logo
FA 7-8/2021 nauka i popkultura

Krzysztof M. Maj

Humaniści wymagają reedukacji

Humaniści wymagają reedukacji 1

Rys. Sławomir Makal

Czy istnieją miejsca wspólne nauki i kultury popularnej? Gdzie ich szukać? Jaki jest obraz nauki w powieści popularnej, filmie fabularnym, internecie, komiksie, telewizji? Zapytaliśmy o to badaczy popkultury. W prezentowanym bloku autorzy zajmują się takimi zjawiskami jak wpływ kultury popularnej wywierany na badania historyczne czy obraz fizyki kwantowej w prasie popularnej. Innym zagadnieniem jest to, w jaki sposób nauka bada popkulturę. Co jest przedmiotem analizy i jakich używa się metod. Zapraszamy do lektury.

Redakcja

 

Musimy przestać wreszcie traktować dostęp do kultury w kategoriach klasowego przywileju i skończyć z utożsamianiem erudycji z rozeznaniem w jednym tylko medium, którym osobliwie za każdym razem jest literatura, ewentualnie zaś teatr bądź kino (oczywiście to niezależne).

Humanistyce w Polsce od lat zdaje się patronować strofa z Pogody Leopolda Staffa: „Ale mam zwykłą skrzypkę, co nuci, / o tem, co znikło, co już nie wróci”. Nie zliczę, ile razy usłyszałem już (a nie żyję na tym świecie przesadnie długo), że humanistyka się kończy, nikt nic nie czyta, muzea osnuwają się pajęczynami, słuchowisk radiowych już nie ma, teatry świecą pustkami, a poeci przymierają głodem. Charakterystyczne, że nikt nie wieszczy podobnie funebrycznego kresu sztuce cyfrowej, grom wideo, komiksom, serialom czy anime, ale bynajmniej nie dlatego, że te obszary sztuki, w odróżnieniu od wcześniej wymienionych, rozkwitają. Nikt nie wieszczy im zguby z tej raczej przyczyny, że zostały one apriorycznie wyłączone spod refleksji głównych nurtów badań humanistycznych.

Jeszcze z czasów studiów doktoranckich na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego pamiętam przednią anegdotę, którą nie sposób nie podzielić się w Roku Lemowskim z czytelnikami „Forum Akademickiego”. Otóż pewien mój znajomy, zgłosiwszy przedmiot fakultatywny poświęcony właśnie twórczości Stanisława Lema, w przypływie płonnej nadziej ośmielił się zaproponować kolejny, w ramach którego chciał przedstawić już twórczość Ursuli le Guin i pisarzy fantasy. W odpowiedzi usłyszał zdziwione zdanie jednego z ówczesnych prodziekanów i prominentnych krytyków literackich: „Ale przecież już miał pan coś o tej fantastyce, to chyba wystarczy?”. Tłumacząc per analogiam: to zupełnie tak, jakby prowadzącemu zajęcia o reportażu literackim zaopiniowano seminarium o prozie Olgi Tokarczuk zdaniem: „Ale ileż można wałkować tę faktografię, wziąłbyś się pan za Sapkowskiego!”. Jeśli pominiemy fakt, iż twórczość Andrzeja Sapkowskiego faktycznie mogłaby być w tym wypadku lepszym wyborem, łatwo dostrzeżemy tu absurd sytuacji. Jawny brak kompetencji i elementarnego rozeznania w zakresie fantastyki czy szeroko pojętej popkultury jest w polskiej humanistyce z łatwością wybaczany, podczas gdy najmniejsze ubytki na głównonurtowej erudycji podlegają solennemu osądowi. Skutkiem tego większość studentów kształconych przez polskich literaturoznawców, filmoznawców i kulturoznawców kończy edukację z mylnym wyobrażeniem o kulturze zawężonej do wycinka, który z braku lepszego określenia nazwiemy wysokoartystycznym, dowartościowanym przez krytykę akademicką i betonującym polską kulturę w bezpiecznym obszarze co bardziej tradycyjnych na polskim gruncie poglądów, wartości i gustów. Jest to o tyle interesujące, że duża część wykluczanej przez polskich humanistów kultury – rozwijająca się, co znamienne, w środowisku cyfrowym, poza więc głównym obiegiem muzealnym, wystawienniczym, festiwalowym et cetera – nie tylko cieszy się ogromnym zainteresowaniem młodych odbiorców, ale generuje gigantyczne przychody. Skąd więc przekonanie polskiej humanistyki o tym, że sztuka i kultura umierają? Skąd powtarzane od początku pandemii dramatyczne apele o ratowanie aktorów i poetów, a nie, dajmy na to, projektantów gier wideo lub organizatorów konwentów fantastycznych? Skąd wzgarda dla erudycji młodego pokolenia, obejmującej nie sztuki Shakespeare’a, a seriale, piosenki czy anime?

Zinstytucjonalizowana wzgarda

Bardzo wiele mówi się w badaniach humanistycznych o różnorodnych narzędziach instytucjonalizujących wykluczenie. Michel Foucault nazwał to mikrofizyką władzy – niewidoczną, pełzającą, montującą machinę wojenną w dyskursie, jak powiedzieliby z kolei Gilles Deleuze i Félix Guattari. Teoretycznie dziś bowiem bardzo wiele się dzieje w obszarze dowartościowywania popkultury, fantastyki czy gier wideo, ale są to działania w znacznej mierze odosobnione lub pozorowane. Nie wpływają one w żadnym stopniu na zmianę myślenia głównych nurtów polskiej humanistyki. Przykładowo na wielu uczelniach uruchamiane są przedmioty fakultatywne z zakresu szeroko pojętej kultury popularnej czy fantastyki, ale już nie mieści się w głowie wielu to, że nie należałoby wprowadzać takiej dystynkcji i kulturę popularną traktować jako część kultury sensu largo, a literaturę fantastyczną włączać do kanonu historycznoliterackiego w formie przedmiotów kursowych. Podobnie w szkołach: włączenie każdego utworu chętniej czytanego przez uczniów opiewa się równie hucznie, co goliardzi koniec średniowiecza („che sollievo che sollievo – siamo fuor dal Medioevo!” – rym goliardzki, wykładający się w polszczyźnie jako: „Jaka ulga, każdy rzecze, skończyło się średniowiecze”), gdy tymczasem większość z nich ląduje daleko poza podstawą programową, w bezpiecznym azylu znanym jako „lektury ponadobowiązkowe do ewentualnego wybrania po sfinalizowaniu podstawy programowej wypełniającej wszelako 99,999% czasu lekcyjnego w ciągu roku”. Uniwersytety i szkoły w obszarze humanistyki łączy wbrew pozorom nie to, że współdzielą misję edukacyjną, lecz to, że w obydwu tych instytucjach betonowaniem polskiej kultury w głębokim dziewiętnastym stuleciu trudnią się bowiem ci sami poloniści, kształceni częstokroć na tych samych filologiach ze specjalnością nauczycielską.

Oczywiście szkody nie kończą się na szkołach, choć niewątpliwie to tam przeważająca większość społeczeństwa ma możliwość poznania najpełniejszego niejednokrotnie obrazu kultury. Filolodzy polscy znajdują też często zatrudnienie w wydawnictwach, domach kultury, fundacjach i stowarzyszeniach, samorządach organizujących festiwale literackie i kulturalne czy rozmaitych instytucjach trudniących się promocją kultury polskiej za granicą. To właśnie im zawdzięczamy fakt, że twórczość Andrzeja Sapkowskiego nie była znana w krajach anglosaskich, zanim nie wypromowała jej prywatna firma CD Projekt RED znakomitymi grami z serii The Witcher. Im także wciąż zawdzięczamy mizerną liczbę angielskich przekładów prozy Stanisława Lema czy równie znikomą liczbę anglojęzycznych tłumaczeń powieści Jacka Dukaja, wydawanego przez tę samą oficynę, co książki Olgi Tokarczuk. To dzięki nim także rokrocznie Nagrody Nike omijają szerokim łukiem prozę fantastyczną (z jedynym wyjątkiem Baśni o wężowym sercu Radka Raka, o której jednakże jury Nike z ogromnym wysiłkiem mówiło unikając słowa „fantastyka”, zmieniły to dopiero stanowcze kontry samego autora), w programach telewizyjnych w rodzaju Xięgarni jeśli się o fantastyce wspomina, to wyłącznie w szyderczym tonie (Xięgarnia, odcinek 295: Robert M. Wegner), a na główne festiwale literackie w Polsce (hojnie dotowane z Ministerstwa Kultury bez względu na rządzącą opcję polityczną) nie zaprasza się prozaików tego nurtu, mimo że, jak zaznaczyliby co złośliwsi, w odróżnieniu od poetów akurat sprzedają swoje utwory zainteresowanym czytelnikom i nie muszą lobbować za wprowadzeniem opłaty reprograficznej.

Piszę to bynajmniej nie w płochej potrzebie wyszydzenia środowiska literaturoznawczego, które sam nolens volens reprezentuję. Nie. Powód jest daleko poważniejszy. Otóż obraz polskiej humanistyki budowany jest właśnie na kanwie tego rodzaju niepokojących praktyk, zaskarbiających sobie z roku na rok coraz większe grono polemistów i wkrótce w ich świetle politycy i społeczeństwo zaczną oceniać wszystkie dyscypliny humanistyki, w tym i te pilnie potrzebujące środków na rozwój i innowacje. Trudno bowiem w nieskończoność przychylnym okiem patrzeć na schizofreniczny obraz rzeczywistości, w którym z jednej strony kształtuje się narracja o postępującym analfabetyzmie kulturalnym Polaków, podsycana statystykami o zniżkującym poziomie czytelnictwa, a z drugiej – narracja klasistowskiej wzgardy, dezawuująca znaczną część sztuki i kultury z tego tylko powodu, że… no właśnie, z jakiego? Że cieszy się popularnością i się sprzedaje?

W kulturoznawstwie nie funkcjonowałaby kategoria kultury „masowej”, a w repertuarach filharmonii nie królowała muzyka „poważna”, gdyby w języku nie zakorzeniła się dystynkcja o charakterze pozornie krytycznym, a faktycznie – jak odnotował to Pierre Bourdieu w Społecznej krytyce władzy sądzenia – klasowym, współtworząca mitologię artystów i intelektualistów, w której gusta ogólnoludzkie „są traktowane z nie mniejszą wzgardą niż chłopstwo w konserwatywnej ideologii podupadającej arystokracji” (Pierre Bourdieu, Distinction. A social Critique of the Judgement of Taste, przekł. Richard Nice, Cambridge, MA: Harvard University Press, s. 62). Dystynkcja ta w Polsce, zauroczonej peerelowskim mitem inteligenckości, jest szczególnie niebezpieczna, bo prowadzi do systemowego wykluczania młodych pokoleń niezainteresowanych inwestycją swego wolnego czasu w poznawanie sztuki o tak wyraźnym adresie klasowym. Dziś o wiele tańsze jest uczestnictwo w kulturze proponowanej przez serwisy streamingowe z opłatami subskrypcyjnymi kształtującymi się na poziomie trzech średnich kaw lub granie w gry wideo zapewniające nie kilka, a kilkaset godzin kontaktu ze sztuką w cenie dwóch biletów do muzeum, aniżeli zakup karnetu na festiwal klasycznej muzyki instrumentalnej za jedną trzecią średniej krajowej lub biletu do opery za niewiele mniejszą kwotę. Dodatkowo cóż z tego, że młody człowiek wybierze się do rzeczonej opery lub teatru, skoro doświadczenie to nie przełoży się w żaden sposób na możliwość uczestnictwa w społecznym obiegu kulturalnym czy, ujmując rzecz prościej, sposobność porozmawiania na ten temat z rówieśnikami?

Jako groznawca staram się być na bieżąco z grami wideo nie tylko dlatego, że się nimi pasjonuję, ani nawet nie dlatego, że przydaje mi się to do prowadzenia zajęć z zakresu badań nad grami wideo i światotworzeniem na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, ale dlatego, że nie chcę wypaść z obiegu. Dziś bowiem erudycję w większym stopniu kształtuje nie znajomość współczesnych poetów awangardowych, a właśnie nowych filmów, seriali czy gier wideo. Zderzenie z rzeczywistością, w której twierdzi się coś zgoła odwrotnego, może mieć zatem dla młodych pokoleń dwojaki skutek i za każdym razem negatywny. Po pierwsze, może wykształcić postawy snobistyczne i w dalszej perspektywie przyczynić się do postępującej hermetyzacji środowisk artystycznych i studiów humanistycznych. Po drugie, może wywołać bunt i sprzeciw, przyczyniając się w dalszej perspektywie do dokładnie tego samego. W obydwu wypadkach również humanistyka pozostaje stratna – i to nie tylko w zakresie prestiżu tej gałęzi nauki, i tak już podupadającego dzięki aktywności wielu jej przedstawicieli, lecz w aspekcie dla niej najważniejszym: mianowicie otwartości i wrażliwości.

Sztuka cyfrowa ratunkiem humanistyki

Historia jest ważna, ale tylko wtedy, gdy służy wyciąganiu wniosków na przyszłość. Wydaje mi się, że polska humanistyka zapomina o tej istotnej funkcji badań historycznych, archiwistycznych i dokumentalistycznych, zamykając się na nie mniej ważny ze swych obowiązków, mianowicie rejestracji różnorodnych przejawów kultury rozwijających się tu i teraz. Dziś artystą jest nie tylko literat, poeta, rzeźbiarz, aktor, performer czy reżyser, ale także concept artysta, level designer czy twórca fanfików. Smutne, że nie dysponuję na określenie tych profesji polskimi odpowiednikami, tak samo jak nie rozporządzam żadnymi ekwiwalentami anglojęzycznych pojęć nazywających rozmaite komponenty gier wideo, światy cyfrowe czy nawet nurty prozy fantastycznej (steampunk, cyberpunk, sword & sorcery, solarpunk, urban fantasy etc.) i zwykle muszę je sam żmudnie przekładać w publikacjach naukowych. W językowym obrazie naszego świata nie ma na nie miejsca; uzus wymazuje je z semantycznego widnokręgu bezwzględnym prawem braku powszechnego zapotrzebowania. Młodzież szkolna nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że Bruno Schulz należy do tego samego nurtu fantastyki, co Mervyn Peake (twórca cyklu Gormenghast) czy Neil Gaiman (autor Amerykańskich bogów, Nigdziebądź, Gwiezdnego pyłu czy Koraliny), bo poloniści wolą powtarzać bajędy o „mityzacjach rzeczywistości”, byleby tylko nie użyć zakazanego f-word. Z kolei gry wideo, jeśli pojawiają się w jakichkolwiek mediach, to najczęściej są to media branżowe i próżno szukać ich recenzji w dziale kulturalnym dowolnego czasopisma, bo prędzej je znajdziemy w sekcji nowych technologii.

Skutek marginalizowania kultury rezonującej w wyobraźni współczesnych odbiorców z oficjalnych nurtów obiegu – akademickiego, publicystycznego, krytycznego i medialnego – jest więc taki, że większość osób nie ma dziś poczucia obcowania ze sztuką, mimo że… obcuje z nią na co dzień w internecie. Bezpośrednim tego powodem (i dowodem zarazem) jest rosnący exodus odbiorców kultury do mediów niezależnych, przede wszystkim na YouTube, gdzie strategie wykluczenia stosowane przez tradycyjne instytucje kulturotwórcze nie mają zastosowania. Dobrym testem tego jest pobieżne bodaj sprawdzenie liczby wyświetleń i subskrypcji rozmaitych kanałów tworzonych przez instytucje kultury, teatry, muzea czy uniwersytety, a następnie porównanie ich z wartościami generowanymi z dziecinną łatwością przez najmłodszych nawet twórców, u progu kariery niemogących nawet zamarzyć o takim zapleczu finansowym, a mimo to robiących dla rozwoju i rejestrowania praktyk kulturalnych więcej niż ogół wszystkich stypendystów Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Co mogliby zrobić humaniści, żeby zmienić ten stan rzeczy i zasypać przepaść dzielącą, przykładowo, profesjonalną krytykę literacką muskającą podbródki nad tomikiem poetyckim z wykorzystaniem filozofii Martina Heideggera i vlogerów książkowych ograniczających sztukę recenzencką do prostych sądów wartościujących wyrażanych w gwiazdkach i skalach punktowych? Najbardziej brutalna odpowiedź brzmi: dokształcić się. Oczywiście, można wiekuiście obarczać winą za stan nauk humanistycznych kolejnych ministrów edukacji, ale można również zastanowić się nad tym, kto rzeczonych ministrów edukacji wykształcił, jakie przedstawił im wartości i z jakim wycinkiem kultury zapoznał. To samo dotyczyć będzie wszystkich innych przedstawicieli świata kultury, począwszy od nauczycieli szkolnych, a skończywszy na organizatorach festiwali i recenzentach wniosków grantowych.

Jak nadrobić jednakże kilkadziesiąt lat udawania, że nie istnieją powieści fantastyczne, gry wideo, kryminały, komiksy, anime, filmy superbohaterskie, muzyka nieinstrumentalna, manga, manhwa, franczyzy transmedialne czy kultura fanowska? Trudno powiedzieć. Utopijna alternatywa, do której sformułowania zachęcałaby Ruth Levitas – promująca podejście do utopii nie tylko jako do przejawu światotwórstwa, ale także metody działania i zmieniania rzeczywistości tu i teraz – skłaniałaby ku temu, by zacząć się wzajemnie edukować. Wyższościowe diatryby, w rodzaju tej sformułowanej przez przewodniczącą jury Nagrody Nike, prof. Ingę Iwasiów, szydzącą z komentarzy dotyczących „promowania [przez jurorów] nudnej poezji i prozy, której nikt nie będzie czytał”, na pewno nic nie zmienią – ba, rzekłbym wręcz, iż pogorszą sytuację. Musimy przestać wreszcie traktować dostęp do kultury w kategoriach klasowego przywileju i skończyć z utożsamianiem erudycji z rozeznaniem w jednym tylko medium, którym osobliwie za każdym razem jest literatura, ewentualnie zaś teatr bądź kino (oczywiście to niezależne). Tylko w ten sposób osiągniemy pożądaną równowagę, dzięki której – tak jak w fandomie – oferta kulturalna stanie się prawdziwie zróżnicowana, a miłośnicy różnorodnych mediów zyskają okazję do pogłębionej dyskusji o tych formach działalności artystycznej, w których znajdują upodobanie. Tylko w ten sposób wymusimy reformę kierunków kulturoznawczych, literaturoznawczych, filmoznawczych i innych, a także – pilnie potrzebne – rozwijanie młodej dyscypliny groznawstwa oraz wszelkich innych gałęzi humanistyki upominających się o dowartościowanie zaniedbanych dotąd w polskiej refleksji mediów. Jedynie w ten sposób wreszcie zyskamy szansę na nauczenie się czegoś od młodych pokoleń, które nie powinny być skazywane na kulturalną banicję tylko i wyłącznie dlatego, że nie boją się nazywać beniaminków polskiej krytyki literackiej nudnymi grafomanami, zwłaszcza w czasach, w których czas możliwy do poświęcenia na czytanie warto przeznaczać wyłącznie na najlepsze teksty wobec bezprecedensowo rozległej i niezwykle wartościowej oferty mediów cyfrowych i interaktywnych.

Dr Krzysztof M. Maj, badacz gier wideo, Katedra Technologii Informacyjnych i Mediów, Wydział Humanistyczny AGH w Krakowie

Wróć