logo
FA 7-8/2023 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Mocny sygnał w postaci RODO

Ostatnimi czasy mimo wojen wcale nie przycichły sprawy związane z rozmaitymi pomysłami Unii Europejskiej, w tym zwłaszcza z tak zwaną ochroną danych osobowych, niezbyt trafnie określaną jako RODO, czyli „Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r.”, a w skrócie: rozporządzenie o ochronie danych osobowych, chodzi bowiem zarówno o sam przepis, jak i jego realizację, a przede wszystkim o cele i okoliczności funkcjonowania, przez prawodawcę zamierzone, lecz sprawiające wrażenie maski stworzonej dla systemu rzeczywistego.

Jak dotąd nie mówi się o prawdziwych przyczynach rozwijania ochrony danych osobowych i o praktyce jej stosowania, a idącej w niepokojącą stronę, również o już widocznych skutkach, i to nie tylko finansowych (które są ogromne), lecz społecznych, kulturalnych i w zakresie funkcji rozmaitych organizacji – od sieciowych i informatycznych, takich jak Facebook, Twitter, Instagram, po gospodarcze i rządowe.

Pewnie dlatego, że każdy ruch w Internecie, handlu, banku, biurze jest, jakby wbrew RODO, jednak skrzętnie notowany, a wszystkie te dane są przechowywane i analizowane – od małych zbiorów w firmach po giganty ponadpaństwowe. W tej mierze za największą władzę uchodzą systemy komputerowe, takie jak od 1975 roku Microsoft czy Apple. Zastąpiły bezpiekę i wywiad. Od dawna też nie są jedyne. O wielu nigdy się nie dowiemy, choć to one notują niemal każdą naszą myśl.

Od początku światowej komputeryzacji powstawały rozmaite ciała „społecznościowe”, stosujące coraz rozleglejsze i sprytniejsze mechanizmy wyciągania od ludzi informacji dotychczas niepisanych. Najdalej pod względem wnikliwości zaszły wszelkie Facebooki, Twittery, Instagramy. Kto się dostanie w ich pułapkę (to jest niewinnie się do nich zapisze), ten prędzej czy później zdradzi wszelkie o sobie dane, i to wnikliwsze niż te znane domownikom. Organizacje, gromadząc niezwykle wartościową (w dolarach) wiedzę dla światowej produkcji i dla handlu, zdobywają ją z tego, co ludzie – uwaga! – za darmo i dobrowolnie dostarczają w formie pozornie powierzchownej i chwilowej (typu „ciotka z wujkiem na plaży” albo „koniec roku w naszej szkole”). Od pół wieku informatyka światowa tworzy coraz lepsze algorytmy opisywania osób, ich adresów, mentalności, podatności na różne czynniki, światopoglądów, języka i stylu. Niektóre wiążą się z reklamą, inne są wywiadowcze.

Stosowane przeciw nim antidota dotyczą tylko ochrony instytucji i państw. Pojedyncze osoby są nagie, bezbronne, a władza wie o nich dużo więcej, niż się komukolwiek śni. Pamiętam, jak w 1988 roku (35 lat temu!), mając przerwę w odbywaniu stypendium w klinice w Evergreen Hospital w Kirkland (wtedy był to jeden ze szpitali University of Washington, Seattle, WA), postanowiłem zwiedzić północ Meksyku, a tam Tijuanę, i na granicy USA – Meksyk zaniepokojony zjechałem z trasy, kierując się do budynku straży granicznej. Wyjazd z USA stał bowiem otworem, ale gołym okiem widziałem niewyobrażalną kolejkę z Meksyku do Stanów, ginącą hen, na horyzoncie. Zapytałem strażników, czy po wyjeździe do Meksyku będę mógł wrócić. Poproszono o paszport, coś zeskanowano i po minucie opowiedziano mi szczegółowo, gdzie dotychczas w USA byłem, co robiłem przez ostatnie pół roku, a następnie, żebym wracając z Meksyku wybrał wąską drogę bokiem i broń Boże się nie zatrzymywał, bo system sam mnie wpuści przez bramkę do USA. Wszystko o mnie wiedzieli! Każdy godzinny pobyt u znajomego, zmianę hotelu na inny, spacer po Kirklandzie, moje ulubione potrawy, którą sztukę obejrzałem na Broadwayu!

No i teraz myślę o tym europejskim RODO. Wprowadzenie go nie ułatwia działania organizacjom, a już zdecydowanie utrudnia komunikację osobistą. Jeśli na przykład (podaję wariant często spotykany) chcę wykorzystać czyjś tekst i zgłaszam się do organizacji autorów (takiej jak polski ZAiKS), żeby uzyskać kontakt ze spadkobiercami praw autorskich, to nie zdobędę. RODO zakazuje. Hamulec kultury. Chcę odnaleźć adres przyjaciela ze studiów, to nie uda mi się bez gruntownego śledztwa, ta sprawa zajmie mi miesiące. W żadnej instytucji się nie dowiem. Hamulec przyjaźni.

W Wikipedii trwa właśnie likwidowanie zdjęć twarzy osób żyjących lub zmarłych niedawno, rzekomo w imię ochrony praw autorskich fotografów, choć służy to neomarksistowskiemu ograniczaniu autorytetów niezwiązanych z unijną władzą.

Wszyscy są straszeni konsekwencjami rzekomego naruszania czyjejś prywatności. Prawo każe prosić osoby o zgodę na informowanie (są gotowe formułki do wstawiania w tekstach), ale nie mówi, jak należy informować. Przybrało to formy tak karykaturalne, że zmusza do stawiania pytań typu cui bono? i wygląda jak jedna wielka hipokryzja unijno-urzędnicza.

Ale może chodzi o coś jeszcze gorszego – o celowe atomizowanie społeczeństwa, o obniżanie poziomu, ilości i jakości relacji międzyludzkich, łącznie z niepodawaniem informacji ratujących życie, gdy liczy się każda sekunda zwłoki, takich jak na karcie przy łóżku w szpitalnym Oddziale Intensywnej Opieki, która – jak widzę w szpitalach – albo jest pusta, albo zaszyfrowana.

Ba, to wygląda na pozbawianie oparcia społecznego w sprawach małych i łatwych, więc i trudnych, życiowych; na realizację postulatu ściągnięcia społeczeństwa na sam dół, do funkcji bytowania prostego, a zarazem niezwykle łatwego do manipulowania i rządzenia przez garstkę władców; na przejaw nowej formy komuny.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć