logo
FA 7-8/2023 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie inflacje i recesje

Akademickie inflacje i recesje 1

Rys. Sławomir Makal

Stosunkowo największa inflacja dotknęła nie stopnia naukowego doktora i tytułu profesora, lecz stopnia magistra. Osoby ze stopniem magistra w różnych dyscyplinach co roku tłumnie opuszczają mury uczelni i tylko o niewielu z nich można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że są już mistrzami „w swoim fachu”.

Jest rzeczą normalną, że w życiu tak wiele rzeczy się zmienia. Rzecz jasna nie w każdym przypadku nas to martwi. Problem zaczyna się w momencie, gdy te zmiany oznaczają odchodzenie w przeszłość tego, do czego przywiązujemy wagę, i zastępowanie tym, co stanowi jedynie namiastkę. Co gorsza niejednokrotnie nie potrafimy takim zmianom zapobiec.

Kilka wstępnych uwag

Pojęciem inflacja do określenia procesów występujących w gospodarce zaczęto się posługiwać stosunkowo późno, bowiem dopiero w 1838 r. w Stanach Zjednoczonych. Rzecz jasna nie oznacza to, że takie procesy nie występowały już dużo wcześniej. Na potrzeby tych rozważań większy „koloryt” zdaje się posiadać wywodzące się z łacińskiego inflare znaczenie etymologiczne, oznaczające tyle, co nadmuchiwanie. Można jednak mówić o występowaniu związku między „nadmuchiwaniem cen” i „nadmuchiwaniem” akademickich wartości i wielkości. W akademickim życiu występowało ono już w pierwszych wiekach istnienia uniwersytetów. Jego wyrazem było nie tylko określenie uniwersytet, oznaczające (z łac. universitas) całość, mimo że nie prowadzono na nim ani całościowych badań, ani całościowego kształcenia, ale także określenie alma mater oznaczające matkę żywicielkę; była to jednak taka „matka”, która lepiej żywiła jednych (należała do niej przede wszystkim kadra nauczająca), natomiast znacznie gorzej innych (marne warunki akademickiego życia były udziałem wielu studentów na wielu różnych uniwersytetach).

Swoiste „nadmuchiwanie” wielkości występowało i występuje również w akademickiej tytulaturze, żeby na przykład przywołać przysługujący wszystkim rektorom tytuł: magnificus (łac. wspaniały). Zapewne niejeden członek akademickiej społeczności miał i ma do czynienia z rektorami, którym dosyć daleko było i jest do wspaniałości w pełnieniu tej funkcji. Uwagi te można uznać za „czepianie” się akademickiej nomenklatury, a nawet domaganie się cofnięcia akademickim wielkościom kredytu zaufania i uznania, jakim obdarzała i obdarza ich akademicka społeczność. Rzecz jednak w tym, że taki kredyt powinien być starannie „ważony” i spotykać się z odmową jego udzielenia wówczas, gdy jest obarczony dużym ryzykiem niespłacalności. W gospodarce łączy się to niejednokrotnie z recesją gospodarczą. Natomiast w akademickim życiu m.in. ze spadkiem liczby studentów oraz prestiżu akademickiego studiowania i wykształcenia. Zjawisko to występuje obecnie w naszym kraju.

Urodzaj uniwersytetów

W pierwszych wiekach akademickiego życia nie tylko uniwersytetów było niewiele, ale także kształciły one stosunkowo niewielką liczbę studentów. Łatwo się o tym naocznie przekonać, odwiedzając stosunkowo skromne rozmiarami najstarsze części takich uniwersytetów jak: boloński (powstał w 1088 r.), paryski (powstał ok. 1150 r.), czy oksfordzki (powstał w 1167 r.). Ich tworzenie obwarowane było takimi ograniczeniami jak posiadanie odpowiedniej kadry do nauczania na co najmniej kilku wydziałach. W tzw. ustroju sorbońskim były to cztery wydziały, tj. sztuk wyzwolonych (artes liberales), prawa kanonicznego, medycyny i teologii. Trzeba było również uzyskać zgodę papieską na ich powołanie, a o nią było szczególnie trudno wówczas, gdy wiązało się to z przekształceniem szkół katedralnych w uniwersytety lub powoływanie ich jako instytucji konkurencyjnych dla tych szkół. Jeśli te ograniczenia udawało się pokonać, to pozostawała jeszcze kwestia uzgodnienia z lokalnymi społecznościami ich miejsca w ówczesnych strukturach życia gospodarczego. Niejednokrotnie odbywało się to poprzez upodobnienie funkcjonowania uniwersytetów do funkcjonowania istniejących korporacji cechowych i traktowania tzw. usług edukacyjnych w podobny sposób jak traktowano wytwarzanie i sprzedawanie towarów przez rzemieślników lub pośredników. W efekcie tych i innych jeszcze ograniczeń w całej Europie w miarę upływu czasu uniwersytetów wprawdzie przybywało, jednak bardzo powoli. Ich liczba przez kilka pierwszych stuleci mało komu może dzisiaj imponować. Do końca XV wieku było ich zaledwie 29. W XVIII wieku były wprawdzie już 143 uniwersytety, z tego 34 w krajach niemieckich, jednak na niemieckich uczelniach w tamtym stuleciu studiowało w sumie w jednym roku akademickim nie więcej niż 8 tys. studentów.

