logo
FA 7-8/2021 informacje i komentarze

Andrzej Karpowicz

Plagiaty z cichym przyzwoleniem

Mecenas Andrzej Karpowicz, specjalista z zakresu prawa autorskiego, opisuje, na czym polega plagiat i jak wielkie straty przynosi uczelniom tolerowanie kradzieży własności intelektualnej.

Początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W Krakowie obroniono doktorat dotyczący twórczości Milana Kundery. Niedługo potem rektor UJ otrzymał list z Kanady. Jego autorka informowała w nim, że kluczowe 20 stron pracy doktorskiej to jej artykuł opublikowany wcześniej w czasopiśmie wydawanym w Paryżu. O sprawie zrobiło się głośno, rzecznik UJ oświadczył przed kamerą TVP: „U nas takie rzeczy się nie zdarzają!”. Jakiś czas potem jednak doktorat unieważniono.

Warto zauważyć, że ta historia zdarzyła się przed erą internetu. Już wówczas więc plagiatowanie było procederem ryzykownym, choć korzystanie z tekstów zagranicznych zdawało się dość bezpieczne. Niemal 30 lat później przywłaszczanie sobie cudzych tekstów zakrawa na szaleństwo lub głupotę: wszystko trafia do sieci, więc nie sposób liczyć na to, że oszustwo się nie wyda. A jednak ta plaga nie niknie; wprost przeciwnie, jej skala w polskiej nauce jest przerażająca, co dokumentuje niestrudzenie na tych łamach dr Marek Wroński. Wszystko to dla zdobycia pozycji w świecie naukowym lub jej utrzymania, ale na skróty, bez wysiłku.

Rzadko zdarza się, aby twórca nie korzystał w ogóle z dorobku twórczego innych autorów. Formy korzystania z tego dorobku są najrozmaitsze – od inspiracji do opracowania cudzego utworu. Często spotykana forma korzystania z dorobku poprzedników, tyle że nielegalna, to właśnie plagiat, a więc przywłaszczenie sobie cudzego autorstwa (inaczej: kradzież) całości utworu bądź jego fragmentu. Inną formą – dozwoloną, jeśli spełniono pewne warunki, o których niżej – jest cytat.

Autor powinien dokładnie określić, co w artykule stanowi jego własny wkład, a co jest dorobkiem innych. Powinien starannie zaznaczyć granice swej pracy. Odbiorca literatury naukowej, powinien mieć jasność co do tego, co wnosi sam autor, a co jest dorobkiem innych. Ten cudzą treść może omówić lub zacytować.

Cytowanie polega na przytoczeniu w dziele własnym cudzej pracy, w całości lub części, wskazując jednocześnie autora i źródło, bez wprowadzania własnych zmian i zaznaczając początek i koniec cudzego tekstu. Art. 29 prawa autorskiego określa dozwolony użytek publiczny – wymienia warunki, na jakich prawo zezwala na cytowanie: wolno w celu wyjaśniania, analizy krytycznej, nauczania lub w zakresie uzasadnionym prawami gatunku twórczości przytaczać, w utworach stanowiących samoistną całość, urywki utworów lub drobne utwory w całości. [Przepis ten dotyczy wyłącznie utworów rozpowszechnionych.]

Cytowanie jest więc prawnie dozwolone z chwilą łącznego spełnienia trzech przesłanek: 1) cytuje się w dziele stanowiącym samoistną całość (samodzielny utwór stanowiący przedmiot pr. aut.); 2) robi się to w celu wskazanym przez ustawę – a więc „dla wyjaśnienia, analizy lub nauczania” (czyli nie tylko dlatego, że sam nie potrafię); 3) cytat ma rozmiar określony przepisami, a więc dotyczy „urywka utworu” lub „drobnego utworu”.

Nagminne praktyki naruszeń prawa autorskiego, równoznaczne z popełnieniem plagiatu, polegają na praktyce włączania do swego utworu fragmentów naukowego utworu cudzego (w języku polskim lub przekładzie z języka obcego) bez wyraźnego zaznaczenia początku i końca cytatu (czyli bez użycia cudzysłowu) i bez wskazania źródła (autor/tytuł). Niektórzy naukowcy wskazują w przypisach źródło części zapożyczonych, a czasem nawet numery stron oryginału, co jednak nie ma znaczenia dla sanowania tych praktyk, czyli uwolnienia się od zarzutu plagiatu, wobec braku zaznaczenia granic cytatu (cudzysłów!).

Inny często spotykany, a całkowicie nieskuteczny wybieg plagiatora to wskazanie tytułu książki lub artykułu, z którego przepisano fragmenty lub całość, w wykazie literatury, na końcu książki. Kolejne przypadki maskowania kradzieży to praktyki polegające na wykorzystaniu fragmentów cudzego utworu z wplataniem do niego swoich słów czy zdań, co ma nadać im charakter tekstu własnego i uczynić ten proceder legalnym. Jest to jednak w dalszym ciągu rażące naruszenie praw majątkowych i osobistych pokrzywdzonego autora przywłaszczonych fragmentów.

Zdarzające się przypadki, w których plagiatorem są promotorzy i recenzenci prac studenckich lub doktoranckich, czasami są kwalifikowane przez rzeczników dyscyplinarnych i sądy jako niewielkie przewinienie, przypadki „znikomej szkodliwości społecznej”, rzecz małej wagi („przywłaszczono sobie tylko mniej istotne fragmenty”), co ma uzasadnić odstąpienie od karania plagiatora. Tymczasem jest to proceder szczególnie zasługujący na potępienie i surowe kary. Niezależnie bowiem od naruszenia praw autorskich pokrzywdzonego studenta lub doktoranta, owi pracownicy „naukowi” wyrządzają szczególną krzywdę moralną osobom, które okradają, i których zaufanie do nauczycieli akademickich i uczelni niszczą, jednocześnie podważając sens kariery naukowej. Takie praktyki pracowników naukowych i nauczycieli akademickich (przepisywanie prac studenckich i doktorskich) dowodzą ich impotencji naukowej, prowadzącej do desperacji i powinny skutkować trwałym wydaleniem z uczelni.

Jak wspomniałem, każdy plagiat w końcu wychodzi na jaw. Buntują się okradzeni, choć mieli milczeć jako podwładni: studenci, doktoranci czy w inny sposób uzależnieni od plagiatora. Dostrzegają go często obserwatorzy, którzy śledzą karierę naukowca, wnioskując z różnych oznak jego nierzetelność.

Co powinno się wydarzyć na uczelni po wykryciu plagiatu popełnionego przez jej pracownika? Prawidłowy tok postępowania polega na przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego przez rzecznika dyscyplinarnego uczelni, a gdy zarzuty się potwierdzają, ukaraniu karą dyscyplinarną na uczelni, niezależnie od obowiązku zawiadomienia prokuratury o możliwości popełnieniu przestępstwa. Zawiadomienie o popełnieniu plagiatu jest moralnym obowiązkiem każdego pracownika naukowego uczelni. Popełnienie plagiatu jest zagrożone odpowiedzialnością karną (kara grzywny, kara ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat trzech) oraz odpowiedzialnością majątkową (przeprosiny, zadośćuczynienie, odszkodowanie).

Konsekwencje mogą więc być niebagatelne. Skąd zatem taki rozmiar tej plagi na polskich uczelniach? Moja odpowiedź brzmi: ponieważ istnieje środowiskowe przyzwolenie na ten proceder. Przywołany wcześniej dr Wroński nieustannie opisuje sposób działania władz uczelnianych, które można określić jako „zamiatanie pod dywan”. Sprawy ciągną się miesiącami i latami, byle do przedawnienia. Rzecznicy dyscyplinarni (często osoby zupełnie niekompetentne i bez woli działania, co władzom uczelni zupełnie nie przeszkadza) mają trudności z ustaleniem, czy plagiat miał miejsce, choć dysponują tekstami, zarówno oryginalnym, jak i ukradzionym. Ten proceder niektórzy tłumaczą troską o dobre imię uczelni („u nas wszyscy uczciwi”…), ale to nonsens, ponieważ wiadomość o plagiacie i plagiatorze w końcu staje się wiedzą publiczną, a uczelnia traci w dwójnasób: wizerunek i rangę. Czy więc nie lepiej usunąć zgniłe jabłko z koszyka? Czy uczelnia nie zyskałaby na tym, także w ramach prewencji ogólnej („nie tolerujemy u nas plagiatów”)? Tak postępują uczciwi. Ale ton nadają chyba inni, ci, którzy sami już mają coś na sumieniu bądź liczą się z tym, że mieć mogą. Także ci, którzy uważają, że osoby z niższych szczebli (licencjaci, magistrzy, doktoranci) mają pracować na swego promotora, a więc wykorzystywanie ich prac naukowych pod swoim nazwiskiem to rzecz najzupełniej naturalna i sprawiedliwa. Mógłbym przytoczyć tu wiele bulwersujących kazusów z mej praktyki adwokackiej, ale przecież FA robi to stale.

Andrzej Karpowicz jest adwokatem, który zajmuje się prawem autorskim i reprezentuje przed sądami osoby pokrzywdzone przez plagiatorów.

andrzej.karpowicz@juris.pl

Wróć