gotyckich murów, dając ochłodę przed żarem. Nikogo nie ma. Przemierzamy dziedzińce, trafiając do olbrzymiego refektarza. Echo odbija się od ścian i wtedy, zupełnie spontanicznie, z naszych ust dobywa się: „Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja! U twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja! Zyszczy nam, spuści nam. Kirielejson”. Głos niesie się w sposób niezwykły, a po skórze chodzą ciarki. Nigdy tego nie ćwiczyliśmy, choć paru studentów śpiewa w Studenckim Zespole Pieśni i Tańca „Katowice”. Jaka szkoda, że nie było wtedy smartfonów. Z mroków twierdzy wychodzimy na zalany słońcem dziedziniec i czar pryska.

Palmyra ’90 4

Baal z Ugarit Źródło: Wikipedia

Choć bliskość Libanu kusi wizją spotkania z kolejną kulturą, jest jasne, że nie dostaniemy wizy powrotnej do Syrii, zatem tłumiąc nadzieję na kolejny kęs świata, jedziemy (zgodnie z harmonogramem) ku Latakii przez Amrit, starożytną siedzibę Fenicjan. Morze na horyzoncie wzbudza nadzieję na odpoczynek od górskich, suchych i groźnych krajobrazów Syrii centralnej. I oto Latakia. Znowu palmy wzdłuż nadmorskiej promenady, ale dojazdu do wybrzeża brak. Odgradzają je olbrzymie zakłady przemysłowe, zabudowania portowe, jakieś militarne zasieki. Suniemy wolno, tracąc nadzieję na parking, ale za autokarem naszego przewoźnika jedzie jakiś rowerzysta i macha do nas rękami. Na dodatek krzyczy: „Polaki! Polaki!”. Przystajemy. Dogania nas chłopak, zeskakuje z roweru, mówi po polsku: „Ludzie, co wy tu robicie?”. To Hakim, student farmacji na UJ. W terenie nic już nie jest dla nas niewiarygodne. Zaprasza do domu swoich rodziców, właścicieli apteki w Latakii. Jak stado szerszeni obsiadamy wygodne kanapy w pięknej wilii, raczeni zimną wodą z cytryną. Na ścianach przestronnego salonu obrazy wskazujące, że rodzina Hakima nie jest muzułmańska (islam, jak judaizm, zakazuje „czynienia wizerunków”). Kulturoznawco: studiuj semiozę! Ale do morza dostępu „niet”. Kogo dziwi tu owo „niet”, niech postudiuje historię polityczną Syrii.

Wypoczęci nieco, zaopatrzeni w walutę i pouczeni przez Hakima, co można, a czego na pewno nie można w Latakii, jedziemy na kolejne wielkie, ważne stanowisko archeologiczne. Tylko 10 km od centrum tego miasta, na jego północno-zachodnich granicach, znajduje się jedno z najstarszych stanowisk antycznego Kaananu, archeologiczna perła cywilizacji Bliskiego Wschodu – Ugarit.

Wita nas pustka i cisza. Przy wejściu opuszczona bramka strażnika starożytności. Wchodzimy bez pytań, biletów i dokumentów. Przerażające, że miejsce o takiej wadze cywilizacyjnej może być penetrowane przez każdego, kto miałby np. ochotę handlować zabytkowymi rzeźbami, skorupami, całymi bryłami ugaryckich świątyń. W ciszy depczemy suchorośla i kamienie, patrząc uważnie pod nogi w obawie przed wężami i skorpionami, zaglądamy w najciemniejsze zakątki tego olbrzymiego obszaru. Nie ma przewodnika, opisów, datowań stanowiska. Jego wschodni horyzont jest jednak ograniczony, strzegą go lufy czołgów skierowane w stronę zachodnią, na wybrzeże i na południe. Co oczywiste, nie są to siły zbrojne UNESCO. Zaniedbane, porzucone, największe centrum cywilizacji kaananejskiej budzi w nas rozgoryczenie i wielki smutek. Wymiar jego „wagi” dla dziedzictwa Syrii dobrze uzmysławia jedyny w okolicy sklepik (lepianka) z wodą mineralną i tanimi konserwami, nazwany przez nas „Café Ugarit”.

Syria tamtych lat, poza wielkimi ośrodkami miejskimi, jest biedna, jakby przyczajona i przytłaczająca stagnacją, podskórnym napięciem i oczekiwaniem. Żegnamy ją, ruszając z powrotem do Turcji. Kierunek – Kapadocja.

Między Hattusas a Stambułem

Wjeżdżamy na Półwysep Anatolijski przez tzw. Wrota Cylicyjskie, prawie 1300 m n.p.m. Taurus patrzy na to chłodnym okiem. Strome ściany skał wąwozu, droga kręta i niebezpieczna, ale przed nami wymarzona Kapadocja, kraina geologicznych fantasmagorii. Wystarczy dzisiaj zerknąć na fotografie tego regionu (https://www.google.com/search?client=avast-a-1&q=kapadocja&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwiV1Kv-0OH_AhWHmIsKHdGVDyYQ0pQJegQIDRAB&biw=1536&bih=722&dpr=1.25), aby zrozumieć nasze fascynacje. Wydrążone w miękkim tufie wczesnochrześcijańskie kościoły Göreme, oszołamiające formacje skalne, których

Palmyra ’90 5

„Café Ugarit”, 1990 r.

Gaudi by się nie powstydził, podziemne miasta w okolicach Nevşehir, ziemia absolutnie niezwykła. Za nami już ponad 7 tys. km, obok nas znowu uśmiechnięci ludzie, jabłkowa herbata w cienkim szkle filigranowych szklaneczek, zaproszenia do posiadów, niezobowiązujące prezentacje przepięknych kapadockich tkanin, świetna kuchnia, wyżłobione w skałach restauracje, mieszkania i nekropole. Kapadocja odurza swym bajkowym krajobrazem, ale wzywają nas kolejne niezwykłe stanowiska Anatolii. Trzy tygodnie od wyjazdu z kraju stajemy w Hattusas, stolicy dawnego imperium Hetytów. Położone na wyniosłym, rozległym wzgórzu, otoczone murami w XVII w p.n.e. przez Hattusilisa I, stanowisko to do dziś prezentuje zachowaną w dobrym stanie tzw. Bramę Lwów, Bramę Sfinksów, cztery zespoły świątynne, wyraźne zarysy domostw, pozostałości kamiennych platform i doskonale zabezpieczony podziemny, 70-metrowy tunel, zbudowany w sztucznie usypanym, masywnym wzgórzu. Pośród nich, w centralnej części miasta uwagę przykuwa tajemniczy zielony kamień o niejasnej do dziś funkcji i pochodzeniu. Jego gładka, lśniąca w słońcu powierzchnia przyciąga niczym magnes. Kładziemy na nim dłonie, jakby w obietnicy powrotu. Niesamowite wrażenie robi też oddalone o 2 km od Hattusas skalne sanktuarium, wycięte ludzką ręką w potężnej skale. W zdyscyplinowanym rzędzie maszerują w nim hetyccy wojownicy, z mroku dziejów patrzą przed siebie władcy i bogowie imperium, zaciskając w dłoniach krótkie sztylety. Przetrwali 4 tys. lat! Pośród nich czujesz się równie mały i nieważny jak wobec ogromu pustyni, która została za nami, ale wciąż towarzyszy nam w namyśle nad ścieżkami wielkich cywilizacji.

Palmyra ’90 6

Pochód wojowników. Relief z Yazylikaya (https://whc.unesco.org/en/list/377/gallery/)

Głębokie zmęczenie terenem i warunkami podróży dopada nas w gorącej, głośnej, wielomilionowej Ankarze – stolicy Turcji. Przytłacza rozmachem. Nad smukłymi minaretami, kościołami, zamkami i pomnikami jej niegdysiejszych władców górują nowoczesne szklane wieżowce, spychając w cień dziedzictwo Lidyjczyków, Persów, Antygonidów, Greków i Bizantyjczyków. W mauzoleum Atatürka, czując się niczym „kulturoznawczy roztwór nasycony”, w którym cienkie nici teorii obrosłe ciężarem doświadczeń i wiedzy z terenu ciągną nas w dół, szukamy już tylko chłodu. A w harmonogramie jeszcze Stambuł. Nocleg nad Morzem Marmara w okolicach Izmitu i kolejny wielki ośrodek wschodniej cywilizacji, miasto Konstantyna Wielkiego – Konstantynopol. Pięknie rozłożone nad Bosforem i Morzem Marmara, na dwóch kontynentach i siedmiu wzgórzach, pyszniące się swymi klejnotami niczym cesarska nałożnica, niewątpliwie musiało wzbudzać pożądanie nie tylko krzyżowców. Daje się to zrozumieć, dopiero kiedy patrzysz na jego okazałość, obfitość wody, zieleni, willi i pałaców. W jego koronie lśni Hagia Sophia, Pałac Sułtański, Błękitny Meczet; kwiaty, fontanny, oślepiający w słońcu Złoty Róg. Zachwycające, wtedy przyjazne przybyszom miasto, pełne niespiesznie spacerujących mieszkańców i turystów, dzieci bawiących się na skwerach, cienia wysokich drzew w parkach, barów i restauracji, ulicznych sprzedawców owoców i lokalnych przysmaków. W tamtym czasie na swój sposób upajający konglomerat wielokulturowości, gdzie głosom nawołujących do modlitwy muezzinów towarzyszyły dźwięki dzwonów kościołów chrześcijańskich. Opuszczamy je z niedosytem, kierując się w stronę granicy z Bułgarią. W znaną nam już drogę powrotną, której granice okazały się do pokonania dla śniących o Babilonie zapaleńców z Koła Naukowego Kulturoznawców.

Post scriptum

Rozpoczęta w 2011 r. wojna domowa w Syrii między siłami Baszszara al-Asada a zbrojną opozycją przyniosła nie tylko śmierć i wygnanie setkom tysięcy Syryjczyków. Zniszczyła Aleppo, Damaszek, Hims, Hamę, Krak des Chevaliers, Palmyrę, ewoluując w wojnę religijną. Obecnie ponad 15 mln Syryjczyków potrzebuje pomocy humanitarnej. Islamiści z tzw. Państwa Islamskiego, przejmując dominację na sporym obszarze Syrii, wysadzili w powietrze zabytkowe obiekty, w tym Tetrapylon i ścianę Teatru Rzymskiego w Palmyrze, stare miasto w Aleppo. Zamordowali także kierującego pracami archeologicznymi w Palmyrze 82-letniego archeologa Khaleda al-Asaada. W wyniku wojny Krak de Chevaliers, dzielnica chrześcijańska w Damaszku, i dzielnica żydowska w Aleppo legły częściowo w gruzach. W 2023 r. dodatkowo Syrię nawiedziło trzęsienie ziemi, którego epicentrum znajdowało się 14 km od Antiochii Tureckiej, sięgając w skutkach także do Aleppo, Latakii, Tartus, Hims i przyczyniając się do śmierci ponad 50 tys. osób. Ofiar nikt zresztą do końca nie zliczył, bo Baszszar al-Asad nie wpuścił do kraju pomocy z zewnątrz.

Od 1990 roku Koło Naukowe Kulturoznawców przy Uniwersytecie Śląskim, konsekwentnie realizując swój program, zorganizowało następujące wyprawy:

1. Palmyra ’90 (Turcja–Syria), sierpień/wrzesień 1990.

2. Anatolia ’92 (Turcja Zachodnia), sierpień 1992.

3. Igretur ’97 (Turcja Zachodnia i Środkowa), wrzesień 1997.

4. Hellada ’98 (Grecja: Kreta), wrzesień 1998.

5. France – Sud ’99 (Francja Środkowa i Południowa, Włochy Płn.), wrzesień 1999.

6. Kapadocja 2000 (Turcja), wrzesień 2000.

7. Grecja: Kreta 2001 (Grecja z Peloponezem, Kreta), sierpień 2001.

8. Krym 2002 (Ukraina Zachodnia, Krym), lipiec/sierpień 2002.

9. Kara Deniz 2004 (Turcja centralna), sierpień 2004.

10. Hellas 2006 (Grecja lądowa i Peloponez), sierpień 2006.

11. Italia 2007 (od Wenecji do Paestum), sierpień 2007.

12. Kapadocja 2008 (Półwysep Anatolijski), sierpień 2008.

13. Iberiada 2009 (Hiszpania – Portugalia), sierpień 2009.

14. Bałkański do syta 2010 (Macedonia, Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Albania, Chorwacja), sierpień 2010.

15. Grecja: Kreta 2011 (Grecja lądowa, Kreta), sierpień 2011.

Miesięczne lub trzytygodniowe letnie ekspedycje uzupełniono o krótkoterminowe wycieczki dydaktyczne, szczególną uwagę poświęcając ważnym dla dziedzictwa kulturowego bądź mało znanym katowickim kulturoznawcom, a istotnym dla kultury europejskiej ośrodkom ościennym: 1. Wenecja – Werona – Rawenna (Włochy Północne), kwiecień/maj 1998. 2. Lascaux – Crô-Magnon (Francja), kwiecień/maj 1999. 3. Rzym (Włochy Północne i Środkowe), kwiecień/maj 2001. 4. Dordogne (Francja), kwiecień/maj 2002. 5. Sankt Petersburg (Litwa, Łotwa, Rosja), kwiecień/maj 2003. 6. Transylwania (Rumunia Zachodnia, Bukareszt), kwiecień/maj 2006. 7. Litwa – Łotwa – Estonia, kwiecień/maj 2007. 8. Śladami Drakuli (Transylwania – Bukareszt), kwiecień/maj 2008. 9. Wilno – Ryga – Tallin – Sankt Petersburg, kwiecień 2009.

Więcej informacji: https://rebus.us.edu.pl/bitstream/20.500.12128/6085/4/Wezowicz-Ziolkowska_Historia_najstarszych_studenckich_kol_naukowych.pdf

Dr hab. Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska, prof. UŚ, Uniwersytet Śląski, Instytut Nauk o Kulturze

Wróć