logo
FA 7-8/2022 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Przepis na sukces w nauce

Przepis na sukces w nauce 1

Fot. Stefan Ciechan

Mody w nauce szkodliwe stają się dopiero wówczas, gdy zaczynają żyć własnym życiem, a nawet narzucać innym sposób myślenia o poprawności naukowej i marginalizować tych, którzy nie chcą lub nie potrafią im się podporządkować.

Jeśli powiedziałbym, że znam uniwersalny przepis na osiągnięcie znaczącego sukcesu w nauce, to zapewne mało kto by w to uwierzył, a już na pewno nie ci, którzy dobrze orientują się w realiach akademickiego życia. Rzecz jednak nie tyle w tym, że takiego przepisu nie znam (i być może nikt go nie zna), co w tym, że są różne drogi prowadzące do sukcesu, i ta, która sprawdza się w jednym przypadku, niekoniecznie sprawdza się w innych. A przecież są także różne miary sukcesu.

Trudne drogi

Na wykładach dla doktorantów, mówiąc o realiach akademickiego życia, czasami żartuję, że w tym środowisku najlepiej byłoby się urodzić wielkim uczonym. W ten sposób ominęliby wiele trudności, które są jeszcze przed nimi. To jednak tylko żart, bowiem nawet osoby o wyraźnych predyspozycjach do prowadzenia badań naukowych i osiągania w nich znaczących wyników, muszą do nich dołożyć jeszcze wiele wysiłku, aby nie skończyło się na tzw. dobrym zapowiadaniu się. Rzecz jasna, jeszcze więcej muszą go dołożyć ci, którzy wprawdzie mają do nauki pewne predyspozycje, ale nie są one ani tak wielkie, jak u tych pierwszych, ani też tak widoczne, aby akademickie otoczenie zdecydowało się udzielić im „kredytu” zaufania i dać szanse wykazania się – najpierw w formie doktoratu, a później ewentualnego zatrudnienia na uczelni. Tak czy inaczej kandydaci na uczonych muszą pomóc sami sobie i wykazać się czymś więcej niż tylko chęcią przedłużenia akademickiego życia poprzez studia doktoranckie. Stosunkowo niski wskaźnik kształcenia na tym poziomie pokazuje, że w wielu przypadkach chęci są, ale brakuje odpowiedniej pracy nad sobą.

Jeśli jednak już są chęci i praca, to pojawia się problem kolejnych barier do pokonania. Jedną z poważniejszych jest problematyka badawcza. Oczywiście należy mierzyć zamiary na siły. Łatwiej to jednak powiedzieć, niż zrobić. Nie tylko ze względu na faktyczne możliwości adepta badań naukowych, ale także na skalę trudności podjętej problematyki badawczej. Dotyczy to również doświadczonych uczonych – żeby tytułem przykładu przywołać Alberta Einsteina usiłującego całymi latami bezskutecznie rozwikłać problemy związane z grawitacją. Są jednak okoliczności, które jednych zachęcają, innych zniechęcają do podejmowania określonej problematyki. Należy do nich m.in. osiąganie w niej sukcesów przez innych, niejednokrotnie bardziej doświadczonych uczonych. W przypadku dziedzin nauki, w których standardem jest zespołowe prowadzenie badań, możliwość popełnienia błędu w obraniu problematyki ogranicza doświadczenie wielu zaangażowanych w jej rozwikłanie uczonych (często wysokiej klasy specjalistów z różnych dyscyplin naukowych). Jednak całkowicie go nie eliminuje. Odniesiony przez jednych sukces może stanowić, i nierzadko stanowi, swoiste „koło napędowe” dla innych. Jest ono w stanie „rozpędzić” badania do tego stopnia, że stają się swoistą modą, a uczestniczący w nich uczeni starają się spełniać obowiązujące w niej standardy.

Różnego rodzaju mody w nauce nie w każdym przypadku są szkodliwe. Mogą bowiem w istotnym stopniu przyczynić się do skupienia sił i środków (w tym finansowych) na rozwiązywaniu bardzo poważnych i ważnych społecznie problemów. Szkodliwe stają się dopiero wówczas, gdy zaczynają żyć własnym życiem, a nawet narzucać innym sposób myślenia o poprawności naukowej i marginalizować tych, którzy nie chcą lub nie potrafią im się podporządkować. Mody w nauce – jak zresztą również w innych obszarach życia – przychodzą i odchodzą. Jednak zanim odejdą, potrafią nie tylko eksploatować jakiś problem badawczy jeszcze długo po tym, jak został rozwiązany przez poważnych uczonych, lecz nawet dopisywać do niego marginalne kwestie, które w batalii o pozyskiwanie środków finansowych na badania wygrywają z istotnymi. Jeśli nawet taka wygrana dodaje im nieco powagi, to przecież nie jest w stanie uczynić ich bardzo poważnymi.

Adepci badań naukowych, jakimi są doktoranci, nie muszą tego wiedzieć. Jednak mogą im to uświadomić opiekunowie naukowi. Rzecz jednak w tym, aby chcieli i potrafili o tym mówić, nie wikłając się w grę o status modnego uczonego. Zapewne jest o to łatwiej, kiedy nie uczestniczy się w grze ani specjalnie nie ceni tych, którzy „nakręcają jej koła” albo są przez nią „wkręcani” w naukowe marginalia. W końcu przychodzi opamiętanie nawet u osób, które były swoistymi „wizytówkami” jakiejś mody w nauce. Jednak o ile dla uczonych o ugruntowanej pozycji może ono być powodem do żartów, to dla dopiero do niej aspirujących może oznaczać utratę zawodowej i życiowej szansy. Nie będę próbował wskazywać przepisu na to, jak stać się najpierw modnym w nauce, a później z honorem rozstać się z taką etykietą i przejść do rozwiązywania niemodnych, ale ważnych naukowo problemów. Sposobów zarówno na to pierwsze, jak na to drugie jest wiele i zmieniające się realia akademickiego życia podpowiedzą kolejne.

Drogi na skróty

Jedną z dróg na skróty jest podążanie za modą w nauce. W wielu przypadkach pozwala ona szybciej i łatwiej znaleźć zarówno aktualnie dyskutowany problem badawczy, jak i sposoby jego rozwiązywania, a także tych, którzy chcą współuczestniczyć w przedsięwzięciu i wnieść do niego coś „od siebie”. Wszystko to jednak do momentu, w którym modny problem i modne sposoby jego rozwiązywania, a nawet przedstawiania wyników badawczych, zaczynają „zjadać własny ogon” i to tak skutecznie, że w końcu staje się on „kikutem”, którym machanie już niewielu może zaimponować. Dobrym przykładem jest – moim zdaniem – dzisiejsza moda na mierzenie wartości osiągnięć naukowych wskaźnikiem wpływu (IF), określanego metodą zaproponowaną przez Hirscha. Jest coś zdumiewającego w tym, że to, co było na początku wyrazem frustracji amerykańskiego fizyka, który czuł się niedoceniany przez naukowe otoczenie i zaproponował sposób mierzenia, w którym jego osiągnięcia naukowe wypadały dobrze, stał się międzynarodowym standardem, do którego często podchodzi się bezkrytycznie, również w dziedzinach i dyscyplinach naukowych, w których wyniki raczej trudno oceniać za pomocą statystki. Nie twierdzę, że ona niczego nie mówi. Rzecz jednak w tym, żeby więcej mówiła o wynikach niż o manipulowaniu nią, aby najpierw na listę wysoko punktowanych wydawnictw trafiały te, których wydawcy mają komercyjne interesy do załatwienia, a później przyciągały uwagę mniej lub bardziej poważnych uczonych i „gapowiczów” (bo jak można inaczej nazwać tych, którzy w nich nie publikują, ale im kibicują). Dzisiaj ta moda wprawdzie już co nieco zbladła, ale nie można powiedzieć, że został z niej jedynie „kikut”. Mam jednak nadzieje, że wskazywane obecnie niedoskonałości wskaźnika wpływu w końcu do tego doprowadzą. W każdym razie dyskusja pokazuje i przekonuje, że kto chce się liczyć w nauce, jeśli nawet obierze drogę na skróty, to powinien wiedzieć, w którym momencie z niej zejść i wejść na może niemodną, ale jednak dającą większe szanse na osiągnięcie bardziej wiarygodnych wskaźników.

Wiele zależy od tego, co uznaje się za ważne w życiu akademickim. Trudno byłoby obronić twierdzenie, że dla zdecydowanej większości społeczności akademickiej najważniejsze jest prowadzenie badań naukowych i osiąganie w nich znaczących wyników. Przeczą temu nie tylko rozmaite wskaźniki statystyczne, ale także widoczna tzw. gołym okiem akademicka rzeczywistość. Rzecz jasna, różnie to wygląda nie tylko w różnych krajach, ale także jednym kraju, ale na różnych uczelniach, a nawet na tej samej uczelni, ale w różnych dziedzinach i dyscyplinach naukowych. Poza wszystkim innym stanowi to potwierdzenie, że w środowisku akademickim zachowuje swoją ważność zasada Pareto, tj. 20% do 80%. Jednak te 20% osób o ponadprzeciętnych kwalifikacjach i zaangażowaniu w pracę badawczą istotnie się różni na wiodących na świecie uczelniach, od 20% na uczelniach drugo- lub trzeciorzędnych. Podobnie zresztą jest z 80 procentami. Sporą ich część stanowią osoby, których rola sprowadza się w lepszym wariancie do kibicowania uczonym wyróżniającym się kwalifikacjami i uzyskiwanymi w pracy badawczej wynikami, a w gorszym do dawania im do zrozumienia, że jednak nie są tak dobrzy zawodowo, jak im się wydaje, a przynajmniej, że sporo im jeszcze brakuje do naukowej doskonałości.

Problem nawet nie w tym, że „kibice” nie mają zupełnie racji (do doskonałości dochodzi się w końcu całymi latami), a nawet nie w tym, że wykonują oni wyłącznie destruktywną „robotę” (niejednokrotnie dochodzeniu do doskonałości towarzyszyć musi cierpienie), lecz w tym, że potrafią wykreować bariery, których przekroczenie przez ponadprzeciętnych uczonych bywa bardzo trudne, a czasami zmusza do szukania miejsca, w którym przeciętniacy nie mają aż tak dużo do powiedzenia. Nie jest możliwa krótka odpowiedź na pytanie, w jaki sposób przeciętniacy zdobywają na uczelni na tyle znaczącą pozycję, że ich głos przekłada się na te utrudnienia? Sposobów na to jest bowiem wiele. Tylko jednym z nich jest uzyskanie pozycji uczelnianych decydentów, takich m.in. jak stanowisko rektora, dziekana czy dyrektora instytutu. Zgodnie z obowiązującymi w środowisku akademickim standardami i regulacjami prawnymi uzyskuje się je w demokratycznych wyborach. Już w XIX stuleciu John Stuart Mill w rozprawie Liberalizm wskazywał na występowanie w demokracji „mechanizmu”, który sprawia, że miernoty głosują na miernoty, co prowadzi niekiedy do powierzenia swojego losu osobom, które nazywa on „królami sępów”. Dodawał jednak, że „bez takiego króla sępów pospolite sępy wzajemnie by się zadziobały”. Być może w życiu akademickim „sępom” trudniej dojść do głosu, a przynajmniej nie mają tak szerokiego pola do popisywania się swoim „dziobem”. Jednak, jeśli już do niego dojdą, to niejednemu poważnemu uczonemu potrafią dać „do wiwatu”. Chcę przez to powiedzieć, że w życiu akademickim demokracja nie zawsze się sprawdza. Ważne jest przy tym nie tylko to, aby podchodzić krytycznie do demokracji, ale także to, aby nie przychodzić „na kolanach” ani do tych, którzy mogą nam w czymś pomóc, ani do tych, którzy mogą zaszkodzić.

Osobiste spostrzeżenia i doświadczenia

Dzisiaj moda na przedstawianie grupy uczonych skupionych wokół mistrza jako naukowej szkoły nieco straciła na popularności. W minionym stuleciu cieszyła się ona jednak sporym wzięciem, a nawet sprawiła, że takie grupy przeszły do historii nauki. W Polsce okresu międzywojennego jedną z nich była grupa filozofów nazywana szkołą lwowsko-warszawską. Skupiała różne osoby, w tym takie, które później udanie kontynuowały akademickie kariery w krajach zachodnich. Część pozostała w Polsce i po 1945 roku zderzyła się z przedstawicielami nowej „szkoły”, za jaką chciał uchodzić marksizm. Konfrontacja okazała się dla wielu dosyć bolesna (żeby tytułem przykładu wymienić Kazimierza Ajdukiewicza i Władysława Tatarkiewicza). Rzecz nawet nie w tym, że nie mieli oni argumentów, lecz w tym, że ich przeciwnicy posługiwali się w tej konfrontacji krytyką, którą Tadeusz Kotarbiński nazwał „policyjną”; sprowadza się ona do tego, że „szuka się tylko jakieś dziury, żeby kogoś pogrążyć”. Przypomniał ją Leszek Kołakowski (w młodości wojowniczy zwolennik marksizmu) w wykładzie wygłoszonym w 1992 roku z okazji nadania przez jego macierzystą uczelnię (Uniwersytet Łódzki) honorowego doktoratu. Przyznał przy tym, że w tamtych latach wydawało mu się – podobnie zresztą jak wielu innym marksistom – że był „wszechwiedzący”; a z kimś takim raczej nie da się poważnie polemizować w nauce.

Powiem nieskromnie, że w okresie mojej akademickiej młodości ta modna wówczas w Polsce „szkoła” nie zrobiła na mnie aż tak wielkiego wrażenia, abym chciał podążać za wskazaniami jej mistrzów i nauczycieli lub chociażby zainteresować się poważniej ich „wszechwiedzą”. Znacznie bardziej interesująca i fascynująca wydawała mi się wówczas dosyć odległa od marksizmu filozofia francuska XVII wieku, zwłaszcza tacy jej przedstawiciele jak Blaise Pascal i Kartezjusz (na temat ich poglądów opublikowałem niejedną monografię). Miałem przy tym sporo życiowego i zawodowego szczęścia, bowiem mój ówczesny bezpośredni przełożony wprawdzie był zdeklarowanym marksistą, ale z rozbrajającą szczerością przyznawał, że zupełnie nie zna się na tym, czym się zajmuję, przy czym nie tylko nie utrudniał mi kontynuowania badań, ale też był głęboko przekonany o tym, że samodzielnie sobie w nich poradzę. Rzecz jasna, nie mnie oceniać, jak sobie radziłem i radzę. Mam jednak świadomość, że długa i problemowo zróżnicowana lista publikacji może być irytująca dla niektórych opiniodawców moich osiągnięć. Nie mogę jednak im obiecać, że nie dopiszę już do niej kolejnych pozycji.

Wróć