logo
FA 7-8/2020 życie akademickie

Marek Misiak

W obiegu zamkniętym

Rys. Sławomir Makal

Jeżeli niespecjaliści będą konsekwentnie zniechęcani do szukania konsultacji fachowców, to faktycznie przeciętny poziom poprawności językowej będzie się obniżał, gdyż język nie jest w pełni samoregulującym się mechanizmem.

Mogłoby się wydawać, że gdy zasiądziemy w gronie ludzi z podobnej jak my branży – naukowej lub zawodowej – powinniśmy się czuć znakomicie. Podobne problemy, zrozumienie natury naszej pracy i zawodowego żargonu, którym się posługujemy. Nie bez powodu wiele osób małżonka czy partnera poznaje w pracy, nie tylko dlatego, że tam nawiązują relacje społeczne, ale też z racji wielu wspólnych tematów. W edytorskiej profesji taka wspólnota jest odczuwalna zwłaszcza przy naukowych wydarzeniach branżowych. Jeśli ktoś nie ujawni rażącej niekompetencji, atmosfera jest bardzo pozytywna; rzadko zauważyć można przejawy rywalizacji czy udowadnianie jeden drugiemu, kto jest mądrzejszy (a jeśli nawet, to tonem żartu).

Tyle że w takich wydarzeniach uczestniczę kilka razy w roku, na co dzień zaś ze „środowiskiem” mam do czynienia raczej w cyberprzestrzeni (z wyjątkiem koleżanek i kolegów z pracy, ale tu się dobrze znamy, lubimy – tak, red. AR i red. AK, o was mowa). Mam na myśli przede wszystkim internetowe poradnie językowe (przede wszystkim tę działającą w ramach serwisu Słownika Języka Polskiego), fora branżowe i – o nich będzie tu mowa przede wszystkim – profile, strony i grupy w mediach społecznościowych. Z poradni korzystam, gdy mam wątpliwości co do wyboru poprawnego wariantu w języku polskim; z forów tematycznych – gdy mam takie wątpliwości w języku angielskim lub niemieckim (na Zachodzie preferowana jest raczej ta forma zamiast bardziej sformalizowanej poradni) oraz gdy poszukuję nowych zleceń redakcji/korekty/przekładu w celu załatania domowego budżetu. Media społecznościowe przeszukuję zaś głównie po to, by ogólnie poszerzyć wiedzę i zapoznać się z cudzymi doświadczeniami. Poruszane są tam często problemy, z którymi sam się jak dotąd nie zetknąłem lub w ogóle nie miałem świadomości ich istnienia, a które są i ważne, i ciekawe. Już szereg razy omal nie zakrztusiłem się kawą, gdy surfując w chwili przerwy od pracy po którejś z facebookowych stron poświęconych kulturze języka, zorientowałem się, że sposób mówienia lub pisania, który wydawał mi się w stu procentach poprawny, wcale taki nie jest. Przyznaję, trochę podnosi mi się wtedy ciśnienie, ale jestem zły wyłącznie sam na siebie, że nie wychwyciłem.

