logo
FA 7-8/2022 życie akademickie

Marek Misiak

Czy jest pan Polakiem?

Czy jest pan Polakiem? 1

Fot. Stefan Ciechan

Wątpliwości zaczynają się przy nazwach amerykańskich uniwersytetów stanowych, ponieważ wśród pięćdziesięciu stanów USA są mające nazwy spolszczone i odmienne, spolszczone, ale nieodmiennie lub nazwy niezmieniające po polsku formy, ale odmienne.

Choć od kilku lat redaguję po angielsku, a czasem także po niemiecku, nie straciłem kontaktu z pracą nad tekstem w ojczystym języku i regularnie szlifuję artykuły oraz książki naukowe po polsku. Mogłoby się wydawać, że poruszanie się w ojczystej mowie powinno być łatwiejsze, ale to mylne wrażenie. Częstsza jest bowiem pokusa działania opartego na intuicji, a ta może prowadzić na manowce, gdyż z domu lub szkoły mogliśmy wynieść głęboko zakorzenione błędne nawyki. Obcy język, nawet biegle opanowany, wymusza większą pokorę i świadomość własnych niedoskonałości. Spory, które toczę z autorami tekstów po polsku, bywają bardziej zażarte niż dyskusje wokół manuskryptów po angielsku czy w innym języku obcym.

Niektóre z pozoru dziwne postawy autorów jestem w stanie zrozumieć, tym bardziej że mnie samemu nie są one obce (tyle że w pracy muszę nad nimi panować, aby nie wpływały na moje kompetencje). Dobrym przykładem są obcojęzyczne nazwy i nazwiska. Zdarza się, że autor oczekuje, że w tekście będą one występować w oryginalnym brzmieniu (choć nie jest to uwarunkowane tematyką tekstu) i wyraża zdziwienie, że wprowadziłem poprawki. Na podstawie dotychczasowych doświadczeń mogę wskazać trzy powody takich oczekiwań. Utytułowani badacze, którzy przez lata pracowali za granicą, mogą być tak przyzwyczajeni do oryginalnej pisowni, że polska może ich razić. Z kolei młodsi adepci nauki korzystają głównie z anglojęzycznych źródeł i potrafią być autentycznie nieświadomi, że w ogóle istnieją polskie odpowiedniki niektórych nazw czy pojęć (co jednak charakterystyczne, dziwi ich Neapol, ale Naples – w artykule po polsku – już nie). Wreszcie niektórzy autorzy tak obawiają się popełnienia błędu lub niezrozumiałości tekstu, że wolą wszystko przytaczać w oryginale i niczego nie odmieniać. Niestety posługiwanie się spolszczonymi wersjami nazw własnych i polskimi odpowiednikami pojęć i terminów (o ile są to dokładne odpowiedniki) nie jest kwestią wyboru. Dobrym przykładem są nazwy amerykańskich stanów. W tekście po polsku jedyna prawidłowa pisownia to Teksas i Kalifornia, chyba że nazwa stanu jest częścią dłuższej nazwy, która nie ma polskiej wersji (np. Texas City). Szczególnie często problem ten napotykam przy nazwach miast: Mainz to polsku zawsze Moguncja, Kiel – Kilonia, a Den Haag – Haga. Spolszczeń nazw geograficznych nie cechuje żadna konsekwencja. W USA jest kilka miast, które mają obowiązujące spolszczone nazwy (Nowy Jork, Filadelfia, Waszyngton), są takie, które nie zostały spolszczone, ale się odmieniają (Pittsburgh, Tampa), natomiast większość pozostaje nieodmienna. Czasem brak polskiej wersji wynika z potrzeby odróżnienia danej nazwy własnej od innej nazwy, stąd Londyn w Wielkiej Brytanii, ale London w Kanadzie czy grecka wyspa Itaka i miasteczko Ithaca w stanie Nowy Jork (siedziba Uniwersytetu Cornella).

Uniwersytety i stany

Ostatnia przytoczona nazwa wskazuje na kolejny problem, często obecny w polskojęzycznych publikacjach naukowych – nazwy zagranicznych uczelni. W przypadku tych najbardziej znanych przyjęte jest podawanie ich w wersji spolszczonej, zatem zawsze Sorbona (a nie Sorbonne), Uniwersytet w Oksfordzie (a nie Oxford University) czy Uniwersytet Harvarda (a nie Harvard University). Ta ostatnia nazwa stanowi zresztą przykład tendencji widocznej w polskim piśmiennictwie naukowym i popularnonaukowym od okresu międzywojennego do lat sześćdziesiątych, gdy dążono do możliwie szerokiego spolszczania i lansowano pisownię Harward czy Newada, która – jakkolwiek poprawna – jest już bardzo rzadko spotykana. Problematyczne są natomiast dla autorów i redaktorów nazwy uczelni i innych instytucji naukowych rzadziej spotykane w polskojęzycznych źródłach. Z mojej strony mogę sformułować następujące wskazówki.

Najpierw sprawdzamy, czy istnieje już ustalona polska wersja danej nazwy. Warto pamiętać, że nie musi być ona wiernym przekładem oryginalnej, np. niemiecki odpowiednik NASA to po polsku Niemiecka Agencja Kosmiczna, ale w oryginale Deutsches Zentrum für Luft– und Raumfahrt, czyli dosłownie Niemieckie Centrum Aeronautyki i Podróży Kosmicznych. Jeśli powszechnie stosowanego polskiego odpowiednika nie ma, a nazwa daje się przetłumaczyć, robimy to, a oryginalną nazwę podajemy ewentualnie w nawiasie (Uniwersytet w Guadalajarze / Universidad de Guadalajara). Jeśli nazwa jest rozbudowana, można stworzyć skróconą nazwę, a oryginalną podać w nawiasie (np. Instytut Herdera / Herder-Institut für historische Ostmitteleuropaforschung – Institut der Leibniz-Gemeinschaft), o ile tylko nadal nie będzie wątpliwości, o którą instytucję chodzi (np. w Niemczech istnieją dwa instytuty im. Maxa Plancka). Jeśli nazwa zawiera nazwisko, a nie lokalizację, tłumaczymy (Uniwersytet Harvarda, Uniwersytet Cornella, Uniwersytet Johna Hopkinsa). Jeśli nazwa jest skrótem – akronimem (pierwsze litery, np. CDC / Centers for Disease Control and Prevention), grupowcem (pierwsze sylaby, np. Caltech / California Institute of Technology) lub skrótem innego typu (np. Virginia Tech / Virginia Polytechnic Institute and State University), można poprzestać na podaniu właśnie skrótu, a nawet go odmieniać (Caltech – na Caltechu). Rozwinięcie skrótu w nawiasie może być przydatne, jeśli nie jest on szeroko znany polskim czytelnikom, wówczas trzeba podać zarówno oryginalną pełną nazwę instytucji, jak i polski odpowiednik, jeśli istnieje (Caltech / California Institute of Technology / Kalifornijski Instytut Techniczny).

Wątpliwości zaczynają się przy nazwach amerykańskich uniwersytetów stanowych, ponieważ wśród pięćdziesięciu stanów USA są mające spolszczone i odmienne nazwy (Teksas, Kalifornia, Pensylwania, Luizjana, Nowy Meksyk, Dakota Północna i Południowa, Karolina Północna i Południowa, Wirginia, Wirginia Zachodnia, Floryda, Hawaje), nazwy spolszczone, ale nieodmienne (Kolorado, Missisipi) lub nazwy niezmieniające po polsku formy, ale odmienne (Alaska, Nevada, Arizona, Alabama, Georgia, Oregon, Minnesota, Montana, Nebraska, Oklahoma, Vermont), ale i takie, których nazwy w ogóle się nie odmieniają – albo dlatego, że z powodu końcowej głoski nie da się ich wpasować w żaden wzorzec odmiany (Idaho, Utah, Delaware, Ohio, Massachusetts, Arkansas, Kentucky, Maine, Missouri, Tennessee), albo ponieważ składają się z dwóch części, których jedna to nietłumaczony angielski człon (New Jersey, New Hampshire, Rhode Island), albo z racji sztucznego lub trudnego do wymówienia brzmienia odmienionej postaci (Kansas, Connecticut, Maryland, Michigan, Wisconsin, Wyoming). Specyficznym przypadkiem są stany Nowy Jork i Waszyngton – tu zawsze obowiązuje pisownia „w stanie…” dla uniknięcia pomylenia stanu i miasta o tej samej nazwie (Nowy Jork leży w stanie Nowy Jork, choć nie jest jego stolicą; Waszyngton nie leży w stanie Waszyngton). W przypadku stanów z kierunkami świata w nazwie trzeba pamiętać o właściwym szyku: najpierw nazwa stanu, potem przymiotnik (a zatem Karolina Południowa, a nie Południowa Karolina). W wypadku uczelni zlokalizowanych w stanach o odmiennych nazwach autor ma wybór. Może zdecydować się na starszą formę z nieodmienną nazwą stanu, np. Uniwersytet Stanowy Stanu Arizona (University of Arizona) albo na krótszą wersję z odmienioną nazwą stanu, tj. Uniwersytet Arizony. Przy nieodmiennych nazwach stanów wybór jest podobny, ale nazwa stanu pozostaje niezmienna – University of Michigan to albo Uniwersytet Michigan, albo Uniwersytet Stanowy Stanu Michigan.

Mnogość uniwersytetów stanowych

Przy oddawaniu po polsku nazw amerykańskich uczelni warto uważać, aby nieświadomie nie wprowadzić czytelnika w błąd, ponieważ w tym samym stanie może być kilka uczelni o podobnych nazwach. Jeśli w nazwie instytucji jest jej lokalizacja, może to być nieprzypadkowe. Uniwersytet Teksański w Austin (The University of Texas at Austin) to inna placówka niż Teksański Uniwersytet Stanowy ewentualnie Uniwersytet Stanowy Stanu Teksas (Texas State University), mieszczący się w San Marcos. Podobnie Uniwersytet Michigan ewentualnie Uniwersytet Stanowy Stanu Michigan (University of Michigan) w Ann Arbor to inna uczelnia niż – także państwowy – Uniwersytet Michigan w Dearborn ewentualnie Uniwersytet Stanowy Stanu Michigan w Dearborn (University of Michigan–Dearborn); niektóre stany (niekoniecznie te największe) mają więcej niż jeden uniwersytet stanowy. Uniwersytet Kalifornijski (takie tłumaczenie jest znacznie częstsze niż Uniwersytet Kalifornii) to nie jedna uczelnia, lecz system dziesięciu uniwersytetów, zatem podawanie, o który chodzi, jest konieczne, np. Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles (University of California Los Angeles – po angielsku nie ma „w”, ale po polsku należy dodać ten przyimek). Jeśli chodzi o uczelnie w stanie Nowy Jork, błędne jest tłumaczenie Columbia University jako Uniwersytetu Kolumbii, gdyż może to sugerować, że chodzi o Uniwersytet Kolumbii Brytyjskiej (University of British Columbia) w Vancouver albo wręcz o Narodowy Uniwersytet Kolumbii (Universidad Nacional de Colombia) w Bogocie. Mylące może być też tłumaczenie Uniwersytet Nowojorski, gdyż nie wiadomo, czy chodzi o New York University (NYU), Uniwersytet Stanowy Stanu Nowy Jork (State University of New York), czy o Uniwersytet Miasta Nowy Jork/Uniwersytet Miejski w Nowym Jorku/Uniwersytet Miejski Nowego Jorku/Miejski Uniwersytet Nowojorski (City University of New York – CUNY). Ten ostatni przykład jest szczególnie wymowny: cztery polskie odpowiedniki, ale wszystkie wskazują jasno, o którą uczelnię chodzi, a jednocześnie uwidaczniają, jak w razie najmniejszych wątpliwości ważne jest podanie także oryginalnej nazwy.

Innym, ale istotnym problemem w polskojęzycznych tekstach naukowych jest odmienność nazwisk. Polszczyzna jest – podobnie jak wszystkie języki słowiańskie – silnie fleksyjna i duża część imion i nazwisk, które dają się wpasować w któryś z obecnych w naszym języku wzorców deklinacji, należy odmieniać (w pewnych, dość rzadkich przypadkach odmienność jest fakultatywna). Prawdopodobnie pod wpływem znacznie słabiej fleksyjnych (zwłaszcza jeśli chodzi o deklinację) języków germańskich coraz silniejsza jest jednak tendencja do pozostawiania nazw własnych i nazwisk w niezmienionej formie, w niektórych transnarodowych firmach jest to oficjalna polityka przedsiębiorstwa. Coraz częściej napotykam zatem na autorów wyraźnie zdziwionych, że obcojęzyczne imiona i nazwiska – także blisko– i dalekowschodnie – często także są odmienne po polsku; co więcej – odmiana taka może prowadzić do modyfikacji tematu wyrazu (Joyce – o Joysie) albo pojawienia się tzw. ruchomego „e” (Wrabec – dla Wrabca; to czeskie nazwisko, a w czeszczyźnie ruchome „e” nie występuje). Trzeba jednak wspomnieć, że w polszczyźnie nie odmieniamy za wszelką cenę. Dobrym przykładem są imiona i nazwiska japońskie. Te zakończone na –o teoretycznie można by odmieniać (Hashimoto – choroba *Hashimoty), ale po pierwsze taka forma raziłaby wielu Polaków, a po drugie utrudniałaby ustalenie postaci mianownika bez wiedzy pozajęzykowej (Hashimoty to dopełniacz zarówno od Hashimoto, jak i Hashimota). Nieodmienne są nazwiska kończące się na głoski niewystępujące w polszczyźnie (np. wiele nazwisk francuskich: Malraux, Camus) albo występujące, ale niepozwalające na dopasowanie wzorca deklinacji (np. rumuńskie imiona i nazwiska zakończone na –u: Radu, Ceaușescu).

Nie mam natomiast dobrych wieści dla osób noszących odmienne w naszym języku nazwiska, które deklarują, że „moje nazwisko się nie odmienia” albo bardziej subiektywnie, że „nie odmieniam mojego nazwiska”. Odmienność nazwiska nie zależy od decyzji jego posiadacza. Rozumiem, że jest to sprzeczne z wewnętrznym poczuciem, bo mało jest tak intymnych kwestii, jak własne imię i nazwisko, ale takie są reguły nie tylko w polszczyźnie, lecz także po czesku, rosyjsku czy ukraińsku. Nieodmienienie nazwiska, które w danym kontekście da się i należałoby odmienić, jest rażącym błędem językowym. Noszący dane nazwisko może natomiast decydować, jak ma być ono odmieniane, jeśli jest kilka możliwości. Dotyczy to szczególnie niektórych nazwisk z ruchomym „e” (poprawna jest odmiana zarówno Engela, jak i Engla, Gocela, jak i Gocla) oraz stanowiących rzeczownik pospolity odmieniany z przegłosem (Dąb – Dęba lub Dąba, Gołąb – Gołębia lub Gołąba). Argumentem przeciw odmianie – i to ważkim – jest wspomniana już wyżej trudność w ustaleniu postaci mianownika. W takiej sytuacji należy jednak tak przeformułować zdania, w których występuje dane nazwisko, aby zawsze występowało ono w mianowniku – nawet usterki stylistyczne są lepsze niż rażące błędy. Nie bez powodu niektóre formularze urzędowe lub bankowe są układane w taki sposób, by wymuszać wpisywanie wszystkich imion i nazwisk zawsze w mianowniku.

Pytanie z tytułu artykułu usłyszałem kiedyś od jednego ze zleceniodawców, który był tak mocno przekonany o swojej racji w kilku spornych kwestiach, że doszedł do wniosku, iż moje obstawanie przy innych rozwiązaniach wynika z tego, że polszczyzna jest dla mnie językiem obcym. Kilka razy w życiu zostałem wzięty za Rosjanina, Niemca, Hiszpana, a nawet izraelskiego Żyda, ale to temat na osobną opowieść. Zapewniam, że jestem Polakiem.

Wróć