logo
FA 7-8/2023 życie akademickie

Marek Misiak

Fakty i faktoidy

Fakty i faktoidy 1

Rys. Sławomir Makal

Jako redaktor wynajmowany do oszlifowania językowej warstwy książki czy artykułu nie mam możliwości zablokowania publikacji i nigdy o takiej władzy nie marzyłem. Tego rodzaju decyzje może podejmować np. redaktor prowadzący w wydawnictwie, jeśli materiał przedstawiony przez autora w rażący sposób nie odpowiada oczekiwaniom wydawnictwa. Mam natomiast obowiązek poinformować autora lub wydawcę o moich wątpliwościach. Bywa, że się mylę, ale zdarza się też, że autor przystępuje do przeróbek lub przynajmniej wyjaśnia, skąd czerpał informacje i jak ocenia ich wiarygodność.

Podstawowym zadaniem redaktora pracującego w wydawnictwie publikującym książki i czasopisma naukowe jest praca nad językową szatą poprawianych tekstów. Tym m.in. redakcja językowa różni się od naukowej, w tej drugiej redaktor może być współtwórcą książki na równi z autorami poszczególnych jej części. Redaktor naukowy, dzięki specjalistycznej znajomości danego zagadnienia (a nierzadko także szerokiej orientacji w wielu dziedzinach), jest w stanie nie tylko wychwycić błędy i niedostatki merytoryczne autorów, ale także pomóc im rozwijać warsztat, a nawet odpowiednio ukierunkować ich jeszcze na etapie planowania całej publikacji i pisania rozdziałów lub artykułów na nią się składających. Redaktor językowy zaś może po prostu nie znać się na danym obszarze ludzkiej wiedzy, choć zdarzają się specjaliści jednocześnie dobrze znający obcy język, którzy dorabiają sobie w taki sposób. Jeśli tylko na podstawowym poziomie rozumie tekst, nie musi się znać, gdyż w założeniu o warstwę treściową zadbali wcześniej recenzenci lub redaktor naukowy. Nie są w mojej pracy rzadkością sytuacje, gdy wychwytuję w artykule lub książce na temat, w którym się nie orientuję, sprzeczności widoczne nawet dla laika (np. używanie tego samego terminu w dwóch różnych znaczeniach bez wyjaśnienia), jednak „znalezisk” tego rodzaju jest stosunkowo niewiele w porównaniu z liczbą ujawnionych usterek językowych oraz poprawek koniecznych dla dostosowania tekstu do takiej lub innej konwencji wydawniczej. Ponadto zazwyczaj mogę jedynie zadać pytanie lub wyrazić wątpliwość, nie zaś modyfikować na własną rękę treść wywodu. Autor, sprawdzając potem raz jeszcze całość, mógłby po prostu nie zauważyć, że w danym miejscu coś ważnego się zmieniło, zwłaszcza w bardzo obszernym tekście, i przeinaczenie zostałoby wykryte dopiero, gdy byłoby już za późno.

Zdarza się jednak – częściej przy redagowaniu publikacji popularnonaukowych, ale czasem także naukowych, zwłaszcza z obszaru humanistyki – że w trakcie redagowania, a czasem nawet zwykłej korekty, napotkam na element, który zaniepokoi mnie ze względów czysto merytorycznych, nie zaś językowych. Może to być szczegół, który widzę tylko ja i może kilka innych osób na świecie o podobnie ekscentrycznych zainteresowaniach i dobrej pamięci do szczegółów, ale bywa, że moim zdaniem problem tkwi w samym podejściu do tematu. Sytuacje drugiego typu mają rzecz jasna miejsce wyraźnie rzadziej. Żeby kwestionować same założenia lub logikę wywodu, trzeba mieć dobre argumenty, bo jeśli autor lub wydawca da się przekonać, będzie to oznaczać konieczność głębokich i czasochłonnych przeróbek tekstu, a nawet napisania niektórych jego partii od nowa. Podam tu zatem kilka przykładów interwencji redaktorskich związanych z konkretnymi informacjami podanymi w redagowanych przeze mnie publikacjach. Pochodzą one głównie z artykułów i książek popularnonaukowych lub wręcz publicystycznych, aby zrozumienie istoty przytaczanych błędów nie wymagało głębszej orientacji w żadnej konkretnej dziedzinie.

Prawdziwe fakty

W kilku artykułach przeznaczonych do czasopism i portali poświęconych kinu zetknąłem się z bezkrytycznym przyjmowaniem przez autorów deklaracji twórców filmów i seriali, że ich dzieła są „oparte na faktach”. Jak się zdaje, wciąż wielu publicystów i recenzentów – nie mówiąc już o zwykłych widzach – nie zdaje sobie sprawy, że formuła „based on true events” po pierwsze do niczego pod względem prawnym nie zobowiązuje, a po drugie sporo zależy od tego, jak rozumiemy tu „prawdziwe wydarzenia/fakty”. Niektórzy scenarzyści zdają się zrównywać w prawach ustalone fakty i całkowicie subiektywne, niepotwierdzone w żaden inny sposób relacje i twierdzenia. Niektóre filmy i seriale powinny być raczej reklamowane jako „based on unsubstantiated claims” lub (pozwolę sobie na odrobinę złośliwości) „based on assertions vaguely resembling facts”. Stąd biorą się np. filmy o duchach reklamowane jako oparte na faktach, najlepszym przykładem jest tu chyba Demon: Historia prawdziwa (An American Haunting, USA-Wielka Brytania-Kanada-Rumunia 2005, reż. Courtney Solomon; do przykładu tego jeszcze powrócę). Wielu autorów zdaje się też nie rozróżniać sformułowań „oparte na faktach” i „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” (inspired by true events); choć druga wersja także nie zobowiązuje twórców do jakiejkolwiek wierności czemukolwiek (chyba że wynika to z odrębnych umów), stanowi przynamniej formę przyznania się, że materiał wyjściowy został potraktowany swobodnie (niezależnie od tego, czy wcześniej był wiarygodny).

Wspomniałem wyżej o błędach tak szczegółowych, że moim zdaniem dostrzeże je (zwłaszcza w lżejszym, bardziej rozrywkowym tekście) tylko sam redaktor, ale zawodowa i intelektualna uczciwość nakazuje mimo wszystko zwracać na nie uwagę. Pojawiają się one często poza głównym wywodem i dlatego umykają uwadze autorów lub redaktorów, którzy pracowali nad danym materiałem wcześniej. Dobrym przykładem są kwestie związane ze scenerią opisywanych wydarzeń. Z niektórych tekstów o niezidentyfikowanych obiektach latających wynika zatem (lub jest to implikowane), że Roswell (miasto w USA znane z rzekomej katastrofy UFO 2 lipca 1947 roku) znajduje się w stanie Nevada (w rzeczywistości w Nowym Meksyku, który nie graniczy z Nevadą), że jest małym, sennym miasteczkiem (ma ponad 50 tysięcy mieszkańców i jest stolicą hrabstwa) i że Strefa 51 znajduje się na jego przedmieściach (miejsce rzekomej katastrofy jest ok. 120 kilometrów od Roswell, a Strefa 51 ponad 1000 kilometrów dalej, w Nevadzie). Miałem też okazję redagować artykuł o postaci czarownicy w kulturze, którego autor był przekonany, że Salem w stanie Massachusetts to małe, zagubione w gęstych lasach miasteczko. Faktycznie pod koniec XVII wieku (akcja Czarownic z Salem Arthura Millera rozgrywa się w 1692 roku) była to niewielka osada, ale też w ogóle teren dzisiejszych Stanów Zjednoczonych był jeszcze słabo zaludniony (i to uwzględniając First Nations). Współcześnie jednak Salem ma ponad 50 tysięcy mieszkańców i leży w obszarze metropolitalnym Wielkiego Bostonu (Greater Boston); znajduje się tam nawet uniwersytet. Możliwe, że autorzy pomylili Salem w Massachusetts z którąś z innych miejscowości o tej nazwie w USA (jest ich ponad czterdzieści w ponad dwudziestu stanach), ale z egzekucji czarownic znane jest tylko jedno Salem, gdzie (co także zdarza się autorom mylić) skazane osoby wieszano, a nie palono na stosie (ta druga metoda stosowana była w Europie i Ameryce Łacińskiej). Raz zdarzyło mi się natomiast przyłapać autora na ewidentnym już niedoinformowaniu, właśnie w kontekście lokacji. Autor bloga podróżniczego wspomniał mimochodem, że chciał odwiedzić farmę w Waidhofen w Bawarii, gdzie w 1922 roku nigdy nieustalony sprawca zabił sześć osób. Sęk w tym, że farmę tę zburzono rok po zbrodni; na tym miejscu znajduje się dziś pole uprawne i kapliczka poświęcona ofiarom.

Wie, ale skąd?

Obiecałem powrócić do amerykańskiego filmu grozy o demonie, który rzekomo został oparty na faktach. Przykład ten dobrze ilustruje problem, który czasem staje się zarzewiem poważnych sporów redaktorów z autorami. Chodzi o stosunek do źródeł. Wydarzenia pokazane w filmie miały rzekomo miejsce w stanie Connecticut w latach 1816–1818, ale pierwszy ich opis pojawia się dopiero w artykule opublikowanym w bostońskiej gazecie w latach 70. XIX wieku. Wszystkie dalsze publikacje na ten temat odsyłają do tego artykułu, ale on sam nie odsyła do niczego, jego autor nie powołuje się nawet na żadne ustne relacje (inna sprawa, że świadkowie – nawet gdyby tacy istnieli – dawno by już wówczas nie żyli). Po prostu wie, ale skąd? Podobny problem napotkałem, gdy otrzymałem do zredagowania cykl artykułów na temat historii nowych ruchów religijnych w Polsce (mowa tu o grupach zwanych też w literaturze fachowej grupami psychomanipulacyjnymi lub destrukcyjnymi – religia może być w nich tylko środkiem takiej manipulacji lub zasłoną dymną, stąd unika się określenia „sekta”). Problemem w pisaniu o takich ruchach, zwłaszcza tych aktywnych w latach 90. – nawet na poziomie czysto publicystycznym – jest szczupłość i niska wiarygodność źródeł. Autorzy wcześniejszych publikacji mówią o zdarzeniach, miejscach i ludziach, ale nie sposób zweryfikować tych informacji i bezkrytyczne powoływanie się na nie jest ryzykowne. Jeśli władze nie zgromadziły akt, które mogłyby udostępnić (gdyż nie zostało popełnione żadne przestępstwo), a z ewentualnymi świadkami nie sposób się skontaktować (jeśli jeszcze żyją) lub nie chcą mówić, względnie autor po prostu nie podchodzi do tematu aż tak gruntownie i nie pozyskuje informacji z pierwszej ręki, to redaktor może jedynie albo odmówić poprawiania takiego materiału, albo nie stosować do niego kategorii prawdy i nieumotywowanego stwierdzenia albo wiarygodności/niewiarygodności.

