logo
FA 7-8/2022 okolice nauki

Mateusz Stróżyński

Uniwersytet, polityka i gra w kości

Przypadek Joshuy Katza

Uniwersytet, polityka i gra w kości 1

Źródło: colorado.edu

Wydaje się dosyć oczywiste, że prawdziwym powodem wznowienia sprawy był fakt, że Katz nie podpisał „antyrasistowskiego” listu i publicznie sprzeciwił się konformizmowi swojego środowiska akademickiego.

Poznałem Joshuę Katza niemal 10 lat temu. W maju 2013 roku wygłosił wykład w Instytucie Filologii Klasycznej UAM, w samo południe, a potem wraz z kilkoma osobami wybraliśmy się na wspólny obiad. Byłem wtedy adiunktem kończącym monografię habilitacyjną. Jeszcze przed wizytą Katza słyszałem wiele pochwał na jego temat, więc byłem ciekaw wykładu oraz zgłosiłem chęć pójścia później z gościem na obiad. Samo wystąpienie przeszło jednak wszelkie moje oczekiwania. Określenie, które przychodzi mi na myśl, to „wirtuozeria” i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Myślę, że słyszałem kilka takich wykładów akademickich w życiu, ale też nie miałem nigdy szczęścia uczestniczyć częściej w wykładach Katza. Nie studiowałem przecież w Princeton, jednej z najlepszych uczelni na świecie. Pamiętam dość dobrze tego cichego, niepozornego człowieka, który w sposób absolutnie fascynujący opowiadał o pewnym epizodzie rozpoczynającym ostatnią, 24 księgę Iliady.

„Już zakończono igrzyska i między lotne okręty

porozchodziły się tłumy; każdy chciał siąść do wieczerzy

i o sen troszczył się słodki. Achilles tylko samotnie

płakał, o przyjacielu wciąż myśląc. Sen go wszechwładny

objąć nie zdołał. Bezsenny to tu, to tam znów się miotał,

pełen tęsknoty za męstwem i za dzielnością Patrokla.

Ileż to oni zdziałali, jak wiele trudów przeżyli,

zmagań z mężami i przygód na fali morza wzburzonej —

o tym wspominał tak żywo i łez wylewał strumienie.

Albo przewracał się na bok, lub padał na wznak, na plecy,

albo na twarz znów się rzucał. A wreszcie snem nie objęty

wstał i nad morzem zgnębiony błądził po brzegu”.

(ww. 1-12, tłum. K. Jeżewska)

Wykład miał intrygujący tytuł: Dice in Iliad 24: Geometry, Fate, and Sex. Katz z robiącą ogromne wrażenie wszechstronnością opowiadał o antycznej grze w kości, prezentując starożytne wizerunki używanych w niej przedmiotów czy cytując artykuły poświęcone matematycznym i statystycznym aspektom tej gry. Z równą swobodą zagłębiał się w grecki tekst Iliady (jest przede wszystkim językoznawcą), analizując szczegółowo problematykę słownictwa pojawiającego się w urywku z Homera. Zasadniczą tezą wykładu było to, że opis rzucającego się na łóżku Achillesa, pogrążonego w żałobie po zmarłym przyjacielu, stanowi aluzję do gry w kości, bo greckie słowa określające Achillesa przewracającego się na bok, padającego na wznak i na twarz, a wreszcie wstającego z łóżka, odpowiadają nazwom czterech ścian antycznych kości.

Katz nie tylko zaprezentował i udowodnił zaskakującą tezę, że wielki bohater, miotający się bezsennie na łóżku, przypomina kości rzucane przez gracza, ale pokazał przede wszystkim, jak wiele treści kryje się w tym poetyckim zabiegu. Z erudycją odniósł się do literatury wskazującej na to, że nazwy pozycji seksualnych nawiązywały do różnych ścian kości. Grecy rzucali czterema czterościennymi kośćmi i różne możliwe do wyrzucenia kombinacje nosiły imiona bóstw, bohaterów czy poetów. Jeden ze szczęśliwych rzutów nazywany był imieniem Afrodyty, bogini miłości, i Katz pokazał, że sposób, w jaki Achilles rzuca się na łóżku na początku 24 księgi Iliady, dokładnie odpowiada właśnie tej kombinacji, której patronowała Afrodyta, co przemawia z kolei za interpretacją miłości Achillesa i Patroklosa w Iliadzie jako związku erotycznego (jak sądzili niektórzy już w starożytności), a nie tylko przyjaźni.

Ale kości to przecież także los, przypadek, traf. Decyzja Achillesa, który pozwala Patroklosowi włożyć jego zbroję i tak iść do bitwy, bo on sam wciąż nie potrafi wybaczyć Agamemnonowi zniewagi i nie chce pomóc Grekom w walce, to coś w rodzaju rzutu kośćmi. Mogła doprowadzić do sukcesu, ale zakończyła się tragicznie. Heraklit z Efezu, żyjący ponad dwieście lat po autorze Iliady, powiedział, że kosmos przypomina zabawę dzieci, które na plaży budują zamki z piasku i je niszczą. Już w starożytności wielu zmagało się z tym, jaką rolę odgrywa w naszym życiu przypadek, jeszcze zanim Einstein zastanawiał się, czy Bóg gra w kości, czy nie. Już w pierwszym poemacie zachodniej cywilizacji, Iliadzie, nad ludzkim losem, nad cudem miłości i smutkiem jej utraty, nad blaskiem bohaterstwa i niepotrzebną brawurą, nad pragnieniem ochrony własnego domu rodzinnego i odczłowieczającym okrucieństwem wojny zawisło pytanie o sens tego, co nas spotyka.

Miejsce na przebaczenie

A 1200 lat później Boecjusz, rzymski arystokrata i minister gockiego władcy Italii, Teodoryka, czekał na śmierć w więzieniu, oskarżony o zdradę stanu i spiskowanie na rzecz obcego mocarstwa, i pisał O pocieszeniu, jakie daje filozofia, ostatnie wielkie dzieło antyku i pierwsze wielkie dzieło średniowiecza. Nadal zresztą nie wiemy, czy rzeczywiście zdradził, czy został niewinnie oskarżony. To jemu zawdzięczamy słynny obraz Fortuny, obracającej nieustannie kołem i wynoszącej w ten sposób na szczyty lub strącającej na dno, i pięknych, i szpetnych, i dobrych, i złych, i mądrych, i głupich, bez żadnej różnicy.

Gra w kości pojawia się w Iliadzie także w innym miejscu, w księdze 23, gdzie duch zmarłego Patroklosa ukazuje się Achillesowi we śnie i wypowiada do niego to przejmujące, przeciągłe „kai moi dos tēn cheir’”, „podaj mi rękę!” Prosi, by ich kości po śmierci Achillesa leżały obok siebie:

„Razem niech będą, jak kiedyś w waszym domostwie,

Uniwersytet, polityka i gra w kości 2

Achilles i Ajaks grają w kości , malarstwo wazowe, ok.540 p.n.e.

gdy wspólnie

rośliśmy, gdy Menojtijos sprowadził mnie z Opoentu,

wiodąc do domu waszego po moim czynie morderczym,

w dniu, gdy zabiłem niechcący syna Amfidamanta,

w gniewie, przy błahej grze w kostki,

dziecinną złością porwany.

Wtedy mnie Peleus, jeździec wyborny, zaprosił do siebie

i najtroskliwiej wychował i towarzyszem zwał twoim”.

(ww. 75-90)

Czasem popełniamy w życiu błąd, tragiczny w skutkach, jak Patroklos, który w chłopięcej bójce po przegranej grze doprowadził niechcący do śmierci towarzysza. Niechcący, ale jednak rozpoczął bójkę, więc nie był bez winy. Kolejny nieudany rzut kośćmi. Koło Fortuny znowu się obraca i ktoś spada ze szczytu powodzenia na dno niedoli. Patroklos mówi jednak Achillesowi, że w przedziwny sposób los się do niego uśmiechnął, tam, na dole, gdy z powodu nieszczęśliwego wypadku musiał opuścić swój dom rodzinny. Został przygarnięty przez życzliwego człowieka, Peleusa, ojca Achillesa, który wychował go razem z własnym synem. Musimy ponieść konsekwencje naszych czynów, również tych, które być może bardziej zależą od rzutu kośćmi niż naszych kalkulacji. Ale powinno być w życiu też miejsce na coś innego, czyli na przebaczenie. Na jakichś Peleusów, tych jeźdźców wybornych, którzy nas zaproszą do siebie nawet wtedy, kiedy inni się od nas odwracają.

Kiedy dzisiaj o tym piszę, mam żywo w pamięci tamten wykład Katza sprzed lat. To był pokaz tego, co najlepsze w naszej dyscyplinie i w ogóle w naukach humanistycznych. Od szczegółowego badania kwestii, wydawałoby się, zupełnie hermetycznych, zwłaszcza dla laika, od słów sprzed tysięcy lat, których niemal nikt już na naszej planecie nie rozumie, od znalezisk archeologicznych, porozrzucanych śladów dawnej cywilizacji Katz dochodził do tego, o co ostatecznie toczy się gra, którą nazywamy humanistyką – do uniwersalnych doświadczeń i pytań ludzkiej egzystencji. Do miłości i śmierci, przyjaźni i seksualności, dumy i gniewu, do przypadku, który skazuje nas, nieraz jednym rzutem kości, na utratę tego, co jest nam tak bardzo drogie. Kiedy Katz mówił, każdy słuchacz mógł (nie musiał) przejrzeć się w Homerze, jak w lustrze, które nam ukazuje filologia klasyczna, ta miłość do słów martwego języka.

Przyznam, że byłem trochę onieśmielony, kiedy szliśmy w gronie kilku osób na obiad. Rozumiałem już, dlaczego Katz był najpopularniejszym nauczycielem w Princeton, wielokrotnie nagradzanym, na którego wykładach brakowało miejsc dla studentów, a wyniki jego ankiet studenckich biły wszystkie rekordy. Nie wiedziałem wtedy, że był również nauczycielem, który wspierał studentów, pomagał im bezinteresownie w problemach życiowych, kilka osób w zasadzie uratował. W każdym razie moje onieśmielenie szybko minęło, ponieważ światowej sławy profesor z Princeton okazał się osobą tak bezpretensjonalną, naturalną i skromną, że po kilku minutach spaceru poznańskimi ulicami miałem wrażenie, że rozmawiam ze znajomym.

Przypominam sobie wrażenie, że Katz był całkowicie skupiony na rozmowie i na rozmówcy – coś nieuchwytnego, ale zarazem wyraźnie wyczuwalnego. Pamiętam, że w którymś momencie rozmawialiśmy o politycznym zaangażowaniu uczonych i o ryzyku z tym związanym. Mój rozmówca wydawał się dość sceptyczny co do tego, czy naukowcy powinni się angażować w życie publiczne. On sam był od tego daleki. Kiedy powiedziałem mu, że jestem pod wrażeniem jego pracowitości, ponieważ przekopanie się („digging through”) przez taki ogrom literatury przedmiotu, żeby uargumentować tezę, którą wysunął w swoim wykładzie, wymagało mnóstwa czasu i wysiłku. Katz uśmiechnął się i odpowiedział: „Well, I’m a digger!”. Mając do wyboru ciche „przekopywanie się” w bibliotece i polityczne spory na agorze, Katz nie wydawał się mieć wątpliwości, gdzie jest jego miejsce.

Katz odmówił podpisania listu

Przez wiele lat nie miałem z nim kontaktu, słysząc o nim raz po raz od znajomych. Aż 8 lipca 2020, kilka miesięcy po rozpoczęciu się pandemii COVID-19, w czasopiśmie internetowym „Quillette” ukazał się tekst Katza A Declaration of Independence by a Princeton Professor. Opisał w nim list, podpisany przez 350 profesorów swojego wydziału, w którym deklarowali oni poparcie dla działań określanych jako „antyrasistowskie”. Katz listu nie podpisał, ale też wyraził zaniepokojenie pewnymi rzeczami, które w liście się znalazły oraz tym, jak wielu akademików z Princeton podpisało ten list nie dlatego, że się z nim zgadzało, ale pod wpływem presji i strachu przed konsekwencjami, jeśli go nie podpiszą. Był to czas demonstracji Black Lives Matter w Ameryce.

Katz odmówił podpisania listu, ponieważ kilka rzeczy mu się w nim nie podobało. Dokument zaczynał się od stwierdzenia: „Anti-Blackness is foundational to America”. Katz wierzył, że nawet jeśli rasizm w Ameryce istniał od początku, był on w sprzeczności z Deklaracją Niepodległości i Konstytucją. Z pokolenia na pokolenie Amerykanie (i nie tylko oni) byli uczeni, że fundamentem Stanów Zjednoczonych jest Jeffersonowskie stwierdzenie, oczywiste dla nas dzisiaj, lecz przecież nie wtedy: „Wszyscy ludzie zostali stworzeni równi sobie”. Dlaczego nagle się okazuje, że fundamentem Ameryki, czy nawet całej cywilizacji zachodniej, jest rasizm? Katzowi nie podobały się też szczegółowe postulaty, takie jak powołanie specjalnej komisji, która miała kontrolować wykładowców, ich badania naukowe, konspekty zajęć i wypowiedzi w salach wykładowych, sprawdzając, czy nie ma tam przejawów rasizmu. Rasizm nie został zdefiniowany – to komisja miała sama ustalać, co jest rasizmem, a co nie jest.

W jednym tylko momencie wyważony język artykułu się zmienia, kiedy w reakcji na pomysł, żeby uniwersytet wystosował oficjalne przeprosiny wobec organizacji Black Justice League, Katz nazywa tę studencką organizację „small local terrorist organization”, pisząc, że był świadkiem jej opresyjnych działań nie tylko wobec białych, ale i czarnych studentów, którzy nie chcieli się podporządkować jej żądaniom. To jedno określenie stało się pretekstem zdumiewającego w swej sile publicznego ataku na Katza. Rektor Princeton, Christopher Eisgruber, zagroził ogólnikowo, że uniwersytet „zajmie się” sprawą wypowiedzi Katza („will look into the matter”).

W zasadzie wszyscy jego koledzy i koleżanki z wydziału przestali z Katzem rozmawiać czy nawet kłaniać mu się na ulicy. Wielu z nich uważał za przyjaciół, jadał z nimi regularnie obiady, rozmawiał o sprawach prywatnych. Teraz nie chcieli mu podać ręki.

Jednym z nich był Dan-el Padilla Peralta, czarnoskóry historyk starożytności pochodzący z Dominikany, który był studentem Katza przed laty. Na fali „antyrasistowskich” protestów ostatnich lat Peralta zasłynął w gronie klasyków swoimi postulatami, żeby spalić doszczętnie całą dyscyplinę badań nad antykiem („burn it down!”) i stworzyć ją na nowo. Podczas konferencji amerykańskiego Society for Classical Studies Peralta powiedział również, że system recenzji „double blind peer review” jest do głębi rasistowski, a dowodem tego jest, że tak mało czarnoskórych badaczy publikuje w najważniejszych międzynarodowych czasopismach naszej dyscypliny. Zasygnalizował również rozwiązanie problemu, czyli odejście od „ślepego” charakteru recenzji, na rzecz brania pod uwagę przy decyzjach redakcyjnych koloru skóry autorów tekstów. Nie wyjaśnił jednak, jak sobie wyobraża w szczegółach nowy proces publikacji artykułów naukowych, po tym jak stary zostanie już zniszczony.

Peralta był jedną z osób, które zaatakowały Katza, nazywając go rasistą, co jest o tyle znaczące, że lata wcześniej Katz okazał mu życzliwość i pomoc, kiedy ten był studentem i nielegalnym imigrantem. Jak Peralta sam wspomina w swojej opublikowanej autobiografii pt. Undocumented, Katz nie osądzał go za prawnie nieuregulowany (undocumented właśnie) status, nie mówiąc już o jakichkolwiek formach rasistowskiej niechęci. Raczej oferował pomoc i radę, zachęcał do zalegalizowania pobytu w Stanach, co zmobilizowało Peraltę do uporządkowania statusu prawnego. To z kolei otworzyło mu drogę do tego, żeby zostać obywatelem rzekomo rasistowskiej Ameryki i profesorem zatrudnionym na prestiżowym Uniwersytecie Princeton, uczelni, która sama uznała się w lipcu 2020 za do gruntu rasistowską, ale zarazem – entuzjastycznie antyrasistowską.

Ktoś słyszał, że ktoś coś powiedział

Gdy ukazała się „deklaracja niepodległości” Katza, a potem i jego artykuł w „Wall Street Journal”, ten skromny filolog, który spędzał godziny w bibliotece na „przekopywaniu się” przez literaturę naukową, stał się postacią publiczną w Ameryce i świecie anglosaskim w ogóle. Krótko po tym uniwersyteckie pismo „Daily Princetonian” również zaczęło się przekopywać, tyle że przez biografię Katza. Studenci-dziennikarze „dotarli”, jak to się dziś mówi, do dyscyplinarnej sprawy, którą Katz miał kilka lat wcześniej, z powodu związku romantycznego ze swoją ówczesną studentką. Związek ten miał miejsce ok. roku 2005. Miał charakter w pełni „konsensualny” i nie naruszał prawa, natomiast Katz naruszył wewnętrzne regulacje uniwersytetu, który w tamtym czasie zabraniał relacji seksualnych między wykładowcami a studentami pozostającymi ze sobą w relacji pedagogicznej.

Romans został ujawniony po ponad dziesięciu latach, w roku 2017, na fali ruchu „MeToo”, przy czym zrobiła to nie biorąca w nim udział kobieta, ale zupełnie inna osoba. Była studentka Katza była przeciwna wszczynaniu przeciw niemu postępowania dyscyplinarnego. Odbyło się ono jednak i w 2018 roku Katz został ukarany zawieszeniem na okres roku. W tym czasie związał się również z Solveig Lucią Gold, swoją byłą studentką i obecną doktorantką na Uniwersytecie w Cambridge, która jest jednocześnie zatrudniona w Princeton. Solveig wspomina, że to ona zainicjowała związek i zdecydowała się go kontynuować nawet wtedy, gdy Katz zwierzył jej się, że toczy się przeciw niemu postępowanie i prosił, żeby się nie angażowała, bo chciał jej oszczędzić problemów.

W lutym 2021 „Daily Princetonian” opublikował artykuł na temat dawnego romansu Katza ze studentką, domagając się wznowienia zamkniętej już sprawy. Przeczytałem wtedy ten tekst ze zdumieniem. „Dziennikarskie śledztwo” opierało się bowiem na informacjach typu, że ktoś widział, jak Katz z kimś się spotkał na obiedzie albo ktoś słyszał, jak ktoś mówił, że Katz z kimś się spotkał na obiedzie i do tego zapłacił rachunek. Albo na zdaniach z maili wyrwanych z kontekstu. Konkluzja tego wszystkiego była taka, że Katz molestuje nagminnie swoje studentki. Wierzę Katzowi, kiedy mówi, że oskarżenia są niedorzeczne i że nigdy nikogo nie molestował.

Władze Princeton zareagowały kolejnym dochodzeniem, choć Katz został przecież już ukarany zgodnie z przepisami uniwersyteckimi. Wydaje się dosyć oczywiste, że prawdziwym powodem wznowienia sprawy był fakt, że Katz nie podpisał „antyrasistowskiego” listu i publicznie sprzeciwił się konformizmowi swojego środowiska akademickiego. Zakazano mu prowadzenia zajęć ze studentami, sugerując, że jest dla nich zagrożeniem. Wielokrotnie przesłuchiwano go przed uniwersyteckimi komisjami bez obecności prawnika, nie informując go w ogóle, jakie konkretnie zarzuty są mu stawiane. W lipcu 2021 Katz i Solveig wzięli ślub i z zadziwieniem czytałem komentarze na ten temat ze strony środowiska filologów klasycznych w Ameryce i Wielkiej Brytanii, sugerujące, że Solveig jest ofiarą Katza, zmanipulowaną, uwiedzioną i wykorzystaną. Tego typu komentarze mogą wywołać jedynie śmiech u kogoś, kto choć przez chwilę widział tych dwoje razem. W ich związku niewiele jest z patriarchatu.

