logo
FA 7-8/2020 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Studencka brać

Rys. Sławomir Makal

W trakcie wykładu student cały czas przeglądał gazetę i nagle stwierdził: „Pani profesor gadu gadu, a tam Pershinga ubili!”.

Do wypowiedzi na temat studenckiej braci skłoniła mnie m.in. postawa jej przedstawicieli w wyborach na mojej uczelni. Kilka słów na ten temat powiem w ostatniej części rozważań. Jej funkcjonowanie chciałbym bowiem przedstawić szerzej. Jeśli miałbym już na wstępie sformułować jakąś generalizację, to powiedziałbym, że każdy wiek w naszym życiu daje okazję do zdobywania doświadczeń i intelektualnego dojrzewania, jednak poważne błędy popełnione w okresie młodzieńczym mogą się później okazać trudne do naprawienia.

Nieco historii

Wprawdzie pamięć o funkcjonowaniu studentów na uczelniach nie jest tak kultywowana i eksponowana jak pamięć o ich znaczących profesorach, jednak nie jest tak, że w uczelnianych murach czy kronikach nie można znaleźć żadnych świadectw ich życia. Spotykałem się zresztą z nimi niejednokrotnie podczas pobytów na uniwersytetach, w tym najstarszym z nich Uniwersytecie Bolońskim; jedna z rycin zawieszonych na ścianie jego średniowiecznej części przedstawia odjeżdżającego na koniu studenta i panienkę machającą mu z okienka chusteczką na pożegnanie (resztę można sobie dopowiedzieć). Pewne wzmianki na temat życia studenckiego pojawiają się również w książce Jacquesa Le Goffa pt. Inteligencja w wiekach średnich. Jej autor przypomina w niej m.in., że na uniwersytecie paryskim funkcjonowała „osobliwa grupa społeczna” nazywana goliardami: „Niektórzy powtarzają potępiające ich wyroki soborów i synodów, oraz opinie pierwszych pisarzy duchownych XII i XIII wieku. Traktują tych wędrownych klerków, czyli goliardów, jak włóczęgów, rozpustników, żonglerów, błaznów. (…) Ci ubodzy studenci, których nie przywiązywał do miejsca ani dom, ani prebenda czy beneficjum, puszczają się więc na przygodę intelektualną, wędrują za profesorem, który im się spodobał, wędrują z miasta do miasta, zbierając tam naukę. (…) Przyczyniają się do nadania tej epoce charakteru awanturniczego, impulsywnego, buntowniczego”. O awanturnictwie średniowiecznych studentów wspomina również George M. Trevelyan w swojej Historii społecznej Anglii – bywali oni „zadziornymi obrońcami uniwersyteckich »swobód«”, „gnieździli się gęsto w brudnych domach oksfordzkich”, jednak „gdy okoliczności wzywały, wygwizdując urzędników królewskich albo uzbrojeni w pałki i sztylety, uderzali na motłoch popierający burmistrza przeciw rektorowi. (…) W roku 1355 mieszczanie urządzili prawdziwą rzeź kleryków i studentów; niedobitki uciekły w panice z Oksfordu, a uniwersytet pozostał zamknięty aż do czasu interwencji królewskiej, która zapewniła ochronę uczonym i uczącym się oraz ich pomściła”.

Takie studenckie wystąpienia powtarzały się w późniejszym okresie wielokrotnie. W minionym stuleciu wpłynęły one w niejednym przypadku nie tylko na zmiany w akademickim życiu, lecz także w polityce władz. Należą do nich m.in. wystąpienia studentów w różnych krajach w 1968 roku. Początek dały im wydarzenia w Czechosłowacji, które przeszły do historii pod nazwą „praskiej wiosny”. Niewiele później pojawił się zapoczątkowany manifestacją studentów Uniwersytetu Warszawskiego polski Marzec ’68 – jego sztandarowe hasła (takie jak „Niepodległość bez cenzury” czy „Chcemy kultury bez cenzury”) daleko wykraczały poza mury uczelni. Między majem i lipcem 1968 miały miejsce na wielką skalę protesty studentów we Francji; doprowadziły nie tylko do radykalnej reformy szkolnictwa wyższego w tym kraju, lecz także do pozbawienia władzy partii gaullistowskiej. Pojawiły się one również w innych częściach świata – tytułem przykładu przypomnę tylko wystąpienia studenckie przeciw wojnie w Wietnamie (z takimi dramatycznymi momentami jak masakra na amerykańskim uniwersytecie w Kent 4 maja 1970 roku), wystąpienia południowokoreańskich studentów w maju 1980 roku (nazwane „masakrą w Gwangju”) czy protesty studentów uczelni pekińskich między 15 kwietnia i 4 czerwca 1989 roku na Placu Tian’anmen (zakończone masakrą ich uczestników). Każde z tych wystąpień przebiegało w odmiennych realiach społecznych. Łączył je jednak duch buntu wobec poczynań władz politycznych i administracyjnych ich krajów.

Studenci czasów PRL-u

Nie chciałbym tutaj szerzej wypowiadać się na temat wydarzeń marcowych z 1968 roku, nie tylko dlatego, że były one już wielokrotnie analizowane i oceniane, ale przede wszystkim dlatego, że w tamtym czasie przygotowywałem się do matury i studentem zostałem kilka miesięcy potem. Chciałbym natomiast powiedzieć parę zdań o studentach, których pamiętam z okresu studiów na Uniwersytecie Poznańskim. Nie były to wprawdzie czasy masowego kształcenia, jak to ma miejsce obecnie (aby dostać się na studia, trzeba było na egzaminie wstępnym pokonać kilku, a czasami nawet kilkunastu innych konkurentów), jednak ci, którzy wychodzili z tych zmagań zwycięsko, reprezentowali mocno zróżnicowaną społeczność. Rzecz jasna byli w niej tacy, którzy za życiowy sukces uznawali samo dostanie się na studia, a studiowanie nie powinno przeszkadzać w świętowaniu tego osiągnięcia. Tacy z reguły dosyć szybko (czasami już po pierwszym semestrze) kończyli przygodę z uczelnią. Podobnie rzecz się miała z koleżankami, które myślały nie tyle o studiowaniu, ile o znalezieniu kandydata na męża (potencjalnych kandydatów było oczywiście wielu, jednak dużo mniej gotowych na małżeńskie związki). Na drugim biegunie sytuowali się ci, którzy obiecali sobie i swoim najbliższym, że zrobią wszystko co możliwe, aby z sukcesem ukończyć studia – rzecz jasna najlepiej z wyróżnieniem. Do tego niestety nie wystarczyło i nie wystarczy zakuwanie na tzw. blachę. Miałem na roku kolegę, który ponoć „zakuwał” nawet encyklopedyczne hasła, a gdy ktoś mu wykazał, że czegoś jeszcze nie wiedział, był autentycznie nieszczęśliwy.

Między skrajnymi przypadkami sytuowała się zdecydowana większość studentów, którzy trochę studiowali, trochę się rozglądali za jakimś okazjonalnym i bezproblemowym związkiem partnerskim, natomiast największą część czasu poświęcali na korzystanie z uroków studenckiego życia, takich np. jak imprezowanie w akademikach lub w studenckich klubach. Większości tej z reguły nie przelewało się finansowo. W tamtych latach zresztą mało kto w Polsce żył dostatnio, a studencka bieda nikogo raczej nie dziwiła i nawet niespecjalnie martwiła samych zainteresowanych. W końcu jakoś można było przeżyć, jeśli nie ze skromnego stypendium czy rodzinnych „dotacji”, to z możliwości, które dawały studenckie stołówki. Rzecz jasna bony żywieniowe trzeba było wykupić i nie wszystkich było na nie stać (mimo że cena nie była wygórowana). Na koniec czasu obiadowego pozostawało jednak z reguły coś w stołówkowym kotle i mogli z tego skorzystać ci, których na mojej uczelni nazywano „wioślarzami” (od „wiosłowania” łyżką w talerzu bezpłatnej zupy). O tym, że studentom tamtych czasów nie wiodło się jednak najgorzej, może świadczyć chociażby fakt, że niektórzy z nich przedłużali akademickie życie do granic możliwości (pamiętam takich, którzy w nim „tkwili” siedem, osiem lat).

Była również grupa studentów, którzy stosunkowo wcześnie zaczynali myśleć o karierze zawodowej i przygotowywać się do niej poprzez zdobywanie zawodowych kwalifikacji, poważne traktowanie studiów albo ustawianie się pod promotora, który mógłby otworzyć „furtkę” do kariery uczelnianej i pozauczelnianej, w tym politycznej. Te ostatnie możliwości dawało m.in. angażowanie się w działalność organizacji studenckich, na które ówczesne władze uczelniane i polityczne spoglądały „łaskawym okiem” (jedną z nich był Związek Młodzieży Socjalistycznej). Niektórym z moich rówieśników udało się nawet w ten sposób zrobić spore kariery. Rzecz jasna do czasu, gdy na „świecznikach” znajdowali się ich promotorzy. Już w okresie tzw. pierwszej Solidarności niektórzy z nich boleśnie odczuli dokonujące się w Polsce zmiany, a rok 1989 dla wielu oznaczał prawdziwą katastrofę zawodową, czasami również życiową.

Dzisiejsi studenci

Z perspektywy lat spędzonych w uczelnianych murach (najpierw jako student, a później nauczyciel akademicki) nabrałem większego dystansu do wzlotów i upadków studenckiego życia. Niektóre mnie dziwiły, a inne śmieszyły. W tym punkcie rozważań nie chciałbym jednak dołączać do grona znajdujących się w tzw. słusznym wieku rówieśników, którzy na hasło „dzisiejsza młodzież” jedynie z rezygnacją machają ręką lub na koleżeńskich spotkaniach z uporem powtarzają, że kiedyś było lepiej. Zgadzam się, że pod niejednym względem było inaczej niż dzisiaj. Nie tylko dlatego, że byliśmy wówczas młodzi, ale także dlatego, że głos studentów w dużo mniejszym stopniu był wówczas brany pod uwagę przez uczelniane władze. Stanowi to bez wątpienia świadectwo demokratyzacji życia akademickiego. Demokratyzacja ta (jak zresztą każda inna) ma jednak swoją cenę i nie w każdym przypadku dobrze służy akademickiej społeczności. Jest to problem od dosyć dawna znany i nagłaśniany zwłaszcza w tych momentach, gdy reprezentacja studentów w gremiach kolegialnych uczelni zajmuje stanowisko wyraźnie opozycyjne wobec stanowiska większości profesorów. Taka sytuacja miała miejsce na mojej uczelni zarówno podczas wyborów władz rektorskich w przeszłości, jak i obecnie. Skłania to do postawienia pytania: czy reprezentacja ta jest na tyle reprezentatywna, aby można było ją uznać za głos studenckiej większości? Można mieć co do tego istotne wątpliwości w sytuacji, gdy w jej wyborach bierze udział zdecydowana mniejszość studentów, a funkcjonowanie wybranych zaczyna przypominać (za przeproszeniem) tzw. działaczy młodzieżowych z przeszłości. Toczą oni oczywiście również boje, tyle tylko że mają one raczej niewiele wspólnego z bojami toczonymi przez studentów w 1968 roku i w latach późniejszych minionego stulecia. Sztuka demokracji jest sztuką na tyle trudną, że nie można jej opanować ani szybko, ani łatwo. Trzeba jednak próbować przyswoić sobie przynajmniej jej elementarne zasady, a promotorzy próbujących postawić na swoim studentów powinni im tłumaczyć, jakie zachowania są, a jakie nie są odpowiednie w akademickim życiu. To tyle jeśli chodzi o sygnalizowaną na wstępie kwestię.

Chciałbym powiedzieć również coś miłego, a być może nawet zabawnego na temat dzisiejszych studentów. Niektóre zachowania dosyć mocno się zmieniły od moich studenckich czasów. Należy do nich m.in. spora swoboda w podejściu do zajęć dydaktycznych. Po wielu dyskusjach na senacie mojej uczelni studenci wywalczyli sobie zapis w regulaminie studiów, że jedynie zajęcia na pierwszym roku są obowiązkowe. Dla wielu z nich nawet to wymaganie zdaje się zbyt daleko idącym ograniczeniem swobody studiowania i jeśli już zjawiają się na zajęciach, niejednokrotnie wychodzą przed zakończeniem albo zajmują się w trakcie bardziej interesującymi sprawami. Jeden z moich kolegów opowiadał mi o wydarzeniu, które wprawiło w zakłopotanie prowadzącą wykład panią profesor. W trakcie wykładu student cały czas przeglądał gazetę i nagle stwierdził: „Pani profesor gadu gadu, a tam Pershinga ubili” (w gazetach pisano wówczas o zastrzeleniu tego gangstera). Z kolei na moim wykładzie miałem do czynienia ze studentem, który cały czas zaglądał do komórki i od czasu do czasu korygował moje wypowiedzi stwierdzeniami: „A w Wikipedii napisano co innego”. Dodam, że był to student filozofii, i mam do nich dosyć daleko idącą wyrozumiałość. Podobnie zresztą jest ze studentami, którzy udają, że trochę studiują, a trochę pracują dla uzupełnienia portfela, a po ukończeniu studiów ich zawodowe kwalifikacje są dalekie od oczekiwań potencjalnych pracodawców. Nie powinno to zresztą specjalnie dziwić w sytuacji, gdy studiowanie w Polsce jest formalnie bezpłatne (rzecz jasna, ktoś jednak musi za to zapłacić). Wprawdzie również pod tym względem coś się w naszym kraju zmienia, to jednak daleko nam do takich krajów jak Stany Zjednoczone, w których studia sporo kosztują (na niektórych uczelniach ponad 50 tys. dolarów rocznie), a wskaźnik niespłacalności studenckich kredytów zbliża się do 50%. Uwagę tę dedykuję zwłaszcza studentom, którzy skłonni są stawiać raczej na swoje uprawnienia niż obowiązki, a po otrzymaniu dyplomu ukończenia studiów nie czują się dłużnikami społeczeństwa. Miało jednak być miło. Zatem nie powiem nic więcej o niedoskonałościach duszy studenta.

Wróć