logo
FA 7-8/2022 felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Na emeryturę, czyli do likwidacji

Ten felieton tylko pozornie jest osobisty. O napisanie go prosiło mnie około dwudziestu naukowców i nauczycieli akademickich. A dziś, kiedy wreszcie to piszę, doszły jeszcze dwie osoby. Ba, wspaniałe postaci! Są to ludzie „wyrzuceni na emeryturę” między innymi z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Uniwersytetu Opolskiego, Wojskowej Akademii Technicznej, „mojego” Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i kilku innych.

Parę lat temu, trzy dni po wizycie w kadrach, gdzie wręczono mi dokument przejścia na emeryturę, wysłałem na swój uczelniany adres mailowy (xxx@uksw.edu.pl; iksy oznaczają nazwę konta) list-notatkę, w którym dla pamięci umieściłem program pożegnalnego spotkania z Wydziałem Nauk Humanistycznych, pracownikami, doktorantami, studentami. Bynajmniej nie z uczelnią. Od niej odchodzić nie miałem najmniejszego zamiaru, bo plany naukowe i życiowe zakładały dalszą ścisłą więź z tą wspaniałą (jak mi się wówczas wydawało) instytucją.

Ale e-mail został odesłany przez automat z adnotacją (kopiuję): „Dostarczenie do wymienionych adresatów lub grup nie powiodło się: xxx@uksw.edu.pl. Nie można znaleźć wprowadzonego adresu e-mail (…) Jeśli problem będzie nadal występował, skontaktuj się z administratorem poczty e-mail”.

Skontaktowałem się. Powiedział, że tak się stało, ponieważ mojego loginu ani hasła w bazie użytkowników już nie ma, gdyż przeszedłem w stan spoczynku. „Tak się postępuje ze wszystkimi osobami, które zrywają kontakt z instytucją”. Niczego nie zrywałem i chciałem temu określeniu stanowczo zaprzeczyć, ale po drugiej stronie już odłożono słuchawkę. Wykonanie kilku innych połączeń z przedstawicielami uczelni dało rezultat co prawda mniej przykry, ale z efektem takim samym – zostałem odcięty. Wyrzucony na śmietnik. Panie z dziekanatu, z którymi zawsze byłem w przyjaźni, ze smutkiem stwierdziły, że to nic nowego.

Rozumiem odseparowanie od pełnego nazwisk i innych danych osobowych systemu obsługi studentów i dydaktyki USOS, od działu zatrudnienia i bazy pracowników, bo jest to wymagane przez RODO (rozporządzenie o ochronie danych osobowych z 2016 r.), ale odebranie mi kontaktu naukowego, koleżeńskiego i afiliacyjnego, a także z doktorantami, pocztą, biblioteką i jej zakontraktowanymi zasobami zagranicznymi, również z systemem Windows (abonamenty różnych aplikacji), komunikatorem wewnątrzuczelnianym i kalendarzem uniwersyteckim, rychło okazało się karą za to, że byłem pracownikiem.

To bynajmniej nie powinno wynikać z RODO, a jednak wręcz potęguje jego przeraźliwie antykulturową i antyspołeczną moc, nadaną przez urzędników Unii Europejskiej. Podobnie jak w Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS (mającym m.in. obsługiwać twórczość aż do 70 lat po śmierci autorów, w Europie do 100) nic nie można załatwić, bo rzekomo RODO zakazuje podawania nazwisk spadkobierców zmarłych artystów, a łamanie tej zasady jest podobno bardzo surowo karane. RODO jest więc na skutek działania takich instytucji jak UKSW, UMCS, UO, WAT czy ZAiKS i tak dalej zdecydowanie mechanizmem niszczącym opartą na nazwiskach komunikację społeczną i uniemożliwiającym bycie osobą znaną i potrzebną. A może o to ma chodzić?

Po tym wszystkim przez pięć bitych lat różne instytucje polskie i zagraniczne, zdezorientowane nieistnieniem mojego adresu e-mailowego, często w przekonaniu, że nie żyję, poskreślały mnie ze swoich wykazów, usunęły z członkostwa, odebrały uprawnienia, zrezygnowały ze współpracy, wycofały moje prace z obiegu i zlikwidowały zapraszanie oraz planowanie dotacji do badań naukowych i pisania wcześniej ustalonych tekstów, recenzji, opinii.

Poniosłem znaczne straty materialne, ale przede wszystkim moralne. Koledzy, pozostawieni na UKSW jako nadal jego pracownicy, próbowali pocieszać. Przygotowana przez nich w tajemnicy solidna książka o moim dorobku artystycznoliterackim, a następnie wspaniała impreza pożegnalna, częściowo kompensowały poczucie wyrzucenia na bruk (dziękuję za te cudne zdarzenia przede wszystkim dziekanowi, profesorowi Tomaszowi Chachulskiemu).

Ale straty rosły nieprzerwanie. Do dziś na skutek zaniedbań uczelni nie mogę zainstalować własnego systemu MS Office, za który zresztą zapłaciłem. Były też i takie drobne przykrości, jak fakt, że wydawnictwo uczelniane przed paru laty oferowało patronat nad moimi książkami naukowymi i nagle, nie zapoznając się z nowymi tekstami, z tego się wycofało.

Z biegiem czasu nauczyłem się z tym żyć, ale niedawno znowu się okazało, że ktoś z mojej branży nie mógł się ze mną porozumieć, bo „nie odpowiadam na mejle”. Radio chciało przeprowadzić ze mną wywiad, Finowie z Uniwersytetu Medycznego w Turku chcieli się porozumieć w ważnej sprawie… I tak ciągle. O tym dowiadywałem się zawsze po czasie.

Jakaż była moja radość, kiedy przed Wielkanocą 2022 otrzymałem od księdza Rektora UKSW list z zapowiedzią zmian dotychczasowego obyczaju „wycinania emerytów”. Miało nastąpić przynajmniej wznowienie zapraszania ich na uczelniane imprezy. Od razu usiadłem do napisania odpowiedzi, w której grzecznymi słowy opowiedziałem, jak nas traktowano dotychczas. Uważałem, że moim obowiązkiem jest zwrócenie uwagi na tajemnice techniki gnębienia całkiem sprawnych umysłowo i fizycznie ludzi, którzy w swoich dziedzinach nieźle znają się na różnych rzeczach. Widocznie jednak zostało to źle odebrane, bo ani nie dostałem odpowiedzi, ani nie zaproszono mnie na żadną z licznych imprez w kwietniu, maju i czerwcu 2022. Szczególnie przykre było niezawiadomienie o uroczystości nadania stopnia doktora honoris causa mojemu młodszemu koledze i lekarzowi, profesorowi Henrykowi Skarżyńskiemu, na nowo powstałym Wydziale Lekarskim. Żal.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć