logo
FA 7-8/2022 z laboratoriów

Mariusz Karwowski

Inteligentna siła kolektywu

Inteligentna siła kolektywu 1

Rys. Sławomir Makal

Zaangażowanie obywatelskie z wykorzystaniem Internetu tworzy więcej możliwości, przełamuje skostniałość czy wręcz bezwład istniejących struktur.

„Proponuję pozostawienie zasady zagwarantowania każdej z dzielnic realizacji projektu do 150 tys. zł” – napisał jeden z mieszkańców Lublina. „Należy uszczelnić system głosowania, np. poprzez limit głosów z jednego komputera do maksymalnie pięciu” – dodał drugi. „Powinny być dodatkowe punkty za zgłaszanie projektów wpisujących się w strategię rozwoju miasta” – dorzucił jeszcze inny. Zapewne niewielu autorów tych propozycji zdawało sobie sprawę, że konstruując ramy nowego budżetu obywatelskiego, stali się częścią zbiorowej inteligencji. Tej samej, dzięki której powstała Wikipedia, oprogramowanie Linux czy, niewdrożona ostatecznie, konstytucja Islandii.

Efektowna zwinność

Pojęcie „inteligencji kolektywnej” ukuł jeszcze w erze przedinternetowej francuski filozof Pierre Levy, definiując w ten sposób proces zbiorowego podejmowania decyzji. Efekt końcowy poprzedzony jest dyskusją, wymianą informacji, w trakcie której wiedzę się przyswaja, grupuje, wyjaśnia i porównuje. W myśl zasady „Nikt nie wie wszystkiego, każdy wie coś”, zdolność takiej zbiorowości do znalezienia rozwiązania danego problemu jest lepsza niż pojedynczych jej członków, pracujących niezależnie od siebie. Co więcej, ich poczucie odpowiedzialności za wytworzone treści sprzyja poprawie jakości tej wiedzy: prawdopodobieństwo wykrycia błędów, brakujących informacji czy niepoprawnych danych jest bowiem o wiele większe. Początkowo wizja ta miała charakter czysto teoretyczny. Nowe życie dał jej rozwój sieci internetowej.

– Kiedy rozproszone zespoły ludzi, którzy się nie znali ze sobą, zaczęły bez motywacji finansowej tworzyć oprogramowanie czy encyklopedię internetową, nikt nie dawał temu większych szans, a już na pewno nie spodziewał się, że przyniesie to takie efekty. Tymczasem dowiedzieliśmy się czegoś nowego o tym, jak ludzie myślą, jak pracują i jak można tworzyć pewne wartości. Bez komunikacji internetowej te projekty nie byłyby możliwe – przekonuje dr Rafał Olszowski z Katedry Technologii Informacyjnych i Mediów Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Wskazuje jednocześnie, by nie utożsamiać inteligencji kolektywnej z często używanym w podobnym kontekście terminem „mądrość tłumu”. Podstawą tej ostatniej nie jest bowiem intencjonalność, świadome zaangażowanie, to bardziej uśrednione dane zagregowane z danej zbiorowości. W przypadku inteligencji zbiorowej, która wiąże się z rozwiązywaniem specyficznych kwestii, wymagających wiedzy dziedzinowej, czy zaangażowaniem ludzi wokół określonej idei, chodzi nie tyle o ilość, co o jakość. I to zarówno tych, którzy partycypują, jak i wytwarzanych przez nich treści.

Sama partycypacja to jednak nie wszystko. O ile w niej liczy się samo uczestnictwo, o tyle efekt końcowy najważniejszy jest w popularnym w ostatnich latach crowdsourcingu. Tak jak dawniej outsourcing wydzielał pewne procesy poza strukturę danej organizacji, tak teraz można je zlecać społecznościom rozproszonym. Ludzie, których nawet nie trzeba rekrutować do pracy, angażują się, czy to z powodów finansowych, prestiżowych, czy po prostu z poczucia misji, w konkretne projekty. W zbiorowej inteligencji oba te pojęcia – i partycypacja, i crowdsourcing – w różnym stopniu funkcjonują.

– Dawniej procesy zarządzania czy podejmowania decyzji oparte były na tzw. modelu kaskadowym, w którym kolejne etapy wynikały z poprzednich. Obecnie stosowane są modele zwinne – w trakcie tworzenia wynikają niespodziewane wcześniej rezultaty, mogące nawet zmienić cel, kierunek, ale przy umiejętnym doborze ludzi, którzy nie tylko mechanicznie wykonują swoją pracę, lecz robią to z pasją i zaangażowaniem, możemy uzyskać znacznie lepsze efekty niż przy schemacie działania hierarchicznego – tłumaczy dr Olszowski, który zajmuje się badaniem kolektywnej inteligencji w sferze publicznej.