Używanie wiedzy do upokarzania innych

Tak jest, dopóki czytam posty, gdy jednak przychodzi do komentarzy, następuje przejście z cieplarni do amazońskiej dżungli. Nie jesteśmy już w Kansas, Dorotko. To właśnie tu znajduje się owa Kraina Oczywistości. Zasada jest dokładnie odwrotna niż w szkole. Zarówno w podstawówce, jak i w liceum zachęcano nas do zadawania pytań i samodzielnych poszukiwań, przede wszystkim mówiąc nam, że nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Tymczasem w mediach społecznościowych właściwie każde pytanie jest głupie, bo albo odpowiedź jest oczywista i jak można tego nie wiedzieć, albo jest to problem o zerowym znaczeniu i jak można zawracać tym głowę zabieganym ludziom (skoro są tacy zalatani, to co robią na „feju”, walczą o lepszy świat?). Takie podejście zniechęca szczególnie laików, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć, a nie chcą bazować na (często wzajemnie sprzecznych) wynikach wyszukiwania w internecie (a o istnieniu poradni często nawet nie wiedzą). Użyję mocnego sformułowania: moim zdaniem stanowi to zaprzeczenie powołania edytora i polonisty w ogólności. Jego rolą powinno być upowszechnianie wiedzy o poprawnym (a nawet pięknym) mówieniu i pisaniu, a nie stosowanie tej wiedzy do poniżania maluczkich. Używanie jakiejkolwiek wiedzy naukowej do upokarzania innych jest nadużyciem, wykorzystaniem czegoś dobrego w złym celu. Taki laik może o nic już więcej, jeśli chodzi o kwestie poprawnościowe, nie spytać, bo nikt nie lubi, gdy mu się sugeruje deficyty intelektualne. Wówczas tacy komentatorzy będą mogli ze spokojnym sumieniem nadal narzekać w swoim gronie (i nawet nie mijać się zbytnio z prawdą) na ogół Polaków komunikujących się w (ich zdaniem) języku niby-polskim (language remotely similar to Polish). Jeżeli niespecjaliści będą konsekwentnie zniechęcani do szukania konsultacji fachowców, to faktycznie przeciętny poziom poprawności językowej będzie się obniżał, gdyż język – wbrew tezom leseferystów-amatorów, najczęściej nie-filologów – nie jest w pełni samoregulującym się mechanizmem.

Wśród komentujących pokaźną grupę stanowią też osoby, niekoniecznie z branży ani nawet z humanistycznym wykształceniem, które post lub artykuł o dowolnym typie błędów komentują stwierdzeniami, jak bardzo mierżą ich takie transgresje (znów: tak oczywiste, że nie warto nawet tego wyjaśniać) i jak bardzo tracą w ich oczach osoby ich się dopuszczające. Kilka lat temu dość szerokim echem odbiła się w branży dyskusja (prowadzona w wielu miejscach cyberprzestrzeni) wokół rozpoczynania e-maili formułą „witam”. Tak, jest to stylistycznie niepoprawne i ja sam nigdy tak nie robię, ale byłem autentycznie zdumiony, gdy cały szereg pracowników naukowych różnych specjalności pod nazwiskiem pisało, że… nie odpisują studentom na tak zaczynającą się korespondencję, a nawet – poza formułą otwierającą – w ogóle jej nie czytają. Studiowałem uważnie te deklaracje, mając nadzieję, że wykryję w nich ukryty sarkazm lub retoryczną przesadę, na które być może jestem zbyt mało uwrażliwiony. Ale nie, ci ludzie ewidentnie pisali serio, co więcej – uważali swoją postawę za objaw niezłomnych zasad.

Użyję teraz najmocniejszego sformułowania w całym tym tekście. Taka postawa ma w języku polskim, o którego czystość tak dbają, swoją nazwę: małostkowość. Rozpoczęcie e-maila od „witam” to wykroczenie przeciw etykiecie językowej, ale niezaszczycenie oficjalnej (!) korespondencji od studenta odpowiedzią to zwykła arogancja, która wydaje mi się problemem znacznie poważniejszym niż niepełna znajomość polskiej etykiety językowej. Natomiast w szerokim społecznym odbiorze dbałość o językową poprawność zaczyna się kojarzyć z małostkowym czepialstwem i poczuciem wyższości na pograniczu klasizmu (przy czym tym razem chodzi o tych znających tajniki poprawnej polszczyzny vs resztę). Uważający się za strażników poprawności, aktywni w mediach społecznościowych ironiści funkcjonują wówczas w obiegu zamkniętym, charakterystycznym raczej dla uprawiania nauki niż jej popularyzacji – wzajemnie sobie potakują, podczas gdy świat wokół omija ich na odległość rzutu szyderą. Sam nigdy nie poprawiam innych niepytany, a zapytany staram się za wszelką cenę unikać belferskiego tonu, który miałby wszelkie cechy zboczenia zawodowego (zwłaszcza że dla wielu Polaków każdy filolog to wciąż z definicji z zawodu nauczyciel). Dzięki temu jest szansa, że spytają kolejny raz.

Zawsze mnie uczono, że…

Najbardziej twórcze wydają mi się komentarze zaczynające się od „A mnie się zawsze wydawało, że…”. Jeśli ktoś jest zaskoczony i zdziwiony, to wyrażenie tego zdziwienia czy wręcz polemika są bardzo cenne – to nie carska administracja, gdzie należy wyłącznie słuchać, milczeć i nie roztrząsać. Ale właśnie, polemika i szermierka słowna to nie to samo. Nawet jeśli uznamy, że złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych (nie zgadzam się z tym twierdzeniem, ale to moje zdanie), jest ona czymś wyraźnie różnym od arogancji czy poczucia wyższości.

Charakterystyczne jest to, że znakomita większość komentarzy zawierających autorytatywne stwierdzenia nie popiera tych dyrektywnych sformułowań żadnym źródłem poza „ja…” lub „moim zdaniem”. Żadnego linka do odpowiedzi z poradni internetowej, hasła słownikowego – nic. Jeśli ktoś już się na coś powołuje, to częściej na „zawsze mnie uczono, że…” niż na wypowiedź Mirosława Bańki, Andrzeja Markowskiego, Jerzego Bartmińskiego czy Jana Miodka (w kwestiach czysto edytorskich ich odpowiednikiem byłby chyba Adam Wolański). Biada natomiast mnie samemu, jeśli powołam się na swoje doświadczenie zawodowe. Dowiem się wówczas, że a) pracuję w garażowym wydawnictwie, b) to, że tacy jak ja pracują w branży, jest dowodem na jej upadek, względnie c) Amerykanie i Niemcy nie mają zielonego pojęcia o czymkolwiek, a ja jestem jednym z nich i jak mi się nie podoba, to droga za Odrę/ocean wolna. Bywa, że faktycznie czuję się bezpieczniej wśród Niemców czy Amerykanów, bo żaden z tych języków nie jest moją mową ojczystą i choć cały czas się ich uczę (i będę się uczył do końca życia), pogodziłem się z tym, że cały czas popełniam zauważalne dla native speakerów błędy. Być może w miarę szlifowania znajomości danego języka stają się one subtelniejsze, ale wciąż się zdarzają. Po prostu nie mam pretensji do mówienia po angielsku jak nowojorczyk, a po niemiecku jak berlińczyk.

Wyraźna jest różnica między stronami czy grupami poświęconymi poprawności językowej i zagadnieniom typowo edytorskim. Na tych drugich atmosfera jest wyraźnie przyjaźniejsza i bardziej merytoryczna (a tam także trafiają się laicy, np. przygotowujący prace doktorskie lub wewnętrzne publikacje firmowe, którym zależy na możliwie profesjonalnej ich formie). Znacznie częstsze jest tu powoływanie się na źródła, a i doświadczenie zawodowe jest traktowane poważniej (choć nie czołobitnie). Na stronach lub w grupach typowo korektorskich jest już w moim odczuciu nieco gorzej. Na niektórych z nich część komentarzy jest niebezpiecznie podobna do tych z grup „poprawnościowych”.

Niektóre takie strony i grupy śledzą w mediach społecznościowych tysiące osób. Jako redaktora uprawiającego swój zawód nie w ramach pokuty za grzechy w poprzednich wcieleniach bardzo mnie to cieszy, ale jeśli nadal dyskusja na wielu z nich będzie się odbywała w takim klimacie, wielu odbiorców zacznie je traktować jako „michałki”, gdzie mogą dla rozrywki poczytać, jak jeden drugiemu ubliża, a nie dowiedzieć się czegoś na temat wyrafinowanej polszczyzny. Na tym popularyzacja kultury języka także nie polega, a jeśli kultura języka i kultura osobista mają stanowić zbiory w znacznej mierze rozłączne, to tym bardziej.

Za inspirację do powstania tego tekstu dziękuję Alicji Berk z koła naukowego Fast Book na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Wróć