W publikacji, która trafiła w moje ręce, dobrym przykładem omawianego problemu była sekcja poświęcona grupie Antrovis (pełna nazwa: Międzynarodowe Centrum Odnowy Ludzi i Ziemi „Antrovis”). Wiarygodne są informacje, że grupa działała we Wrocławiu (tu została zarejestrowana) i że na pewno była aktywna w latach 1990–1994 (okres między zarejestrowaniem i wyrejestrowaniem stowarzyszenia o tej nazwie). Z różnych źródeł można też poznać personalia założyciela i prezesa tego stowarzyszenia. Jednak dalsze „fakty” okazały się – niczym artykuł o demonie w bostońskiej gazecie – głównie mało wiarygodnymi doniesieniami prasowymi. Nie wiadomo, czy Antrovis powstał na początku, w połowie, czy pod koniec lat 80., czy też dopiero w 1990 roku. Autor artykułu pisał, że oddział Antrovisu powstał w Warszawie, a jego sympatycy działali m.in. w Krakowie, Poznaniu, Szczecinie oraz wśród Polonii w Niemczech i Holandii, ale nie był w stanie przedstawić innego dowodu istnienia tej rozgałęzionej siatki niż jeden artykuł z lokalnej prasy o sensacyjnym wydźwięku. Pracowałem przez szereg lat jako dziennikarz i wiem z praktyki, że papier – zwłaszcza tani – przyjmie naprawdę wszystko. Po rozwiązaniu stowarzyszenia w Polsce założono rzekomo nową centralę ruchu w Lubece. Twierdzenia tego w ogóle nie udało się potwierdzić ani w publikacjach polskich, ani niemieckich, podobnie jak funkcjonowania warszawskiego oddziału Antrovisu do 1998 roku. Jednak najbardziej kontrowersyjny okazał się passus o zaginionym w sierpniu 1993 roku szesnastolatku mającym rzekomo wcześniej kontakty z Antrovisem. Zaginięcie to jest faktem potwierdzanym przez policję, ale sugestie o powiązaniach tej tragedii z omawianym ruchem opierają się na twierdzeniach niewiadomej proweniencji (być może ich źródłem byli bliscy zaginionego lub policja, ale nie ma co do tego żadnej pewności), że w rzeczach zaginionego znaleziono publikacje wydane przez Antrovis lub jego dotyczące. Sugerowanie, że dana grupa ludzi, choćby wyznająca niepokojące, apokaliptyczne poglądy, jest związana z nigdy niewyjaśnionym zaginięciem, to poważne oskarżenie, wymagające uwiarygodnienia czymś więcej niż artykuły w codziennej czy kolorowej prasie. Niestety twierdzenia te powtórzyło też kilkoro autorów prac naukowych na temat zjawiska nowych ruchów religijnych w Polsce, co zwiększa prawdopodobieństwo, że będą nadal krążyły zarówno w obiegu naukowym, jak i medialnym jako bezsporne fakty.

Człowiek, który wątpi

Jako redaktor wynajmowany do oszlifowania językowej warstwy książki czy artykułu nie mam rzecz jasna możliwości zablokowania publikacji i nigdy o takiej władzy nie marzyłem. Tego rodzaju decyzje może podejmować np. redaktor prowadzący w wydawnictwie, jeśli materiał przedstawiony przez autora w rażący sposób nie odpowiada oczekiwaniom wydawnictwa. Mam natomiast obowiązek poinformować autora lub wydawcę (zależnie jaki model komunikacji przyjęto w danym wypadku) o moich wątpliwościach. Bywa, że okazuje się, że to ja się mylę, ale zdarza się też, że autor przystępuje do przeróbek lub przynajmniej wyjaśnia, skąd czerpał informacje i jak ocenia ich wiarygodność. Ocenianie czyjegoś warsztatu dziennikarskiego (a już zwłaszcza naukowego) czy szerszy fact-checking wymaga czegoś więcej niż kompetencje czysto redakcyjne, jestem zatem w takich sytuacjach tym, który pyta, nigdy sędzią. Dlatego redaktor językowy oprócz posiadania wiedzy fachowej powinien być po prostu solidnie oczytany, prawdopodobieństwo wychwycenia niedociągnięć merytorycznych w tekstach na różne tematy znacząco wówczas rośnie. Zdarza mi się pracować na tekstach bardzo nastrojowych, przy lekturze których także fachowiec może dać się ponieść narracji, tak jak dają jej się ponieść niektórzy autorzy. Rolę redaktora można w tym kontekście określić tytułem radzieckiego filmu „człowiek, który wątpi” (Человек, который сомневается, ZSRR 1963, reż. Leonid Agranowicz, Władimir Siemiakow). Nawet tekst stricte dziennikarski i obliczony na dostarczenie czytelnikowi rozrywki na poziomie odbiorca może potraktować poważnie. Fascynujące narracje można nabudowywać na prawdzie, ale nigdy jej kosztem.

Wróć