logo
FA 7-8/2021 okolice nauki

Mariusz Karwowski

Człowiek, lekarz, specjalista

„Czy na pewno umarła?” – lekarz spytał przez telefon rodzinę nieboszczki, a upewniwszy się, przystąpił „zaocznie” do wypisania karty zgonu. Choć brzmi to jak ponury żart, do sytuacji takiej doszło naprawdę. Może w dobie teleporad będzie to już standard? Uspokajając bardziej wrażliwych czytelników – nie, ochrona zdrowia widziana oczami studentów medycyny wygląda nie tylko tak.

Zresztą czy trzeba daleko szukać? Przecież to jeden z tych tematów, w których każdy uważa się za eksperta. Na długo przed diagnozą specjalisty, a nierzadko nawet wbrew niej, wiemy, co nam dolega, jaka terapia byłaby najwłaściwsza, nie wspominając już o systemowych zmianach, które wprowadzilibyśmy „od ręki”. Tyle że spojrzenie jedynie z perspektywy pojedynczego pacjenta, choćby najbardziej dotkniętego przez chorobę, a przez to wymagającego dłuższej opieki, jest niczym innym jak opisywaniem rzeczywistości na zasadzie pars pro toto. Uwzględnienie wielowymiarowości tego obszaru naszego życia nadaje mu znacznie większej realności. Głos adeptów sztuki lekarskiej wypełnia to kryterium o tyle, że znajdują się oni niejako na pograniczu dwóch światów. Ujmując rzecz górnolotnie, „wyszli z nas”, lecz – co istotne – nie zdążyli jeszcze na dobre ugrzęznąć w koleinach systemu. Dopiero co sami podążali od gabinetu do gabinetu, szukając porady, czekali w kolejce na przyszpitalnym „SOR-ze” bądź towarzyszyli bliskim w zmaganiach z chorobą. Oczywiście założenie kitla nie oznacza automatycznie pozbycia się wszelkich dolegliwości, ale mając wciąż świeżo w pamięci doświadczenie bycia pacjentem, zaczyna się dostrzegać znacznie więcej niuansów. Mogą one, jak u części autorów tej książki, wywołać konsternację, bezsilność, nawet złość. Lecz dla większości zderzenie z rzeczywistością ideałów pokroju Tomasza Judyma, Bernarda Rieux czy prof. Wilczura, choć bolesne, nie przesłania misji zawodu, jaki chcą uprawiać. Dla nich to nie profesja, lecz powołanie.

Przystępując do lektury ponad stu krótkich esejów, spodziewałem się głównie laurek pod adresem starszych kolegów (owszem, są i takie!), tymczasem studenci zaskakują wyjątkowo dojrzałym oglądem polskiej ochrony zdrowia, jej organizacji, dostępności i skuteczności. Dobrze, że nie zraziłem się już na początku, gdy mowa o wypaczonym przez media obrazie służby zdrowia, bo im dalej w las, tym ciekawsze refleksje. Przyszli medycy potraktowali temat bardzo poważnie i ci, którzy jako grupa zawodowa byli dla wcześniejszych generacji uosobieniem nieomylności, władzy nad chorym, protekcjonalności, tutaj nie mogą liczyć na taryfę ulgową. Nawet adepci, którzy medycynę wyssali z mlekiem matki, a więc są od dziecka obyci z tym środowiskiem, gdy przejęli pałeczkę w rodzinnej sztafecie, potrafią zdjąć różowe okulary. Zmiana w mentalności, w podejściu do chorego, który przestaje być jedynie „numerkiem”, jest aż nadto widoczna. Dla nich lekarz, choćby z ogromną wiedzą, ale niewyposażony w takie atrybuty jak empatia, życzliwość czy wysoka kultura osobista, pozostaje najsłabszym ogniwem całego systemu. Wytykają odmienne traktowanie pacjentów prywatnych i „funduszowych”, nieumiejętność komunikowania choremu bądź jego rodzinie trudnych diagnoz, przekraczanie kompetencji. Za oczywiste uważają holistyczne patrzenie na pacjenta wsparte zaufaniem do niego. „Lekarz ma być najpierw człowiekiem, później lekarzem, a na końcu specjalistą” – przywołują słowa swojego mentora, prof. Stanisława Głuszka.

Obraz, jaki rysuje się w tych tekstach, pozostawia czytelnika z nadzieją pomieszaną ze zwątpieniem. Tę pierwszą widać w motywacjach młodych ludzi, którzy chcą zmian, podsuwają pomysły i nie bacząc na przeszkody, usiłują odmienić stereotyp lekarza. Nasuwa się jednak pytanie, na ile starczy im zapału w tym nierównym starciu z systemem?

Ochrona zdrowia w opinii studentów medycyny, zebrał i opracował Stanisław GŁUSZEK, Wydawnictwo Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2020.

Wróć