logo
FA 7-8/2020 rozmowa forum

Z prof. Zygmuntem Litwińczukiem, rektorem UP w Lublinie, rozmawia Piotr Kieraciński

Przewartościowanie uniwersytetu

Prof. Zygmunt Litwińczuk (ur. w 1950 r.) jest zootechnikiem. Specjalizuje się w hodowli i użytkowaniu bydła, hodowli zwierząt i ocenie surowców zwierzęcych. Jest autorem lub współautorem około 400 prac naukowych. Doktoryzował się na Akademii Rolniczej w Lublinie, a habilitował na Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Profesurę uzyskał w wieku 40 lat. Wykładał też na Akademii Podlaskiej, potem Uniwersytecie Humanistyczno-Przyrodniczym w Siedlcach. W lubelskiej uczelni rolniczej pełnił funkcję dziekana Wydziału Zootechnicznego; kierował też Katedrą Hodowli Bydła, a później Hodowli i Ochrony Zasobów Genetycznych Bydła. Od 2016 r. jest rektorem Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Był członkiem Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów oraz Komitetu Nauk Zootechnicznych PAN. Należy do Lubelskiego Towarzystwa Naukowego i Polskiego Towarzystwa Technologów Żywności. Był prezesem Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego. Otrzymał doktoraty honorowe: Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach (2008), Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie (2013), Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu (2016), a ostatnio najwyższą godność akademicką przyznał mu Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny w Szczecinie.

Gospodarstwa pełnią ważną rolę w działalności uniwersytetu. To tam kształcimy praktycznie studentów wielu kierunków. Są one też miejscem wielu badań naukowych, zwłaszcza pilotażowych. Trudno sobie wyobrazić działalność tego typu uczelni bez zaplecza w postaci gospodarstw i stacji doświadczalnych.

Gdy kandydował pan na rektora Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, miał pan określoną diagnozę stanu uczelni i program jej rozwoju. Proszę przypomnieć.

Trzeba sięgnąć do przeszłości. W latach 1990-96 jako czterdziestoletni pracownik byłem dziekanem Wydziału Zootechnicznego i w 1996 r. namawiano mnie do kandydowania na rektora. Wybory wtedy przegrałem: na pięciu kandydatów zająłem trzecie miejsce. Po sześciu latach, w 2002 roku, znów startowałem – wszedłem do drugiej tury i przegrałem. Uznałem wtedy, że moja chęć włączenia się w zarządzanie uczelnią nie znajduje poparcia, a w związku z tym, że ta moja misja jest skończona. Zagłębiłem się w badania naukowe, napisałem kilka książek, zrealizowałem kilka projektów badawczych. W 2016 r. urzędujący wówczas rektor kończył drugą kadencję. Gdy Senat uchwalił ordynację wyborczą, jedna z gazet lubelskich przytoczyła siedem nazwisk potencjalnych kandydatów, nie było wśród nich mojego nazwiska. Wówczas jeszcze nie myślałem o rektorstwie. O ile zabiegałem o tę funkcję w latach 90., o tyle w 2016 początkowo nie. Byłem wtedy członkiem Centralnej Komisji i wiceprzewodniczącym Komitetu Nauk Zootechnicznych PAN. Miałem co robić.

Ale o sprawach uczelni wypowiadał się pan publicznie choćby na łamach „Aktualności UPL”.

W naszych „Aktualnościach” przedstawiałem czasami swoje opinie, zwłaszcza na temat nauki, badań. Były one zwykle krytyczne w stosunku do uczelnianej praktyki. Jeśli niegdyś mieliśmy około 11 tys. studentów, a w roku 2016 około 9 tys., to nie miało sensu utrzymywanie stanu zatrudnienia i sprzedawanie majątku uczelni, aby ludziom płacić pensje. Byliśmy chyba jedyną szkołą wyższą, która wciąż funkcjonowała na starych systemach zarządzania i finansowania. Nie było przełożenia finansowania na jednostki naukowe. To, ile jednostka wydawała, nie miało ścisłego związku z tym, ile faktycznie dołożyła do budżetu uczelni. Swoim opiniom dawałem wyraz publicznie także na Senacie. Zaproponowano mi wówczas kandydowanie i zgodziłem się.

To teraz proszę opowiedzieć o pana pomyśle na reformę uczelni.

Mieliśmy przerost zatrudnienia kadry nauczycielskiej w stosunku do liczby studentów, przerosty zatrudnienia w administracji i duże rozdrobnienie jednostek. Trudno było tym zarządzać. Po wygraniu wyborów i objęciu funkcji zacząłem od pewnego przewartościowania. Moje opinie były środowisku znane, bo jak pan zauważył, wcześniej wypowiadałem je publicznie. Dla nikogo nie było wiec zaskoczeniem to, co robiłem, w jakim kierunku reformowałem uczelnię. Dotychczasowy system zarządzania nie sprawdził się. Dobrze, że mamy gospodarstwa doświadczalne, majątek, z którego można dokładać do bieżącej działalności. Ale taka forma i kierunek działania nie miały przyszłości. Bodaj ostatnim rokiem, w którym uczelnia wydawała tyle, ile pozyskiwała, był rok 2012. Potem przyszły lata trudne, gdy „przejadaliśmy” majątek, na szczęście nie do końca. Dopiero w roku 2018, czyli po dwóch latach mojego działania, udało się nam zamknąć finanse uniwersytetu na plusie. W roku 2019 wypracowaliśmy ponad 16 milionów zysku.

Mówił mi pan niegdyś o likwidacji wielu jednostek.

Tak. Mieliśmy nadmierne rozproszenie potencjału. W wyniku restrukturyzacji, likwidacji i konsolidacji różnych jednostek, jest ich teraz o 25% mniej niż dwa latach temu.

Zlikwidował pan 18 jednostek?

Tak. Także zatrudnienie zmniejszyło się o ponad 200 osób, przy czym połowa to obsługa i administracja, a połowa to pracownicy naukowi. Nie wyrzucałem jednak ludzi na bruk. Po prostu nie otwierałem nowych etatów, gdy pracownicy kończyli pracę – odchodzili na emeryturę czy przechodzili do innych instytucji.

Czy dobre wyniki kategoryzacyjne przełożyły się pozytywnie na finansowanie uczelni?

Tak, subwencja jest trochę większa niż kilka lat temu: w 2017 r. dotacje z budżetu państwa wynosiły niecałe 116 mln złotych, a w 2020 subwencja wyniosła ponad 136 mln.

Na co zostały przeznaczone te środki?

Początkowo na zrównoważenie budżetu uczelni, a w ostatnich dwóch latach także na podwyżki płac.

Proszę powiedzieć, jak wyglądały podwyżki w UPL?

Ponieważ wszędzie ograniczyliśmy liczbę stanowisk, to każda grupa przyjęła większe zobowiązania, zatem każda dostała podwyżkę. Średnia płaca w ostatnich dwóch lat wzrosła o ponad 10%.

W ostatnich latach zbudowaliście dwa nowe wielkie obiekty na ulicy Głębokiej. Jak te inwestycje mają się do Centralnego Laboratorium Aparaturowego na Felinie i w ogóle do zaplecza uniwersytetu?

Powołanie Centralnego Laboratorium Aparaturowego to była dobra myśl, ale realizacja nam trochę nie wyszła. Po pierwsze, to było daleko od centrum uczelni, które mamy w okolicach ulic Akademickiej i Głębokiej. Po drugie, działało ono w wynajętych pomieszczeniach, a czynsz kosztował nas pół miliona złotych rocznie. Likwidacja CLA była jedną z tych decyzji, która racjonalizowała wydawanie środków. Fakt, że funkcjonowało ono w wynajętych pomieszczeniach, ułatwił nam likwidację tej jednostki. Pierwszego lutego 2019 roku powołałem Centralne Laboratorium Badawcze, które mieści się na ulicy Głębokiej w naszym własnym obiekcie.

Musiał pan sprzedawać majątek, żeby poprawiać kondycję finansową UPL?

Nie sprzedałem nic. Mamy jednak za Instytutem Agrofizyki PAN jedną działkę z budynkiem, która leży zupełnie poza naszymi kampusami. Należałoby ją sprzedać, żeby pozbyć się obiektu, który trudno włączyć w system zarządzania uczelnią.

Zatem będziecie mieć wszystkie obiekty w dwóch zwartych kampusach: w Miasteczku Akademickim i na Felinie?

