logo
FA 7-8/2022 życie akademickie

Rozmowa z prof. Januszem Stankowskim z Politechniki Śląskiej

Artyści i inżynierowie

Artyści i inżynierowie 1

Zdecydowanie jestem zwolennikiem poglądu, że architektura jest sztuką, a pogląd ten wcale nie jest taki oczywisty.

Jak to się stało, że kierunek artystyczny, jakim jest architektura wnętrz, został utworzony na Politechnice Śląskiej?

To było po roku dwutysięcznym, kiedy w zmieniającej się rzeczywistości ministerstwo promowało inicjatywy związane z powoływaniem nowych kierunków. Akademia Sztuk Pięknych już wcześniej nawiązała kontakt z politechnikami, gdyż uruchomiliśmy w Poznaniu kierunek architektura. Był to prekursorski eksperyment w Polsce, wynikający wyłącznie z przesłanek ideowych – niepokoił nas los absolwentów. Ponieważ w tym okresie mówiło się, że „pieniądz idzie za studentem”, politechniki zaczęły przyjmować nieracjonalne ilości kandydatów na studia, także na architekturę. Po pewnym czasie na rynek pracy trafiły horrendalne liczby architektów. Aż tyle się w Polsce nie budowało i nie buduje, w związku z tym gros absolwentów architektury zaczęło przejmować pewien segment rynku dotyczący projektowania wnętrz. Sprzyjało temu nowe prawo budowlane, które wygenerowało taką sytuację, że jakakolwiek zmiana w obiekcie związana ze zmianą konstrukcji, np. wykucie drzwi, wymagała kwalifikacji i pozwoleń, których architekci wnętrz nie posiadali, pomimo świetnego przygotowania technicznego. W tym czasie dziekanem Wydziału Architektury i Wzornictwa ASP w Poznaniu został śp. prof. Zdzisław Łosiński, a ja pełniłem funkcję prodziekana. Po wielu dyskusjach podjęliśmy decyzję, aby zaproponować studentom pewną alternatywę, mianowicie studia architektury. Utworzyliśmy je w porozumieniu z ówczesnym dziekanem Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej prof. Wojciechem Bonenbergiem.

Zwróciliście się o kadry do politechniki?

Tak.

Korzystna wymiana – wykładowcy mogli wyrwać się ze świata techniki i dotknąć spraw bliższych samej idei architektury. Pewnie dlatego nie traktowali ASP jako konkurencji.

Niemniej nasze kierunki oczywiście się różniły. Musieliśmy spełniać pensum programowe, natomiast wszystkie luki, które były w standardach kształcenia, wypełnialiśmy przedmiotami artystycznymi, z kolei politechnika wypełniała je przedmiotami technicznymi. Prof. Wojciech Bonenberg zaproponował wymianę obopólną, wykładowcy ASP zaczęli także pracować na politechnice. Ciepło wspominam ten okres, bo studenci z politechniki bardzo chętnie uczestniczyli w zajęciach, które odbywały się w pracowniach artystyczno-projektowych. Na politechnice z kolei – podpatrując, co u nas się dzieje – wprowadzono takie przedmioty, jak projektowanie graficzne i architektura wnętrz, a na ostatnim roku studenci robili własne portfolio, co pomagało im w starcie zawodowym. Problem integracji środowisk zawsze mnie intrygował. Choć moimi mistrzami byli architekci po Politechnice Wrocławskiej: Jan Węcławski, Włodzimierz Wojciechowski, Jerzy Schmidt, nigdy nie miałem wątpliwości, że to są artyści i kształcą nas na artystów. Zmierzam jednak do tego, że po otwarciu kierunku architektura w ówczesnej poznańskiej ASP prof. Zdzisław Łosiński i ja zaczęliśmy być zapraszani do Warszawy na spotkania dziekanów reprezentujących wydziały architektury wszystkich polskich uczelni. I tak, poprzez prof. Bonenberga, absolwenta Politechniki Śląskiej, poznaliśmy dziekana ówczesnego Wydziału Architektury PŚ prof. Krzysztofa Gasidłę, który bardzo interesował się architekturą wnętrz. Otrzymałem od niego propozycję opracowania schematu programowego tego kierunku, aby wdrożyć go na Politechnice Śląskiej. Podjąłem się tego zadania.

Program został opracowany na bazie architektury wnętrz prowadzonej w ASP?

Artyści i inżynierowie 2Tak i z wykorzystaniem doświadczeń, które już miałem na Politechnice Poznańskiej, a także w Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej w Szczecinie. Okazało się, że kierownikiem Katedry Sztuk Pięknych na Śląsku jest nasz kolega malarz, prof. Krzysztof Markowski, którego znałem i lubiłem.

Katedra Sztuk Pięknych na Politechnice Śląskiej była dedykowana studentom architektury?

Tak. Później także studentom architektury wnętrz. To był przyczółek sztuki, niezwykle ważny, uważam, że fundamentalny. Zdecydowanie jestem zwolennikiem poglądu, że architektura jest sztuką, a pogląd ten wcale nie jest taki oczywisty.

Niestety.

Spotkałem się np. z opiniami, że architektura jest nauką w sensie teoretycznym, co można zakwestionować, bo architektura jest przede wszystkim umiejętnością, a umiejętność to przecież sztuka. System awansów na politechnice jest inaczej skonstruowany niż w uczelniach artystycznych – tam np. nie ma instytucji asystentów. Ktoś po doktoracie może od razu wkroczyć w tryb dydaktyczny, ale zapytam: gdzie jest okres pedagogicznego terminowania? Sztuki uczy się najskuteczniej, jak mi się wydaje, w profilu mistrzowskim, warsztatowym. Dlatego w uczelniach artystycznych pracownia nadal jest podstawową jednostką, z pełną odpowiedzialnością profesora za wyniki kształcenia. Oczywiście profesor musi się wpisać organizacyjnie i programowo w katedrę, w ducha uczelni, ale jednak on nadaje pewien ton, osobowość. Moim zdaniem tego powinniśmy bronić. Poznańska uczelnia artystyczna przechodziła głębokie reformy, jednak formuła zajęć pracownianych się nie zmieniła.

Czy miał pan dużą autonomię przy tworzeniu koncepcji programowych dla architektury wnętrz na Politechnice Śląskiej?

Tak. Przygotowałem ramy programowe dotyczące poszczególnych przedmiotów i to zostało właściwie bez zastrzeżeń przyjęte i wdrożone. Ówczesna Katedra Sztuk Pięknych (obecnie Katedra Sztuk Pięknych i Projektowych) była jednostką w znacznej mierze samodzielną, pracowali tam wybitni twórcy. Rzeźbę prowadził prof. Stanisław Słodowy, grafikę i rysunek prof. Jacek Żurakowski, rysunek i malarstwo Adam Styrylski, z Poznania oprócz mnie zatrudniono prof. Jerzego Stillera, a kierownictwo katedry po prof. Markowskim objęła prof. Natalia Bąba-Ciosek. Natomiast kierunek przyjął strukturę organizacyjną wydziału. Na politechnice, w przeciwieństwie do uczelni artystycznych, nie ma pracowni, prowadzi się poszczególne przedmioty.

A jak pan ocenia efekty takiego kształcenia na tle systemu pracownianego?

Zdecydowanie uważam, że system pracowniany jest lepszy, aczkolwiek poziom bardzo trudno oceniać. Z racji mego długoletniego doświadczenia jestem bardzo krytyczny w stosunku do tych wszystkich weryfikacji i akredytacji. Przez wiele lat brałem udział w egzaminach wstępnych: od asystenta, który nosił teczki, poprzez sekretarza, do kierownika komisji. Cóż mogę stwierdzić – mimo że formuła egzaminu nieustannie się zmieniała, nie osiągnęła optymalnego kształtu. Nie jest to doskonała weryfikacja, o czym najlepiej świadczy fakt, że w pewnym momencie uruchomiliśmy w poznańskiej uczelni studia niestacjonarne, na które trafiali ci kandydaci, którzy się nie dostali na bezpłatne studia dzienne. I proszę sobie wyobrazić, że po roku pracy czasami okazywało się, że poziom jest wyższy niż na stacjonarnych.

Powstał salon odrzuconych…

Artyści i inżynierowie 3

Czyli nasz sposób weryfikacji był ułomny. Reforma egzaminu polegała na jego nieustannym skracaniu: ja zdawałem egzamin w ciągu dwóch tygodni, teraz trwa on trzy dni. Ale – wracam do poprzedniego wątku – wydaje mi się, że poziom absolwentów architektury wnętrz jest porównywalny, niezależnie od tego, czy studiują na uczelni artystycznej, czy na politechnice. Te osoby opuszczają uczelnię z pewnymi predyspozycjami, otwarciem na świat i rozumieniem, że projektowanie jest procesem, że wiedzę nieustannie trzeba uzupełniać.

Jak pan jednak zauważył, w przypadku akademii sztuk pięknych, w przeciwieństwie do politechnik, studenci mają wolny wybór wielu pracowni artystycznych czy artystyczno-projektowych o zróżnicowanym programie. Możemy też mówić o pewnym genius loci…

Niestety w nauczaniu architektury na politechnikach liczbę przedmiotów artystycznych nieustannie się redukuje, coraz mniej jest zajęć z rysunku czy rzeźby, mniej też jest zajęć plenerowych, które po pierwsze integrowały studentów, a po drugie były nieocenionym doświadczeniem artystycznym. Znów podkreślę tutaj fundamentalną przynależność architektury do obszaru sztuki, jestem gotów polemizować z każdym innym stanowiskiem. Na UAP student może wybrać jedną z siedemnastu pracowni rysunku o zróżnicowanym programie, jest wiele pracowni malarskich i pracowni rzeźby, natomiast na Politechnice Śląskiej zamiast pracowni są obowiązkowe przedmioty – mamy więc kurs rysunku, malarstwa, scenografii, grafiki i plakatu, znakomicie zresztą prowadzony przez prof. Jacka Jostberentza. Student nie ma więc wyboru, ale ze względu na specyfikę uczelni trudno oczekiwać, aby powoływane były kolejne jednostki po to tylko, by studenci ten wybór mieli.

Moje doświadczenie z Politechniką Śląską jest niezwykle sympatyczne, nie tylko ze względu na dużą ilość nagród rektorskich, które otrzymałem. Jeśli mówimy o genius loci… Wie pani, zajęcia odbywają się w pięknym modernistycznym budynku, o świetnych proporcjach, który ma swój klimat, gdzie widać dbałość o detal – prosty, ale perfekcyjny. Cały obszar, na którym zlokalizowano budynki politechniki, zmienia się na coraz piękniejszy, dba się o zieleń, powstaje mała architektura, piękne oświetlenie. Teren miasteczka akademickiego zamknięto dla ruchu samochodowego, powstały ciągi spacerowe.

A kto zajmuje się projektowaniem w tym obszarze? Lokalni projektanci?

Na Śląsku zlecenia realizują projektanci związani z uczelnią. Ja sam zostałem zaproszony do projektu, który opracowałem wspólnie z prof. Natalią Bąbą-Ciosek. Bardzo interesujące inicjatywy pojawiły się w związku z oczekiwaniami, aby uczelnie podejmowały współpracę z biznesem. Nawiązaliśmy np. kontakt z przedsiębiorstwem segregacji i utylizacji odpadów. Proszę sobie wyobrazić, że studenci weszli w ten projekt z ogromnym zaangażowaniem, gdyż młode pokolenie jest wychowywane w pewnej nawet – powiedziałbym – religii ekologicznej. Współpracowaliśmy w wielu obszarach: popularyzacja, promocja, plakat, powstawały koncepcje wystaw czasowych, instalacji artystycznych, które mogły być lokowane w różnych kontekstach i promować zachowania ekologiczne, takie jak segregacja odpadów. Robiliśmy też wnętrza, powstawały gry i zabawy dla młodzieży. Podoba mi się na Śląsku to, że koleżanki i koledzy nie trzymają się ściśle swoich specjalizacji. W pracowniach, jeśli pojawi się problem, rozwiązuje się go wielowątkowo. Jest duża otwartość i niewątpliwie także duch artystyczny. Są inicjatywy, wystawy środowiska, które jest bez porównania mniej liczne, ale zwarte. W tym środowisku, co bardzo mi się podoba, są osoby z kręgu wychowanków architektury, które zajmują się sztuką, uprawniają architekturę wnętrz lub wzornictwo. Patronem katedry był prof. Tadeusz Pfützner, człowiek wielkiego formatu, wychowanek politechniki, ale także artysta, który zajmował się designem, witrażami. Podobnie zresztą jak prof. Stanisław Słodowy. Osoby, które w tej chwili prowadzą zajęcia na kierunku architektura wnętrz, zetknęły się właśnie z takim wielowątkowym kształceniem. Mnie martwi jedynie to, że przy braku systemu pracownianego nie kształci się nowych kadr dla uczelni. Zdolny absolwent, zatrudniony na godzinach zleconych, może zrezygnować z pracy, gdy wchłonie go życie projektowe. Pozytywne z kolei jest to, że wskrzeszono przedmioty, z których w Poznaniu zrezygnowano, a ja je zamieściłem w programie, jak na przykład kolorystyka w architekturze.

Biorąc pod uwagę kolorystykę wielu współczesnych osiedli, to przedmiot bardzo istotny.

Tak. Poza tym Politechnika Śląska ma klimat. Lubię tam jeździć, a ponieważ na uczelni brakuje pracowni, życie artystyczne siłą rzeczy przenosi się do kawiarni, gdzie spotykamy się z kolegami. To jest bardzo ważne, bo gdyby pani zapytała, gdzie obecnie spotyka się środowisko poznańskie, to nie umiałbym odpowiedzieć, a tam wszyscy spotykają się w Hemingwayu na kolacjach. Tam się pije piwo i wódkę, ale nie rozmawia się o byle czym, tylko naprawdę o sztuce. W Hemingwayu poznałem wspaniałego poetę Jana Strządałę, którego wiersze ogromnie polubiłem, poznałem fotografików. Przychodzą dydaktycy, rozmawia się o problemach szkolnych.

Wspaniała sprawa. Podobnie jak dawny poznański Klub Plastyka, po którym, niestety, dziś nie ma już śladu.

Środowisku zaszkodziły także zmiany związane z organizacją szkolnictwa wyższego. Uważam, że zniesiono resztki demokracji. Dla nas fundamentem było to, że mogliśmy sami wybierać dziekana, obecnie rady wydziału zastępuje się różnymi komisjami do spraw szczegółowych, co nie sprzyja integracji środowiska i wymianie idei.

Jak zmieniło się nauczanie architektury wnętrz od czasu, gdy kończył pan studia w pracowni prof. Jana Węcławskiego?

Artyści i inżynierowie 4

Mój zmarły przyjaciel Jarosław Maszewski, który był profesorem ASP i dziekanem naszego wydziału, miał takie powiedzenie: „W sztuce nie ma postępu, jest tylko rozwój”. To mądre i głębokie przesłanie, dlatego powiem tak: nauczanie się nie zmieniło. Warunki, jak ustaliliśmy przed chwilą, są różne – jest system pracowniany, albo go nie ma, ale to jest tylko kwestia organizacji. Natomiast cele i metody pozostają takie same. Pamiętam program prowadzenia pracowni opracowany przez prof. Jana Węcławskiego, który zajmował jedną stronę, a może i mniej…

Nie było jeszcze tej strasznej biurokracji, „efektów uczenia się w odniesieniu do uniwersalnych charakterystyk PRK dla poziomu szóstego KA_AW01, 02, 03…”.

Efekty uczenia się były w głowie i przez to były bardziej uświadomione. Profesor przynosił napisany odręcznie program i mówił: „Panie Januszu, niech pan dopisze zadania na ten rok”. Zostawiał mi samodzielność, wychodząc z założenia, że jest niezbędna dla rozwoju. Starałem się zaskoczyć profesora, a także studentów, stawianiem pewnych problemów. Inaczej brzmi „projekt wnętrza kawiarni”, a inaczej „kreacja przestrzeni, która ma pachnieć kawą”. Kiedy objąłem pracownię, miałem moralny dylemat, czy nadal mogę przepisywać program profesora, bo ideowo się z nim utożsamiałem i nie widziałem żadnych przesłanek, aby go zmieniać. Przeredagowałem więc tylko ten program, ale on jest aktualny do dziś, zwłaszcza jeśli chodzi o deklarację ideową, kwintesencję poglądu na to, czym jest architektura i architektura wnętrz. Uważam, że jedyne co można zmodyfikować, wprowadzając różne eksperymenty, to metodyka postępowania. Na Politechnice Śląskiej chętnie wprowadzamy pracę zespołową, wychodząc z założenia, że to jest pewne signum temporis, że wielkie, poważne opracowania wymagają większej liczby specjalistów. Widzę, że to rodzi ferment, choć studenci czasem nie zgadzają się ze sobą. Dochodziło nawet do takich sytuacji, że się rozstawali. Jednak pewne tarcia wpisują się w doświadczenie współpracy, które samo w sobie jest cenne. Kiedyś powierzono mi zajęcia z metodyki projektowania. Przedmiot tradycyjnie był wpisany do programu, ale wychodziłem z założenia, że takiej metodyki nie ma. Wymyśliłem więc pewną formułę: przedstawiłem ze swego projektowego dorobku szereg realizacji i opowiadałem, jaka była metoda dochodzenia do końcowego rezultatu, a była ona za każdym razem inna. Oczywiście mamy pewien klucz rozpoznania sytuacji: zebranie danych, wyciągnięcie wniosków, inwentaryzacja, rozmowa, wariant koncepcji, zmiana koncepcji. To wszystko jest projektowaniem, chciałem jednak uczulić studentów na to, że każdy projekt wiąże się z odmienną drogą postępowania. Jeśli chodzi o sylwetkę absolwenta, tu też niewiele się zmieniło. Powinien opuścić uczelnię z jakąś bazową wiedzą praktyczną, z ogólną wiedzą na temat, czym jest architektura czy architektura wnętrz, oraz z autorefleksją, otwartością na wszystko, co niesie życie i świat, również na nowości techniczne, ale i z pewnym sceptycyzmem. Wracając do początku naszej rozmowy, mam przekonanie, że tak architektura, jak i architektura wnętrz są sztuką i wbrew temu co narzucają nam media, nie powinniśmy w tych dziedzinach zbyt łatwo ulegać modom. Inaczej będziemy projektować kościół, inaczej mieszkanie, a inaczej dom schadzek – bo i takim tematem zainteresowała się jedna z moich studentek. Kolor np. nie powinien wynikać z mody, on ma istotne znaczenie, gdyż oddziałuje na psychikę człowieka. Np. żółty pobudza apetyt, trochę czerwieni przyda się w sali, gdzie trzeba być aktywnym, z kolei niebieska podłoga może spowodować, że zaczniemy tracić równowagę. Wiele zależy od kontekstu. Libeskind w berlińskim Muzeum Żydów świadomie zastosował krzywą, pochyloną posadzkę, ale w tym przypadku chodziło o efekt artystyczny i wymowę symboliczną. Wracając jednak do pani pytania: cel i sens kształcenia pozostają niezmienne.

A jakie jest miejsce programów komputerowych w nauczaniu projektowania?

Przez długie lata w środowisku była kłótnia o komputery, kompletnie bzdurna. Kiedyś rysowało się rylcem, potem ołówkiem, potem wynaleziono grafion, potem grafos, potem – już za moich czasów – rapidograf, który dostawało się w prezencie na dyplom. Dziś są komputery. Oczywiście to jest tylko narzędzie, które nie wymyśli projektu mimo udogodnień i podsuwanych możliwości.

Jakie znaczenie dla projektantów ma rysunek koncepcyjny?

Tutaj, w środowisku śląskim, mamy pełne zrozumienie, że rysunek odręczny bezwzględnie trzeba kultywować, bo on kształci wyobraźnię. Le Corbusier wspominał, że kiedyś kupił aparat i zaczął fotografować architekturę aż do momentu, gdy zrozumiał, że on tych zdjęć nigdy nie ogląda, w związku z tym niczego się nie uczy. Natomiast rysując, poznaje się obiekt, jego strukturę, otoczenie… Rysunek odręczny ma sens, techniczny można wykonać przy użyciu komputera. Celem pracy na komputerze stało się osiągnięcie wizualizacji, takiej jak zdjęcie z realizacji, co jednak wydaje mi się nieszczere – wolę, gdy wizualizacja jest pewną stylizacją. Jak wiem, we Francji coraz bardziej cenione są przedstawienia odręczne, wraca się do makiet i modeli.

Artyści i inżynierowie 5

Kościół w Tossiat – projekt ołtarza

Pana zainteresowania naukowe koncentrują się m.in. wokół relacji sztuki i nauki.

Wbrew częstemu mniemaniu, to nie są dyscypliny, które się wzajemnie wykluczają. Uświadomił mi to zwłaszcza wielki mistrz Albert Einstein, który wyraził pogląd, że cele nauki i sztuki są tożsame. Celem tym jest odniesienie się do niepokoju związanego z egzystencją i wola poznania, mamy tylko różne instrumentarium. Nauka wiąże się z procesem wyciągania wniosków, a sztuka to jest intuicja. Ale Einstein posunął się jeszcze dalej – mimo że reprezentował dziedziny naukowe, grał także na skrzypcach i stwierdził, że jego zdaniem sztuka jest bliższa poznaniu niż nauka, a wyobraźnia cenniejsza od wiedzy, bo wiedza jest ograniczona, a wyobraźnia nie. Chociaż tu można polemizować, że wyobraźnia także jest ograniczona, chociażby do tego, co jesteśmy w stanie wchłonąć zmysłami. Obcowanie z dziełami sztuki daje nam jednak możliwość iluminacji, prawdziwego dotknięcia istoty rzeczy. I takie doświadczenie nie jest mi obce.

Rozmawiała Krystyna Matuszewska

Wróć