Cancel culture

W toku całej sprawy wielu publicznych intelektualistów (co istotne – nikt z Princeton) wzięło w obronę Katza. W sierpniu 2021 w „The Atlantic” ukazał się np. obszerny esej Anne Applebaum, w którym krytykowała ona to, co się określa mianem cancel culture, czyli rozprzestrzeniający się w Ameryce zwyczaj poddawania ostracyzmowi ludzi, którzy wyrażą poglądy odmienne od dominującej, lewicowej ortodoksji politycznej i obyczajowej. Pamiętam, że jeszcze w 2020 wielu prominentnych intelektualistów amerykańskich wyśmiewało ten termin, twierdząc, że to wymysł skrajnej prawicy i zwolenników Donalda Trumpa. Applebaum (której daleko do prawicy czy konserwatyzmu) w swoim eseju, przedrukowanym zresztą pod koniec kwietnia tego roku w „Gazecie Wyborczej”, wspomina o sprawie Katza oraz o wielu innych, podobnych przypadkach prześladowania. Pokazuje, jak uniwersytety anglosaskie, które mają być miejscem swobodnej wymiany myśli i racjonalnej dyskusji, zostały opanowane przez strach przed ujawnianiem poglądów, które nie są zgodne z najnowszymi, postępowymi dogmatami, aktualizowanymi zresztą niemal z miesiąca na miesiąc. Notabene niedawno widziałem wyniki badań, pokazujących, że 63,5% studentów amerykańskich boi się wyrażać swoje poglądy na uniwersytecie (podczas gdy w roku 2019 było to 54,7%).

W październiku 2021 w czasopiśmie „First Things” Katz opublikował tekst zatytułowany My Confessions. Przyznaje się tam publicznie do romansu ze studentką sprzed lat, pisząc o wyrzutach sumienia, jakie mu towarzyszyły z tego powodu przez wiele lat. Opowiada też o tym, jak niedawno wrócił do lektury Wyznań św. Augustyna. Pamiętam, że wymieniając z Katzem maile w lecie 2020, wysłałem mu mój artykuł poświęcony właśnie Wyznaniom, zdziwiłem się, kiedy odpisał, że intensywnie studiuje to dzieło. Okazało się, że doświadczenia prześladowania ze strony własnego uniwersytetu i dawnych „przyjaciół”, ale też i doświadczenia życzliwości i wsparcia ze strony przyjaciół nowych, czyli ludzi dobrej woli, którzy stanęli po jego stronie, doprowadziły Katza do nawrócenia i przyjęcia chrztu w czerwcu 2021 roku.

W swoim „konfesyjnym” eseju wspomina on, że nie bez znaczenia był tu fakt, iż większość nowych przyjaciół (choć nie wszyscy), którzy próbowali mu pomóc, to byli chrześcijanie lub religijni żydzi. Według niego, to nie przypadek, że pomagali mu ludzie, którzy wierzą nie tylko w istnienie grzechu, ale też w możliwość przebaczenia. Radykalna lewica zachodnia, tzw. „woke” („przebudzeni”), która uznaje Katza za rasistę i seksualnego oprawcę, wierzy żarliwie w grzech, ale zupełnie nie uznaje przebaczenia. Jak pisze Ann Applebaum we wspomnianym eseju – każdy czyn, każda wypowiedź, każdy email czy post w mediach społecznościowych, każdy żart na uniwersyteckim przyjęciu zostaną wytropione i potępione, bez próby zrozumienia i bez możliwości przebaczenia. Naciska się na ludzi, żeby przepraszali, ale gdy tylko to zrobią, są jeszcze gwałtowniej atakowani: „przeprosił, więc jest winny”. Znam osobiście kilku nauczycieli akademickich i szkolnych z krajów anglosaskich, którzy w ciągu minionych dwóch lat odczuli to na własnej skórze.

Bez przebaczenia

To paradoks, że chrześcijaństwo, które przez ostatnie dekady było oskarżane o wpędzanie swoich wyznawców w poczucie winy, dla takiego „bezbożnego filologa klasycznego”, jak Katz sam się określa w swoim tekście, okazało się depozytariuszem tego, o co w naszym świecie coraz trudniej – wybaczenia. Wybaczenia, które nie unieważnia zła przez kogoś popełnionego, ale oferuje możliwość jego naprawienia. A to jest przecież już u Homera, u samych początków naszej cywilizacji, w tej opowieści Patroklosa o tym, jak został przyjęty w domu Achillesa po spowodowaniu nieszczęśliwego wypadku. Czytając piękny i osobisty esej Katza w „First Things”, próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słyszałem jakąś osobę publiczną, która została oskarżona o zrobienie czegoś złego, udowodniono jej to, a ona przyznała się do winy, bez tłumaczenia się i usprawiedliwiania. Próbowałem i próbowałem, ale sobie nie przypomniałem.

Politycy, dziennikarze, profesorowie, biskupi, aktywiści prawicowi i lewicowi, nawet jeśli ich wina staje się oczywista, z reguły wypierają się wszystkiego i to do końca. Św. Augustyn napisał Wyznania zaraz po objęciu urzędu biskupa Hippony. Wobec swojej kongregacji przyznaje się w nich nie tylko do wszystkich złych rzeczy, które robił w życiu, ale – jak niektórzy badacze sądzą – również do wielu takich, których wcale nie zrobił. Katz, na o wiele mniejszą skalę, również się przyznał – nie do rasizmu czy molestowania seksualnego, bo nie był i nie jest winny żadnej z tych rzeczy, ale do tego, co w swoim tekście nazywa „grzechem”, czyli do związku ze studentką wbrew regułom obowiązującym na jego uniwersytecie.

O ile lepiej wyglądałoby nasze życie publiczne, gdyby więcej osób inspirowało się postawą Augustyna czy Katza. Tymczasem jak epidemia rozprzestrzenia się, zupełnie moim zdaniem kuriozalny, zwyczaj przeprosin w trybie warunkowym (w łacińskim modus potentialis): „Jeśli kogokolwiek obraziłem, najmocniej przepraszam”. Albo uznaję, że zrobiłem coś złego i wtedy przepraszam, albo nie uznaję, że zrobiłem coś złego, i nie przepraszam. Nie było dotąd żadnego przepraszania „jeśli”.

Czy Bóg gra w kości? Czy światem rządzi przypadek, jak chciał Demokryt, czy rozumny porządek, jak wierzył Augustyn? Czy naszym zadaniem jest jedynie przekazanie „samolubnych genów”, jak twierdzi słynny profesor biologii z Oksfordu, czy może naszym powołaniem jest stać się bogami, jak pisał Boecjusz, czekając na śmierć w więzieniu w Pawii? Zapewne czytelnicy tego tekstu mają różne zdania na ten temat. I dobrze! Co więcej, to właśnie uniwersytet powinien być miejscem, gdzie te różne zdania mogą być głośno wypowiadane w dyskusji, bez strachu czy autocenzury, z wiarą, że możemy współpracować i chodzić na kawę z ludźmi, którzy uważają, że się całkowicie mylimy, podczas gdy my uważamy, że to oni tkwią po uszy w błędzie. Co nie oznacza, że uważamy się nawzajem za złych ludzi.

Uniwersytet nie pojawił się wszędzie, w każdej kulturze, w każdym miejscu tej planety, w każdej epoce. Nie jest czymś powszechnie spotykanym w historii ludzkości, jak uprawa roli, ceremonie pogrzebowe czy tabu kazirodztwa. Uniwersytet pojawił się w zachodniej Europie w rzekomo mrocznych wiekach średniowiecza, dzięki stuleciom wysiłków ludzi, którzy chcieli myśleć, chcieli rozumieć rzeczywistość, w której żyli, i chcieli rozmawiać o tym z innymi i wspólnie poszukiwać prawdy w tym krótkim życiu, jakie spędzamy na naszej targanej wciąż wojnami i epidemiami ziemi. Takie rzeczy jak uniwersytet buduje się przez setki lat, wysiłkiem i poświęceniem wielu ludzi. Takie rzeczy jak uniwersytet psuje się, korumpuje czy demoralizuje bardzo szybko, zorganizowanym aktywizmem ludzi niewielu. Losy uniwersytetu nie powinny zależeć od rzutu kośćmi. Nawet jeśli Bóg gra czasem w kości, my, ludzie uniwersytetu, nie róbmy tego, mając w naszej pieczy coś tak cennego i ważnego.

W maju bieżącego roku Joshua Katz został zwolniony przez Uniwersytet Princeton.

Dr hab. Mateusz Stróżyński, filolog klasyczny, dyrektor Instytutu Filologii Klasycznej UAM w Poznaniu

Wróć