Dopełnieniem akademickiego krajobrazu były pojawiające się począwszy od XVII wieku akademie. Pierwszą była założona w 1635 r. z inicjatywy kard. Richelieu Akademia Francuska. Stanowiły one korporacje zawodowe, skupiające nieliczną grupę uczonych. Członków Akademii Francuskiej było i jest 40 (i nie może być ich więcej), to członkostwo jest dożywotnie, a nowi członkowie mogą być wybierani na ten jej „fotel”, który został zwolniony po śmierci osoby, która go wcześniej zajmowała. Ten model akademii był później powielany z niewielkimi modyfikacjami również w innych krajach, także w Polsce.

W XVIII wieku zarówno stare, jak i nowe uniwersytety przeżywały trudny okres, związany nie tyle z pojawieniem się konkurencji, jaką były akademie, co przede wszystkim ze stawianiem przez ich kadrę w większym stopniu na akademickie przywileje (nazywane akademickimi wolnościami) niż na akademickie obowiązki. To „nadmuchiwanie” przywilejów sprawiło, że nie tylko zaniedbywano prowadzenie badań naukowych, ale także kształcenie studentów. Dotyczyło to zarówno cieszących się wcześniej dobrą opinią uczelni zachodnich, jak Uniwersytet Oksfordzki, a także tych, które funkcjonowały w krajach Europy Środkowej. Jak to wyglądało na Uniwersytecie Krakowskim, przedstawił Hugo Kołłątaj w swoim Raporcie z wizytacji Akademii Krakowskiej odbytej w r. 1777. W jego świetle uczelnia ta „przez dwa wieki była prześladowana przez jezuitów”, co sprawiło, że na Wydziale Filozoficznym zaniedbywano nauczania „użytecznej metafizyki”, a na Wydziale Medycznym w nauczaniu nie posługiwano się żadnym „szkieletonem”. Istotne zmiany na uczelniach zachodnich nastąpiły w drugiej połowie XIX stulecia, przede wszystkim za sprawą sił społecznych, które od uczonych i uczelni oczekiwały wykształcenia przydatnego w mającej wówczas miejsce prawdziwej rewolucji gospodarczej. Oznaczało to nie tylko istotne zmiany w programach kształcenia (wyrażające się m.in. we wprowadzeniu nauk inżynieryjnych), ale także konieczność powołania wielu nowych uczelni, które stawiały przede wszystkim na nauki stosowane. W efekcie zaczęła dosyć szybko wzrastać zarówno liczba uczelni, jak i kształconych studentów.

Dzisiaj w krajach zachodnich funkcjonuje wiele uczelni o zróżnicowanym profilu kształcenia i prowadzonych badań. Przykładowo: w Wielkiej Brytanii jest ich ponad 180, w tym ponad 90 uniwersytetów. W opublikowanym w 1963 r. Raporcie Robbinsa stwierdza się, że są to takie instytucje, których celem jest realizowanie „zrównoważonego systemu nauczania umiejętności, promowania ogólnych zdolności umysłowych, kształcenia nie tyle specjalistów, co raczej kulturalnych mężczyzn i kobiet, oraz utrzymywania równowagi między badaniami naukowymi i nauczaniem”.

W przedrozbiorowej Polsce były tylko trzy uniwersytety – w Krakowie, Lwowie i Wilnie. W okresie międzywojennym było w sumie 28 wyższych uczelni, w tym 6 uniwersytetów. Jeszcze w 2014 r. było ich jedynie 18. Ich liczba zaczęła się gwałtownie zwiększać po wprowadzeniu w 2018 r. nowych regulacji prawnych, nazywanych Ustawą 2.0 lub Konstytucją dla Nauki. Okazało się, że ustawowy zapis, iż nazwą „uniwersytet” mogą się posługiwać „uczelnie akademickie posiadające kategorię naukową A+, A albo B+ w co najmniej 6 dyscyplinach naukowych lub artystycznych, zwanych dalej «dyscyplinami», zawierających się w co najmniej 3 dziedzinach nauki lub sztuki”, nie jest aż tak trudny do spełnienia. Nie podaję aktualnej liczby polskich uczelni, które obecnie występują pod szyldem uniwersytetu, bowiem ciągle ich przybywa. Powiem jedynie, że w samym Poznaniu jest obecnie pięć uniwersytetów oraz filia Uniwersytetu SWPS. Mam poważne wątpliwości, czy za tym przyrostem liczby uniwersytetów nadąża przyrost odpowiednio kwalifikowanej kadry akademickiej.

Urodzaj doktorów i profesorów

Stosunkowo największa inflacja dotknęła jednak nie stopnia naukowego doktora i tytułu profesora, lecz stopnia magistra. W pierwszych wiekach funkcjonowania uniwersytetów termin łaciński magistri oznaczał akademickiego mistrza, wprawdzie mistrza nauczania, jednak w tamtym czasie na uniwersytetach na pierwszym miejscu stawiano kształcenie studentów. Dzisiaj osoby ze stopniem magistra w różnych dyscyplinach co roku tłumnie opuszczają mury różnych uczelni i tylko o niewielu z nich można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że są już mistrzami „w swoim fachu”.

Stopień doktora pojawił się w życiu akademickim wprawdzie nieco później, jednak również łączył się z uzyskiwaniem kwalifikacji do uniwersyteckiego kształcenia (łac. licentia ubique docendi). Jego uzyskiwanie wyglądało wprawdzie różnie w różnych dyscyplinach, jednak z czasem ono również spowszechniało na tyle, że dzisiaj w wielu krajach jego skrót: „dr” pojawia się przed nazwiskami wielu osób i niejednokrotnie trudno się potencjalnym pracodawcom zorientować, czy zgłaszający się do nich na rozmowę o pracę „dr” już jest, czy jeszcze nie jest specjalistą od czegoś. W Stanach Zjednoczonych jeszcze na początku XX wieku były tak liberalne przepisy, że praktycznie każda uczelnia mogła nadawać stopień doktora, co prowadziło do tego, że amerykańskie doktoraty nie cieszyły się poważaniem w Europie. Tej inflacji stopnia doktora próbowało przeciwdziałać Stowarzyszenie Amerykańskich Uniwersytetów, doprowadzając do wyłonienia 14 uniwersytetów, które nadawały doktoraty naukowe. W Wielkiej Brytanii wprowadzono różnicowania doktoratów, dodając do nich takie określenia jak: Doctor of Divinity, Doctor of Music, Doctor of Civil Law czy Doctor of Medicine. W Niemczech wprowadzono wymagania, aby osoba ubiegająca się o stopień doktora nie tylko sama prowadziła badania naukowe, ale także brała udział (niejednokrotnie przy zatrudnieniu na pół etatu) w pracach badawczych profesorów. Stosunkowo często stosowanym rozwiązaniem było wprowadzenie kilkuletnich studiów doktoranckich. W wielu jednak przypadkach nie kończyły się one przygotowaniem i obroną doktoratu. Tak było również w naszym kraju. O małej efektywności studiów doktoranckich dyskutowano na konferencjach poprzedzających przyjęcie Ustawy 2.0. W efekcie znalazł się w niej zapis mówiący, że studia doktoranckie odbywają się w Szkołach Doktorskich, a do ich prowadzenia uprawnione są podmioty posiadające co najmniej dwie dyscypliny naukowe, które w parametryzacji otrzymały kategorię naukową „nie niższą niż B+”. Takich podmiotów już wcześniej było wiele, a po ostatniej parametryzacji dyscyplin naukowych ich liczba znacznie wzrosła. Być może w dłuższej perspektywie przełoży się to na wzrost liczby osób ze stopniem doktora. Mam jednak poważne wątpliwości, czy przełoży się to również na wzrost poziomu doktoratów.

W różnych krajach różnie wyglądała i wygląda polityka nadawania tytułu profesora. Są takie, w których jest ostrożnie „dawkowany”, aby nie zaszkodzić jego prestiżowi (należą tu m.in. Niemcy). Są również takie, w których rozdawany jest hojnie. Jednak z reguły dodaje się w nich takie dookreślenia, jak „profesor asystent”, „profesor stowarzyszony” czy „profesor kontraktowy”, oznaczające zwykle pomocniczą kadrę akademicką. W krajach zachodnich występuje również zróżnicowanie kategorii profesorów będących samodzielnymi pracownikami akademickimi. We Włoszech określeni są oni jako profesorowie zwyczajni (professori ordinari) i dzieleni na pięć kategorii, przy czym tych, którzy posiadają najwyższą kategorię, jest stosunkowo niewielu. We Francji tytuł profesora przysługuje także nauczycielom szkół średnich. Jednak odróżniani są oni od profesorów uniwersyteckich (professeurs des universités), a ci ostatni różnicowani są na trzy klasy, w których występuje jeszcze zróżnicowanie na kilka szczebli (echélons). Najwyższy z tych szczebli osiąga stosunkowo niewielu.

W Polsce do 1990 r. występowało zróżnicowanie na profesorów nadzwyczajnych oraz zwyczajnych i oba tytuły nadawane były przez Radę Państwa. Potem uprawnienia te znalazły się w gestii prezydenta RP, przy czym zniesiono podział na dwie kategorie profesorów. Pojawiło się natomiast stanowisko profesora uczelnianego, na które – w zależności od polityki prowadzonej na różnych uczelniach – powoływano bądź jedynie osoby posiadające stopień doktora habilitowanego, bądź również posiadające jedynie stopień doktora. Do 2018 r. było jednak stosunkowo niewiele osób uprawnionych do posługiwania się przy nazwisku skrótem „prof.”, bowiem niecałe 11 tys. Była i jest jednak dosyć liczna grupa doktorów habilitowanych (w 2018 r. było ich ponad 21 tys.), którzy powołani byli i są na stanowisko profesora uczelni i również posługują się tym skrótem (czasami „zapominając” dodać, że są jedynie profesorami uczelnianymi). W sumie nie jest ich aż tak wielu jak w krajach, w których występuje większe zróżnicowanie tej grupy pracowników akademickich. Jednak przy ocenie trzeba brać pod uwagę zarówno liczbę studentów, jak i jakość prowadzonych przez naszych uczonych badań naukowych i uzyskiwanych wyników, a pod tym względem jeszcze sporo brakuje do osiągnięcia zachodniego poziomu w niejednej dyscyplinie nauki.

Spadek prestiżu

Według podawanych przez GUS danych akademickie kształcenie na polskich uczelniach apogeum osiągnęło w 2005 r. W naszym kraju studiowało wówczas ponad 1,8 mln osób. W 2018 r. było ich ok. 1,3 mln, a obecnie studiuje ok. 1,2 mln osób. O ile wcześniejsze spadki można tłumaczyć niżem demograficznym i malejącą liczbą absolwentów szkół średnich, to obecne wskazują wyraźnie na spadek prestiżu akademickiego studiowania i wykształcenia. Trudno się zresztą temu dziwić w sytuacji, gdy to wykształcenie w tak małym stopniu przekłada się na dobrze płatną pracę i – co więcej – oznacza opóźnienie na rynku pracy dla tych, którzy kilka lat spędzają w murach uczelni, podczas gdy ich rówieśnicy już wspinają się po szczeblach zawodowej kariery. Sporo do myślenia na temat spadku tego prestiżu daje również zmniejszająca się liczba osób podejmujących studia doktoranckie (w 2016 r. było ich 43 tys. a obecnie ok. 38 tys.). Rzecz jasna ta statystyka nie pokazuje całej złożoności problemu akademickiej recesji. Jednak świadczy o tym, że coraz trudniej jest zachęcić najzdolniejszą młodzież do związania zawodowych losów z pracą badawczą i dydaktyczną.

Problemem skłaniającym do poważnych obaw o przyszłość Polski akademickiej jest również wspomniana już tutaj jakość prowadzonej pracy badawczej przez różne grupy pracowników naukowych i naukowo-dydaktycznych. Według przeprowadzonych przez Marka Kwieka i Wojciecha Roszkę badań, ci którzy wykazywali się wysoką mobilnością (produktywnością) we wcześniejszym okresie aktywności zawodowej, z reguły zachowali ją również w okresie późniejszym. Przywoływani znawcy akademickich realiów przypisują im posiadanie tzw. iskry bożej (por. „Nauka”, nr 1/2023). Problem w tym, że posiada ją stosunkowo niewielu. Wielu jest natomiast takich, którzy traktują swoje zawodowe obowiązki jako tzw. dopust boży, wprawdzie nie najlepiej płatny, ale jednak pozwalający na dosyć wygodne życie zawodowe i prywatne. Istnieją zresztą nadal spore możliwości dorabiania do dosyć przeciętnego akademickiego wynagrodzenia i często się z nich korzysta. Rzecz jasna przekłada się to na mizerne wyniki pracy badawczej. O skali tego problemu można się przekonać, zapoznając się chociażby z Bazą Wiedzy zamieszczaną w otwartym dostępie na stronach internetowych wielu uczelni. Nie w każdej dyscyplinie i dziedzinie nauki osiągane wyniki daje się mierzyć ilością i jakością publikacji uczonego. Takie miary sporo jednak mówią o tych, którzy przepracowali na uczelni wiele lat, a nawet w niejednym przypadku udało się im dojść do stanowiska profesora uczelnianego, ale publikacji mają niewiele i większość z nich ukazało się w mało znaczących wydawnictwach i czasopismach.

Wróć