Zwraca uwagę, że zachodząca rewolucja technologiczna nie pozostała bez wpływu także na ten obszar. Już w 2015 roku pytał w jednej z publikacji, czy możliwa jest elektroniczna republika? Pisał o zmieniającej się funkcji państwa, które przestaje być monopolistą w realizacji zadań publicznych. Zamiast, jak dotąd, pełnić rolę autorytatywnego ośrodka rozwiązywania problemów, przyjmuje funkcję arbitra, który zaprasza obywateli, organizacje pozarządowe i przedsiębiorstwa do wspólnego poszukiwania najlepszych rozwiązań. W ten sposób podmioty te w aktywny sposób przejmują niektóre obowiązki państwa, korzystając ze znacznie większej niż dotychczas ilości danych. „Możliwości techniczne, jakie pojawiły się w związku z rozpowszechnieniem narzędzi e-governance, przekształcają sferę publiczną i relacje pomiędzy państwem i obywatelem w ten sposób, że dochodzi do strukturalnej transformacji systemu politycznego, ale przede wszystkim do redefiniowania roli obywatela w państwie i wzmocnienia cech aktywnie partycypującego, współtworzącego państwo uczestnika procesów decyzyjnych” – dowodził naukowiec z AGH, uznając za szczególnie ważne w tym kontekście badanie udziału społeczeństwa w procesach decyzyjnych. Ten właśnie aspekt wziął sobie na celownik.

– Analiza procesów elektronicznej partycypacji i zbiorowego podejmowania decyzji za pośrednictwem Internetu jest obecnie jednym z najważniejszych wyzwań, jakie stoją przed naukami politycznymi, a szczególnie przed naukami o polityce publicznej. W pionierskim na polskim gruncie projekcie interesowało mnie to, żeby zbadać możliwości wdrożenia tych zjawisk w administracji publicznej – wyjaśnia.

Ułomna pamięć zbiorowa

Kiedyś ów wpływ obywateli na rządzenie ograniczony był jedynie do wyborczej urny i ujawniał się raz na kilka lat. Teraz ma charakter ciągły, a obszar nim objęty znacznie się poszerzył. Taka e-partycypacja to m.in. elektroniczny przepływ informacji, elektroniczne konsultacje czy elektroniczne podejmowanie decyzji. Na Zachodzie najbardziej chyba znanym jej przejawem była konstytucja Islandii, którą obywatele tego kraju napisali właśnie przez… Internet. Powodowani brakiem zaufania do władz, zrodzonym w wyniku kryzysu ekonomicznego, sami postanowili stworzyć katalog propozycji i postulatów do nowej ustawy zasadniczej. Na tej podstawie grupa ekspertów opracowała projekt, a następnie umieszczono go w sieci, by każdy mógł się z nim zapoznać. Wszelkie sugestie zgłaszano przez Facebook. Cały proces zakończył się w połowie 2011 roku. Choć ostatecznie konstytucja nie weszła w życie, pokazała siłę inteligencji kolektywnej. Również w Finlandii próbowano wprowadzać akty prawne w wyniku ściśle zorganizowanej komunikacji. W Nowej Zelandii z kolei powstała aplikacja do zbiorowego podejmowania decyzji. Im bardziej Internet staje się kreatorem naszego życia, tym podobnych pomysłów będzie przybywać.

W Polsce elektroniczna partycypacja jak dotąd przyjmuje najczęściej formułę budżetu obywatelskiego. Szczególny wymiar zyskała w trakcie pandemii, kiedy kontakty na linii obywatel – urząd niemal w całości zostały przeniesione do Internetu. Nie zmniejszyło to jednak zaangażowania lokalnych społeczności w sprawy najbliższego otoczenia. Każda z tych zbiorowości, zauważa dr Olszowski, ogniskuje się wokół wykreowanego w ten czy inny sposób lidera – bez niego nie powstanie żaden projekt. Naukowiec dowodzi, że tym, z czym najczęściej zmagają się takie grupy, jest pamięć zbiorowa. Gdy w wyniku kolektywnej pracy pojawia się jakiś jej efekt, rozwiązanie, to rzadko kiedy zostaje on utrwalony. Dochodzi więc do tego, że w kolejnych latach osobom zaangażowanym w budżety obywatelskie przychodzi się mierzyć z podobnymi problemami. Brakuje komunikacji z ludźmi, którzy wcześniej brali w tym udział, nie ma dostępu do wiedzy, którą wypracowali. Zdaniem mojego rozmówcy wynika to z nieuporządkowania pozyskiwanych treści. Informacje zdobyte dzięki komunikacji online, np. na czatach czy forach dyskusyjnych, wymagają selekcji, bez której nie da się realnie działać. Z pomocą może tu przyjść sztuczna inteligencja, która uporządkuje komunikaty, a argumenty odpowiednio posegreguje. Jednym ze sposobów jest „drzewo argumentów”. Metodę tę stosują m.in. w Centrum Zbiorowej Inteligencji, działającym w Massachusetts Institute of Technology. Chodzi w skrócie o to, by na takim „drzewie” właściwie umiejscowić pojawiające się treści. Jeżeli zastanawiamy się, jak rozwiązać dany problem społeczny, np. obowiązek szczepień, to zestawienie argumentów „za” i „przeciw” daje obraz toczącej się dyskusji. Pomaga to w podejmowaniu lepszych decyzji.

Niezależnie od tego, czy będzie to robiła zbiorowość poprzez głosowanie, urzędnik administracji czy polityk wybrany w wyborach, najistotniejsze z punktu widzenia inteligencji są informacje umożliwiające podjęcie decyzji. To właśnie na gromadzeniu wiedzy na temat możliwych rozwiązań, krótko– i długoterminowych skutków, polega rola zbiorowości. Dzięki temu ostatni etap procesu, czyli decydowanie, jest już znacznie prostszy. Przy czym, jak zauważa naukowiec z AGH, nie chodzi tu o prostą syntezę danych, lecz o to, co wynika z naturalnej, spontanicznej komunikacji w ramach grupy. W zbiorowej inteligencji, inaczej niż w „internetowych bańkach”, liczy się różnorodność kognitywna, a więc wielorakie punkty widzenia. Bez tego trudno o dobrą decyzję. I nie zawsze musi być ona oparta na konsensusie. Zdarza się, że zderzenie przeciwstawnych stanowisk, a nawet pewnego rodzaju rywalizacja na argumenty, ale z zachowaniem szacunku dla drugiej strony, przynosi lepsze rozwiązania.

– Ważne, by myśleć w kategoriach projektowych. Zatem mamy pewną pracę do wykonania, zasoby i zespół ludzi. Nie ma większego znaczenia, czy wypracowanie efektów będzie polegać na współpracy czy konkurowaniu, to już zależy od specyfiki projektu.

Zabawa zamiast dobra wspólnego

Niezwykle istotnym aspektem kolektywnej inteligencji, widocznym choćby przy budżetach obywatelskich, jest jej sprawczość. Kiedy tego typu projekty zaczęły się pojawiać w polskich miastach, niektórym wydawało się, że to partycypacja dla samej partycypacji. Stąd być może wzięły się początkowe porażki. Tymczasem badacze, patrząc na to zjawisko choćby przez pryzmat „arabskiej wiosny” albo ruchu Occupy, zastanawiają się coraz głębiej nad tym, czy wykorzystując komunikację internetową, można przebudować system polityczny.

– Dla mnie kluczowe jest myślenie w kategoriach republikańskich, tzn. takich, w których jesteśmy współgospodarzami, współwłaścicielami, współuczestnikami zbiorowości. Ale żeby tak było, potrzeba zaangażowania. Dopiero wówczas możemy mówić o obywatelstwie w pełnym tego słowa znaczeniu. Konsumenci, którzy jedynie korzystają z rozwiązań dostarczanych przez administrację, niczego nie zmienią – podkreśla badacz.

I dodaje, że zaangażowanie z wykorzystaniem Internetu tworzy więcej możliwości, przełamuje skostniałość czy wręcz bezwład istniejących struktur, które za swój cel, co poniekąd zrozumiałe, uznają zachowanie status quo. Jednocześnie zwraca uwagę, że już teraz zaangażowane obywatelstwo bywa w Internecie wypierane przez obywatelstwo okazjonalne, epizodyczne, zorientowane nie na dobro wspólne, lecz autoprezentację i wspólną zabawę. To niejedyne zagrożenia dla kolektywnej inteligencji. Anonimowość i brak odpowiedzialności sprzyjają wielu negatywnym zjawiskom. Jak pokazują choćby media społecznościowe, bez dyscypliny, narzuconych reguł, zarówno pojedynczy człowiek, jak i większe społeczności instynktownie „idą na łatwiznę” i tracą tym samym swoją inteligencję.

– Widząc ten komunikacyjny chaos, jeszcze bardziej przekonuję się, jak ważne są badania nad zbiorowością i nad czynnikami, które wpływają na jej inteligentne myślenie – konstatuje dr Olszowski.

Kreśląc możliwe kierunki rozwoju, badacz nie ma wątpliwości, że kolektywna inteligencja będzie raczej możliwa w mniejszych społecznościach. Wskazuje na wykorzystanie jej przy konkretnych zadaniach zlecanych przez administrację. Całkiem realną widzi możliwość tworzenia polityk publicznych w określonych obszarach. W USA podejmowane są np. próby tworzenia systemów współpracy zbiorowej dla pracowników administracji federalnej. Chodzi o to, by połączyć ludzi mających specjalistyczną wiedzę na dany temat do rozwiązywania konkretnych problemów. Jednak chyba najbardziej interesujący nurt to w tej chwili połączenie sztucznej inteligencji i zbiorowej inteligencji. Ma pokazać, w jaki sposób algorytmy, które pomagają w porządkowaniu wiedzy, mogą współdziałać ze zbiorowościami i je wspierać.

– O samą istotę inteligencji pytamy jako humaniści, ale informatyków też to interesuje, bo oni szukają metod na rozwiązywanie problemów. To duże pole do obustronnej współpracy – zwraca uwagę dr Olszowski, który teraz zajmuje się badaniami komunikacji na Twitterze, a więc w nieco większej skali.

Chce z dużej ilości danych wyprowadzić wnioski, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Bez narzędzi technicznych nie byłoby to możliwe. Multidyscyplinarność wpisana w strukturę Wydziału Humanistycznego AGH, gdzie pracują zarówno badacze procesów społecznych, jak i specjaliści techniczni, daje odpowiednią perspektywę.

Wróć