logo
FA 7-8/2020 rozmowa forum

Z prof. Janem Szmidtem, rektorem PW, przewodniczącym KRASP, rozmawia Piotr Kieraciński

Powinniśmy tę reformę przeprowadzić już dawno

Prof. dr hab. inż. Jan Szmidt (ur. w 1952 r.) jest specjalistą z zakresu mikroelektroniki oraz technologii cienkich warstw. Jego badania dotyczą głównie technik plazmowych na potrzeby wytwarzania cienkich warstw dielektrycznych i półprzewodnikowych oraz wykorzystywania plazmy w processingu struktur i przyrządów półprzewodnikowych. Specjalizuje się też w zagadnieniach wytwarzania i charakteryzacji struktur i przyrządów półprzewodnikowych z udziałem szerokopasmowych półprzewodników, tj. diamentu, GaN, SiC i grafenu. W dorobku naukowym ma m.in. 4 monografie i ponad 400 innych prac naukowych. Jest współautorem lub autorem 12 zgłoszeń patentowych oraz ponad 50 raportów z projektów badawczych. Pracuje w Instytucie Mikroelektroniki i Optoelektroniki na Politechnice Warszawskiej. Był dziekanem Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych, a od 2012 roku pełni funkcję rektora Politechniki Warszawskiej. Od 2016 przewodniczy Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Był współorganizatorem NSZZ „Solidarność” na Politechnice Warszawskiej.

Ustawa poszła w dobrą stronę, jest naszym sukcesem. Na ile uczelnie potrafią wykorzystać możliwości, które ona daje w zakresie kształtowania własnej struktury, kształcenia, badań, to już ich sprawa.

W ostatniej kadencji KRASP zaszły w tej organizacji zmiany – odeszły publiczne uczelnie zawodowe. Jak to wpływa na relacje z tą częścią akademii i jakie ma znacznie dla KRASP?

Konferencja Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych została wpisana do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce jako, powiedziałbym, równoległa do KRASP. Dlatego uczelnie te przestały być naszymi członkami. Nie oznacza to jednak, że zakończyliśmy współpracę. Przedstawiciele tych uczelni są zapraszani na nasze posiedzenia, a kilka z nich zdecydowało się płacić składki członkowskie i pozostało w KRASP w charakterze uczelni stowarzyszonych.

Jednak pojawił się pewnego rodzaju konflikt między uczelniami akademickimi i zawodowymi. Wyrażał się on np. w odmowie zgody na zatrudnienie wykładowców, pracowników uczelni akademickich, w uczelniach zawodowych.

To się zdarza. Polityka KRASP była jednak zawsze jednoznaczna. Publiczne uczelnie zawodowe są tak samo potrzebne jak uniwersytety, spełniają ogromną rolę kulturotwórczą w swoich regionach. Są tam cenione i dobrze traktowane, i w porozumieniu z władzami lokalnymi powinny funkcjonować. Wiem, że wiele uczelni akademickich ma podpisane umowy partnerskie z publicznymi uczelniami zawodowymi i wspiera je w różny sposób, także poprzez zgodę dla wykładowców na zatrudnianie w regionalnych uczelniach zawodowych. A co do konkurencji: każdy rektor chce mieć pracowników, którzy będą w pełni zaangażowani w działalność jego uczelni. Może w tym sensie – czasu pracy – te uczelnie stanowią jakąś konkurencję dla uniwersytetów. Bo jeśli w innym sensie, merytorycznym, to raczej źle świadczy o uniwersytetach, a nie o uczelniach zawodowych. Na pewno wielu studentów z małych miejscowości kształci się tylko dzięki temu, że ma w pobliżu uczelnię zawodową. Może potem, na studia drugiego stopnia, a nawet na doktorat, przyjadą oni na uniwersytet do ośrodka akademickiego, ale to oznacza, że uczelnie zawodowe przygotowują dla nas studentów drugiego stopnia, a to dobrze.

Jednak zawodowe coraz częściej chcą uzyskiwać uprawnienia do kształcenia na drugim stopniu, a nawet status akademicki.

Jeśli spełnią wymogi, to czemu nie. System jest otwarty. Każda uczelnia, która spełni wysokie standardy merytoryczne, może uzyskać status akademicki.

Zachodzą też konsolidacje zawodówek, np. w Sandomierzu z Uniwersytetem Jana Kochanowskiego w Kielcach, która nie budziła kontrowersji. Konsolidacja medycznej uczelni zawodowej w Opolu z Uniwersytetem Opolskim odbyła się jednak w bólach i atmosferze skandalu.

Tak to już jest, że to, co nowe, rodzi się w bólach. Nikt nie gwarantuje, że będzie łatwo, ale konsolidacje są wspierane, również finansowo, przez ministerstwo. Tu partnerem resortu jest Rada Główna, a KRASP tylko o tyle, że ma swoich reprezentantów w Radzie. Ogromny wpływ na losy lokalnych uczelni, w tym na konsolidacje, mają miejscowi politycy i samorządowcy. Ponieważ tworzymy jeden system szkolnictwa wyższego, musimy pilnować, żeby różne zdarzenia w obszarze naszej działalności były wolne od wpływów i motywacji innych niż merytoryczne.

Czy jednak te konsolidacje i starania o status akademicki uczelni zawodowych nie są wstępem do końca odmienności tego sektora szkolnictwa wyższego?

Nie wiem. Może tak być, ale byłoby źle, gdyby zniknęły z regionów publiczne wyższe szkoły zawodowe. Od tego jest ministerstwo i RG, by zachować odrębność tej grupy uczelni.

Do KRASP wchodzi coraz więcej uczelni niepublicznych, które uzyskały uprawnienia do nadawania stopni naukowych.

To naturalny proces. Uczelnie niepubliczne zaczęły odgrywać w krajobrazie naszego szkolnictwa wyższego bardzo ważną rolę. Mam na myśli te, które reprezentują naprawdę wysoką jakość swojej działalności. Jako uczelnie publiczne nie możemy tego faktu lekceważyć czy pomijać. To są nasi partnerzy w systemie szkolnictwa wyższego, którzy zapewniają jego różnorodność, budują konkurencję. Także przez pryzmat jakości tych najlepszych szkół niepublicznych postrzegany jest na świecie nasz system szkolnictwa wyższego. Chcę podkreślić, że pandemia dotknęła wszystkich, uczelnie publiczne też, ale szczególnie dotknęła uczelnie niepubliczne. Jesteśmy w kontakcie z Federacją uczelni niepublicznych. Chcemy poczekać na rezultaty naboru na pierwszy rok. Może się okazać, że pandemia spowoduje krach finansowy tych szkół, w tym pierwszego uniwersytetu niepublicznego, a to byłoby bardzo niekorzystne z punktu widzenia systemu szkolnictwa wyższego. To byłoby zmarnowanie ogromnej wartości, która została zbudowana przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Nie możemy do tego dopuścić. Skoro nie możemy działać bezpośrednio, to musimy inspirować ministerstwo i rząd, aby zwróciły uwagę na to niebezpieczeństwo. Chcemy bronić tego sektora szkolnictwa wyższego, bo stanowi on ważny element naszego pejzażu akademickiego. Zapewne będą w nim zachodzić duże zmiany, w tym konsolidacje i przejęcia. Dopóki jednak są chętni do studiowania na tych uczelniach, dopóty są one potrzebne.

Przejdźmy do najważniejszej części działalności KRASP w tej kadencji, czyli reformy szkolnictwa wyższego.

Robiliśmy też wiele innych rzeczy…

Na przykład?

Opracowaliśmy i podpisaliśmy petycję do władz Unii Europejskiej na tematy związane z wolnością akademicką, wolnością nauczania i badań naukowych, bo zaczęło to w niektórych krajach źle wyglądać. Kolejną rzeczą, którą zajmowaliśmy się intensywnie, były wydarzenia, jakie miały miejsce w naszych uczelniach, a nie powinny. Musimy zachowywać pewne normy zachowań, formy, dobre praktyki akademickie. Nie wszyscy pracownicy, a nawet przedstawiciele władz uczelni zachowywali się zgodnie z kanonem akademickim. Zajmowaliśmy w takich sytuacjach stanowisko. Także w sprawach ważnych dla państwa, dotyczących sądów, Trybunału Konstytucyjnego czy wyborów w czasie pandemii, bo takie było zapotrzebowanie naszego środowiska. Ostatnie miesiące to intensywna praca wraz z MNiSW dotycząca funkcjonowania uczelni w dobie pandemii.

Wróćmy jednak do reformy, która zmieniła pejzaż naszego szkolnictwa wyższego.

To prawda. Zmieniła wszystko: duża autonomia, zmiana kompetencji organów uczelni, inne niż dotychczas organy ustawowe, w tym jeden nowy – rada uczelni, choć przecież można powoływać własne, dodatkowe organy. Nie ma już ustawowych jednostek podstawowych. Każda uczelnia może sama określać swoją strukturę. Kształcenie doktorantów zmieniło się fundamentalnie: dziś to nie są studia trzeciego stopnia według systemu bolońskiego, ale kształcenie elity naukowej wyposażonej w kompetencje i narzędzia do samodzielnej pracy badawczej. Szkoły doktorskie muszą być wielodyscyplinowe. Habilitacja nie jest już wymogiem awansu naukowego. Uczelnia jest ewaluowana w dyscyplinach, a nie przez jednostki. Ustawa pozostawia wiele obszarów nie regulowanych, delegując je do rozstrzygnięć statutowych samym uczelniom.

Jak pan, jako rektor jednej z największych i najlepszych polskich uczelni oraz jako szef KRASP, skomentuje te zmiany, ich sens, celowość?

Wyszliśmy z reformy z tarczą. Powinniśmy tego typu zmiany przeprowadzić już dawno. Nie udało się to w pełni, nie potrafiliśmy wielu nowości zaakceptować, musimy się jeszcze z nimi oswoić, przywyknąć do nich, do nowego, bardziej odpowiedzialnego sposobu myślenia o uczelni. Teraz więcej zależy od nas samych. W końcowej fazie tworzenia ustawy bardzo wiele do powiedzenia miały różne gremia pozauczelniane: związki zawodowe, samorządy, politycy. Pojawiły się w związku z tym zapisy, które nie były proponowane przez nasze ministerstwo i środowiska akademickie, a dotyczące np. zatrudniania sędziów i profesorów tytularnych na stanowiska profesora. Trudno nam je zaakceptować, gdyż są sprzeczne z zasadą autonomii uczelni. Nie możemy jednak przez pryzmat tych zdarzeń oceniać całej ustawy. Ona poszła w dobrą stronę, jest naszym sukcesem. Na ile uczelnie potrafią wykorzystać możliwości, które ona daje w zakresie kształtowania własnej struktury, kształcenia, badań, to już ich sprawa.

Czy za tą ustawą poszło odpowiednie finansowanie?

Przyznam szczerze, że przy wydatkach, które rząd zaplanował w 2015 roku i latach następnych, byłem sceptyczny co do tego, czy w ogóle można myśleć o jakichkolwiek zwiększonych nakładach na naukę. A jednak! Uczciwie mówiąc, one są wyższe. Nasze ministerstwo okazało się na tyle silne, żeby te wzrosty nakładów przeforsować w rządzie. Dotacja wzrasta z roku na rok; nie tak, jak chcieliśmy, bo tak zwaną „drabinkę” politycy wyrzucili z ustawy. Pojawiły się inicjatywy doskonałości – Regionalna i Uczelnie Badawcze, a z nimi kolejne środki w postaci obligacji. Najpierw uznaliśmy to za coś dziwnego, ale damy sobie z tym radę. Pojawiły się – też w postaci obligacji – środki inwestycyjne. Może nie takie, jak byśmy chcieli, ale są. Ostatnie wyniki finansowe uczelni pokazały, że praktycznie wszystkie publiczne w Polsce były na plusie, czyli dostały potrzebne pieniądze i dobrze nimi gospodarowały. Takiej sytuacji nie mieliśmy już dawno. Wciąż jednak, choć rosnące, są to środki dwukrotnie za niskie w porównaniu z rozwiniętymi krajami.

Czy uczelnie sensownie wykorzystały zmianę z dotacji na subwencję?

Każda uczelnia jest autonomiczna, ma swój rozsądek i wydaje pieniądze na to, co uzna za najważniejsze w danej chwili i potrzebne w perspektywie własnego rozwoju. Problem z subwencją jest taki, że przez wiele lat nauczono nas, że wolno tylko to, co wolno. Wciąż mamy kontrole, które wytykają nam różne rzeczy, w tym sposoby wydatkowania środków. Zatem chcielibyśmy czasem wiedzieć, jak możemy wydawać pieniądze z subwencji, zamiast korzystać z wolności, którą ona nam daje. Wciąż wolimy zapytać, chcemy jasnych wskazówek. Z czasem ukształtują się dobre praktyki związane z wykorzystywaniem subwencji. Na pewno był to bardzo dobry ruch.

Mówiliśmy już o zagrożeniu, jakie pandemia niesie dla uczelni niepublicznych. A co z publicznymi? Czy zmiana sposobu funkcjonowania się utrwali, czy jest tylko zjawiskiem chwilowym?

Pandemia niesie ze sobą dodatkowe koszty. Po pierwsze utracone korzyści – bo przecież utrzymujemy majątek, który normalnie nam służy i za którego użytkowanie ktoś nam płaci. Teraz na przykład nie ma konferencji, akademiki są puste, badania idą w wolniejszym tempie. Zdalne konferencje wcale nie ułatwiają, a w większości przypadków wręcz utrudniają porozumiewanie się. Kłopotów jest wiele. Drugie źródło kosztów i strat to szereg wymogów epidemiologicznych: dezynfekcje, wyłączanie pewnych elementów uczelni. Straty wahają się od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych w różnych uczelniach przez te kilka pandemicznych miesięcy. Są też skutki merytoryczne. Kształcenie zdalne nie zastąpi bezpośrednich relacji studentów z wykładowcami. Studia to nie tylko sztywna wiedza, informacje i procedury, ale także formacja intelektualna. Tej się zdalnie nie zdobędzie. Owszem, niektórym może się podobać obecna sytuacja i stosowane rozwiązania, bo np. nie muszą przychodzić co dzień do pracy, ale nie ma to nic wspólnego z prawdziwą działalnością uczelni. Tzw. MOOC, kursy on-line organizowane od lat np. przez największe uniwersytety amerykańskie, wykazują bardzo niską efektywność. Nie ma możliwości zastąpienia normalnych zajęć zajęciami zdalnymi. To rozwiązanie czasowe, a na pewno nie docelowe. Natomiast powinniśmy w maksymalnym stopniu wykorzystywać to tam, gdzie to możliwe. Jednak po wykładach on-line musimy zrealizować zajęcia projektowe, seminaria i tak dalej. Kształcenie uniwersyteckie to nie jest szkoła. Tu nie każemy nauczyć się czegoś na pamięć. Tu się uczymy samodzielnego myślenia, krytycyzmu, zdobywamy umiejętności do pracy i aktywności własnej. Kształcimy przyszłe elity. Najlepsze uczelnie na świecie wiedzą, że tego nie da się zrobić zdalnie. Być może jeszcze semestr czy rok będziemy korzystać z metod zdalnego nauczania czy też hybrydowych, tj. oprócz zdalnych wykładów, będą realizowane rzeczywiste zajęcia w laboratoriach i pracowniach. Na pewno w tej chwili nie możemy przyjąć z powrotem do akademików tysięcy studentów, bo gdy pojawi się jeden zarażony student, wkrótce cały akademik stanie w płomieniach epidemii. Kształcenie na odległość ma pewne zalety. Ono wiele nas nauczyło. Poznaliśmy technologie i narzędzia, o których nie mieliśmy pojęcia. Ogromna część kadry ma powyżej 50 lat, jest spoza dziedzin technicznych i te narzędzia były jej obce. Teraz umie je stosować, „zaprzyjaźniła” się z nimi. Może wykorzystać je w przyszłości do różnych celów. Nie tylko kształcimy zdalnie, ale prowadzimy egzaminy, nadajemy stopnie naukowe, prowadzimy wybory organów uczelni. To są nowe narzędzia, których nauczyliśmy się używać. Musimy wykorzystać dla przyszłości to, co wydaje się obecnie ogromnym obciążeniem i kłopotem. I zapewne tak zrobimy.

Czy wyodrębnienie uczelni badawczych nie wprowadziło trwałego podziału w szkolnictwie wyższym?

Nie. Każda uczelnia się rozwija. Uczelnie z mniejszych miast mają znacznie większe możliwości pozyskiwania środków regionalnych niż uniwersytety z dużych ośrodków i to może być ich atutem. Uczelnie badawcze, które podejdą serio do swojej misji, będą nadawały rytm rozwojowi szkolnictwa wyższego, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmobilizowane uczelnie spoza tej grupy uzyskały w przyszłości ten status, wypychając z tego grona te, które nie dość poważnie potraktowały swoją misję lub po prostu nie dały rady. Nie słyszałem, aby ktoś w Anglii protestował przeciwko Cambridge czy Oxfordowi, także przeciwko specjalnemu finansowaniu. Te uczelnie przydają prestiżowi całemu systemowi brytyjskiego szkolnictwa wyższego, nadają mu charakter i ciągną je w górę. To przez ich pryzmat jest ono widziane na świecie. Chciałbym, aby nasze uczelnie badawcze w ten sam sposób oddziałały na nasze szkolnictwo i jego odbiór w świecie.

Wciąż jest kłopot z ewaluacją…

Tak. W tej chwili nawet trudno się na ten temat wypowiadać. Był projekt, żeby pominąć w ocenie lata 2017-18 i ewaluować tylko ostatnie trzy lata, gdyż ewaluacja została z powodu pandemii przesunięta o rok, ale zdaje się, że upadł. A jak będzie wyglądała, trudno mi dziś ocenić.

Jak by pan podsumował te cztery dość wyjątkowe lata pracy KRASP?

To był faktycznie trudny czas. I nie chodzi mi tylko o to, co się w tym czasie wydarzało w Polsce i na świecie, ale także z powodu dużego oporu części naszego środowiska przeciwko reformie nauki i szkół wyższych. To nieprawda, że akademicy w całości byli w stanie zgodzić się na zmiany i zaakceptować reformę. Niemniej jednak większość ją poparła, podjęła trud jej wdrożenia dla dobra nie tylko środowiska, ale i kraju. To, jaki ona przybrała ostatecznie kształt, jest dalekie od ideału, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby korzystać z naszych doświadczeń we wdrażaniu nowych rozwiązań i poprawiać to, co zostało źle zaplanowane lub przyniosło skutki, których nie przewidzieliśmy.

Co czeka KRASP w kolejnej kadencji?

Naszym zadaniem jest dbanie o interesy nauki i szkół wyższych, o pielęgnowanie i rozwijanie dobrych praktyk środowiska akademickiego, ale także o interesy kraju. Mam nadzieję, że rektorzy kolejnej kadencji będą kontynuowali naszą działalność, poprawiali niedociągnięcia reformy i dbali o uczelnie w duchu poszanowania wartości akademickich, twardo stawiali sprawy dobrych obyczajów. Że będą pamiętali, że jesteśmy elitą, która ma duże znaczenie dla państwa i narodu. Nadal musimy zabiegać o wyższe finasowanie szkół wyższych. Powinno ono w Polsce wzrosnąć dwukrotnie, bo daleko nam wciąż do poziomu europejskiego. Trzeba dopilnować sposobu ewaluacji, wydania odpowiedniej jakości aktów prawnych, rozporządzeń dotyczących tej ważnej sfery, aby umożliwiły dalszy rozwój uczelni i instytutów.

Co by pan poradził swojemu następcy na stanowisku rektora Politechniki Warszawskiej oraz przewodniczącego KARSP?

Rektorowi poradziłbym, żeby współpracował ze wszystkimi ludźmi i środowiskami uczelni i nie dopuścił do tego, aby w Politechnice Warszawskiej istniały różne ośrodki władzy. Uczelnia jest jedna i musi jednolicie realizować swoją misję kształcenia młodzieży, rozwoju kadr i badań naukowych. Szefowi KARSP poradziłbym: spotykaj się z ludźmi, rozmawiaj, słuchaj, dobierz sobie do współpracy takie prezydium, które dobrze będzie doradzać i podejmie aktywnie obowiązki, jakie się pojawią. Występuj we wszystkich sprawach, które rektorzy uznają za ważne dla szkolnictwa wyższego i Polski.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć