logo
FA 7-8/2020 sztuka biografii

Magdalena Bajer

Życiorysy rodzin (z tezą)

Obejmując relacją najmłodszych potomków, szukam przesłanek dla wniosków dotyczących zarówno duchowej i społecznej kondycji warstwy inteligenckiej w Polsce, jak i przewidywanej ewolucji jej etosu.

Ćwierć wieku temu zaczęłam rozmawiać z żyjącymi przedstawicielami rodzin inteligenckich, zarazem dziedzicami krótszej lub dłuższej, zwykle parupokoleniowej tradycji pracy naukowej w tych rodzinach. Prawie zawsze moi rozmówcy także uprawiali naukę – na różnych etapach drogi akademickiej.

Chciałam się dowiadywać, w jakich okolicznościach decydowali się na to pierwsi uczeni w rodzie, zdając sobie sprawę, że nierzadko wiedza potomków przemieszana jest z rodzinnymi legendami, które jednak stanowią element przechowywanej tradycji i mówią, czasem niemało, o klimacie domu, w jakim rosły kolejne pokolenia. Miałam, oczywiście, tezę wyjściową, wyobrażenie o tym, czego się dowiem, pochodzącą z długoletniej znajomości licznych takich rodzin i wiedzę wyniesioną z własnego domu, chyba typowego dla warstwy inteligenckiej. Rzadko zdarzały mi się zaskoczenia w tym względzie, najczęstszym było powszechne zaprzeczanie stereotypowemu przeświadczeniu, że życiowe wybory młodych ludzi kształtują się często w opozycji do oczekiwań rodziców i całej rodzinnej tradycji. W tym moim doświadczeniu „niebo w płomieniach” jawi się literacką hiperbolą.

Pragnąc poznać podstawowe rysy tradycji, te, które określają tożsamość inteligentów, naturalne było, że powtarzałam pytania o wymagania stawiane młodym ludziom i hierarchię owych wymagań (najczęściej wymieniano prawdomówność i ogólnie określaną przyzwoitość), oczekiwane od nich osiągnięcia życiowe, wpajane ambicje. Odpowiedziom towarzyszyło niemal zawsze zapewnienie o panującej w rodzinnym domu tolerancji, znacznej swobodzie i zaufaniu, jakim darzono dorastające dzieci, przy ustalonych obyczajach codziennego życia, takich np. jak punktualność związana ze wspólnymi posiłkami i to, co nazywano „dobrymi manierami”. Różnorakie warianty biograficzne, poza tym że zaciekawiają czytelników, pozwalają wyławiać z relacji istotne cechy określające klimat domu i wpływające na wychowanie dorastających w nim pokoleń. Stanowią one elementy tego, co określamy, czasem nieco „na wyrost”, etosem inteligencji.

Świadomość rodowodu

Obejmując relacją najmłodszych potomków (pytam starsze pokolenie o upragnione, a także przewidywane ich losy), szukam przesłanek dla wniosków dotyczących zarówno duchowej i społecznej kondycji warstwy inteligenckiej w Polsce, jak i przewidywanej ewolucji jej etosu. W sytuacji powracającej dyskusji o radykalnej przemianie, zgoła zanikaniu inteligencji w jej dotychczasowym kulturowym kształcie, wydaje mi się to ważne dokumentalnie, a także interesujące w perspektywie owej wieszczonej przyszłości.

U większości obecna jest świadomość rodowodu, w największej mierze szlacheckiego. Moi rozmówcy nie wymieniają wynikających stąd konsekwencji, ale wspominanie szlacheckich przodków prowadzi zwykle do ujawnienia odziedziczonego po nich, choć nie deklarowanego w ten sposób, poczucia odpowiedzialności. Myślę (warto to zbadać), że wynika ono tyleż z poczucia niegdysiejszej przynależności do warstwy panującej, mającej decydujący wpływ na kształt życia zbiorowego, co ze swoistej ekspiacji za winy tej warstwy. Odczytuję te mentalne, subtelne związki z napomknień o minionych dziejach rodziny z okresu rzeczypospolitej szlacheckiej (jeśli dzieje tych czasów sięgają) i z opinii na temat aktualnych zadań inteligentów.

Z tym ostatnim wiąże się przekonanie o naturalnej potrzebie – zgoła konieczności – kształcenia się na poziomie wyższym i w rodach uczonych także poświęcenia się nauce. Wolno chyba upatrywać wspólne źródło obu wymienionych rysów postawy życiowej: wykształcenie jest atrybutem uprawniającym (w pewnym stopniu) do pełnienia przywódczej roli w społeczeństwie, tę zaś biorą na siebie inteligenci kierowani poczuciem odpowiedzialności za poziom kulturowy czy też cywilizacyjny ogółu. Oczywiście w rozmowach z potomkami nie padają teoretyzujące uogólnienia, w każdym razie zdarza się to rzadko. Próbuję je formułować na marginesie publikowanych relacji, zawsze ze znakami zapytania. Służą mi do stawiania kolejnych pytań, przybliżających lepsze poznanie współczesnej warstwy inteligenckiej.

Śmiałość cywilna

Liczne szczegóły w biografiach moich bohaterów, a także komentarze do nich, wypowiadane często mimochodem, nie wprost, mówią o pewnym rysie charakterystycznym osób wykształconych, osadzonych w tradycji wysoko ceniącej wykształcenie, posiadających szerokie horyzonty myślowe. Tym rysem jest pewien rodzaj śmiałości, który nazwałabym „śmiałością cywilną”, a polega na podejmowaniu zadań, jakie innym wydają się niewykonalne, choć nikt nie przeczy sensowności, czasem konieczności ich podjęcia. Nie ma to nic wspólnego z donkiszoterią, gdyż poprzedzone jest trafnym rozpoznaniem potrzeb i racjonalnie formułowaną ich hierarchią.

W opisanej rodzinie skoligaconych ze sobą Kieniewiczów, Sobańskich i Koszutskich przedstawiciele pokolenia, którego dojrzałość przypadła na początek niepodległej Polski, poszli bez namysłu budować Gdynię, niezależnie od indywidualnego przygotowania zawodowego. Była to praktyczna weryfikacja poetyckiego „Mierz siły na zamiary”, wszakże przy dobrej znajomości, głębokiej ocenie i pełnej akceptacji zamiarów dyktowanych aktualnym obrotem historii ojczystej, widzianym na tle powszechnej. Przez ćwierć wieku spotkań przekonałam się, jak bardzo wrażliwie obserwuje się historię w domach inteligenckich. Ta wrażliwość należy do stałych składników panującej tam atmosfery, tematów rozmów i rudymentów wychowania. W każdej poznanej przeze mnie rodzinie główne życiowe wybory kolejnych pokoleń o tym świadczą. Przytoczę słowa najmłodszego ze wspomnianych Sobańskich, Michała, z zawodu informatyka: „Ludzie skoligaceni z pierwszą ligą polskich rodów. Normalni zasobni ziemianie, wśród których bywali wielcy oryginałowie. Oni byli nie tylko ośrodkiem polskości, ale także później, w XVIII i XIX wieku, początkiem przemysłu, oświaty rolniczej, oświaty w ogóle. Kiedy przyszła katastrofa 1917 roku i trzeba było wrócić do Królestwa, do Warszawy, żeby zaczynać od początku, tak samo jak po powstaniu listopadowym, styczniowym – oni znów zaczynali”. Po drugiej wojnie światowej potomkowie tych rodzin, upośledzeni politycznie w nowym ustroju, zaangażowali się aktywnie w odbudowę kraju.

Owa śmiałość, którą obrazują niemal wszystkie dzieje uczonych rodów, wydaje się istotnym czynnikiem w decyzjach o wykształceniu podejmowanych przez młodych ludzi i nierzadkim potem wyborze drogi naukowej. Większość pytanych stwierdzała, że studia były czymś oczywistym, niepodlegającym namysłowi. Zdarza się unikanie tego samego kierunku, w którym odznaczył się dorobkiem któryś z przodków, zwłaszcza rodzic, w obawie przed porównaniami.

W rodzinnych historiach powtarzają się sylwetki uczonych robiących w epoce zaborów kariery na zagranicznych uniwersytetach i przerywających je bez wahania, by wrócić do niepodległej Polski i budować nowoczesne państwo. Stąd tak wielu profesorów w rządach oraz instytucjach publicznych międzywojennego dwudziestolecia. Gdy rozmawialiśmy o tym, padało słowo patriotyzm, używane raczej oszczędnie.

* * *

Historie rodów uczonych pozwalają wyciągać (wstrzemięźliwie) wnioski o roli i dalszych losach tej warstwy, która istnieje dzisiaj w niewielu miejscach Europy, a która u nas jest ciągle świadoma własnej tradycji, może i potrafi z niej czerpać oryginalne, ale i aktualne inspiracje do lepszego urządzania świata.

Wróć