Nie. Mamy też budynki na ul. Leszczyńskiego. Tam jest nasz najstarszy obiekt, związany z początkami uniwersytetu. Dzisiaj mieści się tam instytut i dwie katedry z Wydziału Agrobioinżynierii, czyli naszego dawnego Wydziału Rolniczego. Teoretycznie byłoby dobrze przenieść je na kampus, ale pracownicy mają sentyment do tego miejsca. Ja też mam sentyment do historii uczelni. Niemniej, dwa obiekty, jeden na Felinie, a drugi na Leszczyńskiego, po Wydziale Ogrodnictwa, który przenosi się w znacznej części na Felin, oddajemy na wynajem. Mamy wreszcie Wydział Nauk o Żywności i Biotechnologii na ul. Skromnej. Zatem infrastruktura jest wciąż w jakimś sensie rozproszona, choć zrobiliśmy trochę, by ją skonsolidować. Wydział Ogrodnictwa cieszy się teraz mniejszym zainteresowaniem, a co za tym idzie – spada dotacja na tę jednostkę. Jednak przynajmniej milion z obligacji, które dostaliśmy z MNiSW, przeznaczymy właśnie na remont i doposażenie szklarni tego wydziału na Felinie.

Słabe strony uczelni?

Słabą stroną było zarządzanie nauką. W 2017 r. przekształciliśmy dotychczasowy Dział Nauki, wyodrębniając dwa zespoły: ds. projektów i programów oraz ds. badań naukowych. Dzięki temu liczba złożonych projektów podwoiła się. Aktualnie realizujemy 76 projektów o wartości 85 mln złotych, czyli największą liczbę i kwotę w historii uczelni. Dziś to chyba już nie jest słaba strona. Pozostaje jeszcze umiędzynarodowienie, w którym jesteśmy na końcu wśród lubelskich uczelni. Ale też podejmujemy działania, aby zmienić tę sytuację.

Mocne strony?

Podkreśliłbym silne związki z regionem i zbilansowany budżet. Otworzyliśmy kilka nowych kierunków, które cieszą się zainteresowaniem młodzieży, np. biokosmetologia, pielęgnacja zwierząt i animaloterapia, biobezpieczeństwo i zarządzanie kryzysowe. Jako jedyni w Polsce – można powiedzieć, że to nasza specjalność – mamy kierunek hipologia i jeździectwo. On nabiera teraz przyśpieszenia. Z obligacji budujemy na Felinie nowy ośrodek badawczo-dydaktyczny związany z tym obszarem badań i kształcenia. Będzie on otwarty także dla mieszkańców miasta, szczególnie w zakresie hipoterapii i jeździectwa – będą tam m.in. trzy kryte ujeżdżalnie. Otrzymaliśmy, jako jedna z dwóch uczelni rolniczych, grant z Regionalnej Inicjatywy Doskonałości dotyczący opracowania alternatywnych systemów produkcji i pakowania żywności, które zapewniają zachowanie związków bioaktywnych ważnych w profilaktyce chorób cywilizacyjnych.

Dziwi mnie, że nie wspomina pan o banku genów zwierząt hodowlanych.

Rzeczywiście, w naszych gospodarstwach i stacjach doświadczalnych utrzymujemy stada zachowawcze rodzimych ras zwierząt. To jest jeden z charakterystycznych dla nas, obok hipologii i jeździectwa, kierunków badań czy szerzej – działań, bo chodzi nie tylko o badania, ale o zachowanie i ochronę bioróżnorodności, w tym wypadku o zachowanie rodzimych ras zwierząt. Mamy bydło białogrzbiete, konika polskiego, kuca felińskiego, owce uhruskie i świniarki, świnię puławską, kurę zielononóżkę, kurę polwar, lisa pastelowego. Nosimy się z zamiarem utworzenia Regionalnego Centrum Hodowli Rodzimych Ras Zwierząt w gospodarstwie doświadczalnym w Uhrusku.

To zapewne kosztowna działalność, która nie przynosi zysków. Czy jest ona w jakiś specjalny sposób finansowana?

Rasy rodzime są wspierane ze środków Unii Europejskiej. Na przykład do jednej krowy rasy białogrzbietej jest dotacja w wysokości ok. 1600 złotych rocznie. Natomiast na badania składamy wnioski o granty. Typowy bank genów prowadzi Instytut Zootechniki w Krakowie. Oni gromadzą tkanki, materiał biologiczny, a nie żywe zwierzęta. My utrzymujemy zwierzęta w stadach zachowawczych.

To są wystarczające środki?

Nie, ale pozwalają nam utrzymać stada. Dopiero w połączeniu z grantami, daje to możliwość prowadzenia na tych rasach zwierząt badań i publikowania wyników w dobrych czasopismach. To właśnie, a nie sama hodowla zachowawcza, jest nam potrzebne do ewaluacji.

Jak nowy podział dyscyplin rolniczych wpłynął na taką uczelnię jak UPL?

Trudne wydawało się połączenie rolnictwa z ogrodnictwem. Generalnie w środowisku było to przyjęte sceptycznie, natomiast w przypadku naszej uczelni, gdy w ostatnich latach ogrodnictwo wykazuje słabsze tempo rozwoju, pozyskuje mniej środków finansowych i nie cieszy się tak dużym jak dawniej zainteresowaniem studentów, to jest po prostu ratunek. Może się to przyczynić do tego, że ogrodnictwo przetrwa i będzie się rozwijać. Pozostałe dyscypliny w zasadzie się nie zmieniły. Dużym zaskoczeniem było przeniesienie inżynierii rolniczej do dziedziny nauk inżynieryjno-technicznych.

W ilu dyscyplinach prowadzą badania pracownicy UPL?

Mamy siedem dyscyplin, które będą poddane ocenie. Do dziedziny nauk rolniczych należą: rolnictwo i ogrodnictwo, weterynaria, zootechnika i rybactwo, technologia żywności i żywienia. Dziedzinę nauk inżynieryjno-technicznych reprezentują inżynieria mechaniczna oraz inżynieria środowiska, górnictwo i energetyka. Dziedzinę nauk ścisłych i przyrodniczych – nauki biologiczne. Najmniejszą liczebnie dyscypliną jest ekonomia i finanse, ale nie poddamy jej ewaluacji, ponieważ reprezentuje ją mniej niż wymagane przepisami dwunastu badaczy.

A jak się mają tradycyjne dyscypliny rolnicze?

Każdego roku przyjmujemy na rolnictwo i zootechnikę po około 30 osób, na ogrodnictwo około 20 osób. Nie jest to tak dużo jak dawniej, ale możemy te kierunki prowadzić. Dużym zainteresowaniem cieszą się weterynaria i technologia żywności. Nie możemy pozostać tylko na tych tradycyjnych kierunkach i dyscyplinach, gdyż wtedy musielibyśmy zrobić ogromne cięcia kadrowe. Uczelnia przeszła zatem głęboką restrukturyzację, a może nawet zmianę oblicza. Powstała w 1955 roku jako Wyższa Szkoła Rolnicza z trzema wydziałami: rolnym, weterynaryjnym i zootechnicznym. W 1970 r. do tych trzech doszły Wydział Ogrodnictwa i Wydział Techniki Rolniczej. W 1972 r. uczelnia stała się Akademią Rolniczą. Do tych pięciu wydziałów doszedł w 2005 r. Wydział Nauk o Żywności i Biotechnologii. W 2008 r. nastąpiła ostatnia zmiana: uzyskaliśmy status Uniwersytetu Przyrodniczego. W 2019 r., gdy uzyskaliśmy prawo doktoryzowania w naukach biologicznych, powołaliśmy Wydział Biologii Środowiskowej, który jest zwieńczeniem i potwierdzeniem naszego statusu uniwersytetu przyrodniczego. Na tym wydziale kształcimy w zakresie biologii, biologii sądowej, ochrony środowiska, biobezpieczeństwa, biokosmetologii. W dalszym ciągu zastanawiamy się nad połączeniem Wydziału Agrobioinżynierii z Wydziałem Ogrodnictwa, bo oba pracują w jednej dyscyplinie. Zostawiłem tę decyzję swojemu następcy.

Jacy są kandydaci na studia w UPL, czy to są dzieci rolników lub osoby, które chcą pracować w rolnictwie i jego otoczeniu?

Mamy głównie kandydatów spoza Lublina. Na tradycyjne kierunki rolnicze z całą pewnością najczęściej są to dzieci rolników i hodowców. Przychodzą do nas z określonymi oczekiwaniami; wiedzą, czego chcą się nauczyć, aby zdobyć kwalifikacje do przejęcia i rozwinięcia gospodarstw swoich rodziców. Natomiast na kierunki związane z otoczeniem rolniczym i produkcją żywności, życiem w terenach wiejskich, przychodzi sporo młodzieży z niedużych miast powiatowych, funkcjonujących w otoczeniu rolniczym. Motyw kształcenia rolniczego wciąż jest wyraźnie widoczny w naszej działalności.

Macie studentów spoza regionu?

Tak, na unikatowych kierunkach studiów mamy studentów nawet z zachodniopomorskiego, np. na hipologii i jeździectwie.

Wspomniał pan, że na razie umiędzynarodowienie UPL wygląda słabo na tle innych lubelskich uczelni.

Rzeczywiście dotychczas za mało robiliśmy w tym kierunku. Zmieniamy to. W ramach reformy administracji uczelni powołałem Centrum Nauki z nowym kierownictwem oraz Dział Promocji. Wszystko zależy od ludzi. Oczywiście jest pewna grupa pracowników zasiedziałych, którzy z niepokojem spoglądają na zmiany. Musimy zatem oprzeć się na tych, którzy chcą z entuzjazmem podejmować nowe zadania. W 2017 roku ustanowiłem nagrody naukowe za publikację w czasopiśmie o najwyższym IF, za publikację o najwyższej cytowalności i nagrodę za badania, których wyniki zostały wykorzystane w praktyce rolniczej. W każdej z 7 dyscyplin corocznie 10 procent najbardziej aktywnych badaczy dostaje dodatek projakościowy.

Co z majątkiem UPL – myślę o zakładach doświadczalnych?

Mamy w tej chwili cztery gospodarstwa doświadczalne, z tym że jedno – w Bezku koło Chełma – jest wydzierżawione. Razem to jest około półtora tysiąca hektarów. W Czesławicach koło Nałęczowa utrzymujemy świnię puławską. Bydło białogrzbiete oraz owce Uhruskie i świniarki są w Uhrusku. Na Felinie trzymamy kuca felińskiego, kurę zielononóżkę i polbar.

Czy te gospodarstwa są obciążeniem, czy przynoszą dochody?

Do niedawna przynosiły straty. Zrobiłem daleko idącą restrukturyzację naszych gospodarstw i w 2018 r. po raz pierwszy wyszły one na plus. Gospodarstwa pełnią ważną rolę w działalności uniwersytetu. To tam kształcimy praktycznie studentów wielu kierunków. Są one też miejscem wielu badań naukowych, zwłaszcza pilotażowych. Trudno sobie wyobrazić działalność tego typu uczelni bez zaplecza w postaci gospodarstw i stacji doświadczalnych.

Czy naukowcy, którzy pracują w tradycyjnych dyscyplinach rolniczych, są praktykami, czy teoretykami?

Mieszkam w Tomaszowicach, mam dwadzieścia kur, dwa koguty, pięć perliczek, trzy koty, dwa psy. Wcześniej miałem też kozy. Teraz nie mogę trzymać większego inwentarza, bo nie miałby kto się nim zajmować. Kozy trzeba doić. Ponieważ pochodzę ze wsi, nadoiłem się w życiu krów. Wielu naukowców prowadzi działalność praktyczną. Weterynarze świadczą usługi w uniwersyteckiej klinice. Pracownicy Katedry Hodowli Koni uczą jeździectwa, prowadzą hipoterapię. Niektórzy pracownicy Wydziału ogrodnictwa mają własne szkółki i sady.

Prowadzicie kierunki praktyczne czy ogólnoakademickie?

Większość to kierunki akademickie. Ustawa nakazuje prowadzić na kierunkach praktycznych praktyki w bardzo szerokim wymiarze – 6 miesięcy – co jest dość trudne do realizacji nawet w tak rozwiniętym rolniczo regionie jak Lubelszczyzna. Skąd znaleźć miejsce na tyle miesięcy praktyk? Trudno skierować studenta do gospodarstwa, a potem kontrolować, co on tam robi. Sytuację ratują nasze własne gospodarstwa. W naukach technicznych jest zapewne łatwiej.

Czy pan widzi możliwość i potrzebę konsolidacji uczelni lubelskich?

Potrzeba jest, ale to daleka przyszłość. Dziś może to być kłopotliwe. Co innego związek uczelni, który pozwala zachować członkom daleko idącą odrębność. Ale przecież wywodzimy się z UMCS. Mamy kampus w tym samym miejscu.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć